Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Podróże kulinarne Jacka Ścieżki czyli Lukullus w Krainie Kangurów

Przegląd jest publikowany we współpracy z portalem australink.pl












Nasi Partnerzy
Panorama to miesięcznik wydawany w Adelaide

Poczytaj również










Nowości

Polska gościnność

Kolejne lata naszego „wygnania” charakteryzowały zmiany naszych przyzwyczajeń, smaków, zachowań i dostosowanie ich do australijskich norm, wszak przecież „...jak wpadniesz między wrony, kraczesz jako one…”

Listopad jak za króla Sasa...

Australijska kuchnia ma coraz lepszą reputację na świecie. Widać to doskonale o ogólnoaustralijskim festiwalu jedzenia odbywającego się w listopadzie w stolicy Południowej Australii, w Adelaide. Na tej australijskiej mapie nasz stan zajmuje poczesne miejsce, przede wszystkim jeżeli chodzi o ceny posiłków...

Podróż do źródeł życia (4)

Kreta pozwoliła nam czuć się jak w domu. Apartament był wspaniały pomimo swojego ograniczonego metrażu, taras pozwalał nam przeżywać ciepłe, miękkie jak kocia łapa wieczory, szef kuchni dał się poznać z tej strony, że wiele w życiu widział, czytał a co najważniejsze wiele w życiu ugotował. Najbardziej smakowały nam obiado-kolacje zjadane na tarasie pod wciąż niebieskim, ale już nie tak parzącym, kreteńskim niebem.

Podróż do źródeł życia (3)

Zupełnie przez przypadek trafiliśmy do Grecji w bardzo dobrym okresie. Ziemia przygotowująca się na kilka miesięcy spiekoty i lejącego się z nieba żaru jeszcze oddychała nagromadzonymi zimą i wiosną deszczami stąd nawet uliczki naszego ośrodka wyglądały jak wyposażenie dobrej jakości ogrodu botanicznego.

Podróż do źródeł życia (2)

Kwiaty konwalii otulone były w radość z tego, że jesteśmy już na miejscu. Ich radość – bo czekali; a nasza – bo to naprawdę była długa podróż. Pachniało majem, wiosną i bzem… Powiedziałem do Grażynki: – Długo na Was ta Polska czekała, z tej tęsknoty i wyczekiwania wypiękniała…”

Podróż do źródeł życia (1)

Powstał szkic na który zacząłem nanizywać inne atrakcje przez Grażynkę mile widziane. Gdy wysiadałem w dniu 24 rocznicy naszego ślubu na naszym lotnisku w Adelajdzie z samolotu, który szczęśliwie dowiózł mnie do domu – moja żona jeszcze nie podejrzewała, że oprócz wspaniałego bukietu storczyków nabytych w Singapurze mam jeszcze „COŚ” w zanadrzu...

Azja Czarodziejka (4)

Na pierwszy ogień poszedł Budda. Po sutym śniadaniu w hotelowym pokoju udaliśmy się niezawodnym metrem do Tung Chung czyli do końcowej stacji żółtej linii. Końcowa stacja znajduje się w podziemiach bardzo dużego kompleksu handlowego. Po wyjechaniu na powierzchnię wszystkie znaki (młodzi Chińczycy w jednolitych mundurkach powtarzający jak mantrę „Big Budda, big Budda”) prowadzą do początkowej stacji kolejki linowej.

Azja Czarodziejka (3)

Disneylandy są podobno wszystkie takie same - różnią się szczegółami, wielkością... ale esencja jest ta sama. Wszędzie słynne karuzele - filiżanki, wszędzie przejażdżki na słoniach Dumbo, wszędzie Zamek Śpiącej Królewny, wszędzie „Kraina przygód” - królestwo Tarzana, który przez lata nabił kieszenie spadkobierców Walta sporym majątkiem. Wokół panuje nastrój bajkowy, magiczny...

Azja Czarodziejka (2)

Wylądowaliśmy zatem w środku dużej samoobsługowej restauracji. Na migi - bo ta kasta ludzi angielskiego nie zna - zamówiliśmy w samoobsługowym barze przysmażone ryże z kaczką (to dla mnie) oraz z wieprzowiną z grilla na chrupko (dla moich pań) oraz jarzyny na parze robione tylko tak jak oni to potrafią. Do tego po solidnej porcji czegoś zimnego do picia. Zapłaciłem za wszystko... 20 złotych!

Azja Czarodziejka (1)

Po raz pierwszy wyruszamy w stronę magicznej Azji, którą tak cudownie opisał Przemek Osuchowski w swoich reportażach z tego kraju. Wylatujemy skoro świt, bo już o 7.00 rano z naszego lotniska w Adelajdzie. Po dwóch godzinach spokojnego lotu i śniadaniu wylądowaliśmy w Sydney, a potem po szybkim „locie” pomiędzy terminalami siedzieliśmy już w samolocie do Hongkongu.

„Niebo w gębie”

Każdy z nas, przeżywający przyjemności i rozterki emigranckiego życia, przynajmniej raz odwiedził Ojczyznę Matkę. Mało ważne, czy przyszliśmy na świat pod Akropolem, nad Tybrem, czy też w kraju nad Wisłą... ciągnie emigranta w każdym pokoleniu, aby pojechać TAM. Oczywiście pojechać - łatwo powiedzieć, potem zaczynają się schody. Jak dopasować swój urlop do urlopu żony, potem to wszystko do wakacji naszych dzieci, a cały ten zestaw podróżny do kosztów planowanego lotu...

Cierpka królowa Indii...

Herbata towarzyszyła nam wszędzie, podawaliśmy ją do śniadań, często gęsto była uzupełnieniem sytego obiadu, a już koniecznie popijaliśmy ją szklankami po sutej kolacji. Świat pił herbatę rzadziej, używał do tego filiżanek, które z kształtu bardziej się do picia tego wspaniałego napoju nadają.

Zachwycające Złote Wybrzeże

Nasze częste wyjazdy na Złote Wybrzeże są spowodowane także tym, że lubimy to miejsce i lubimy odwiedzać tamtejsze parki rozrywki. „Wet and Wild” proponuje niesamowity zestaw basenów, zjeżdżalni czy innych atrakcji z wodą w tle. „Sea World” oferuje bardzo bliski kontakt z fauną i florą otaczających Australię oceanów.

Spotkania sercem podgrzewane…

Od 1984 roku natomiast datuje się nasza przyjaźń ze wspaniałymi ludźmi - Jagodą i Staszkiem. Przyjaźń ta wytrzymała próbę czasu i odległości. Za każdym razem, gdy jestem w Polsce, obowiązkowo spędzam z nimi parę dni. Wspominamy dawne czasy, przy kieliszku dobrego alkoholu prowadzimy długie rozmowy na temat „kiedy w Polsce będzie lepiej” oraz pochłaniamy duże ilości dobrego jedzenia.

Diabelski smak Cairns i okolic…

Wyjazdy gdzieś daleko, gdzie człowiek zapomina o codzienności i ulatuje jakby w krainę marzeń, mnie osobiście kojarzą się ze smakami i zapachami – takimi innymi, nieosiągalnymi w miejscach, gdzie mieszkamy na codzień. Dla mnie Cairns i jego okolice smakują świeżo suszonymi owocami mango, napojem wyciśniętym z trzciny cukrowej (niekoronowanej królowej tych okolic) i pizzą w restauracji Mango Jam w Port Douglas. Mam zamiar zaznajomić czytelników z każdym z tych smaków i zapachów, a na zakończenie, co stało się tradycją tej rubryki, podać przepis prosty, łatwy i przyjemny.

Świąteczny pasztet…

Ponieważ jesteśmy w gorącym kulinarnie okresie świątecznym – na początek – po długiej przerwie proponuję coś na temat przysmaku nad przysmakami. Obecny zawsze w bogatej literaturze od średniowiecza aż po IV RP – podawany na królewskich i cesarskich stołach, często też wędrujący pod wieśniacze i średniozamożne strzechy, pakowany w puszki, kupowany na wagę, doceniany i doprowadzony do perfekcji przez Francuzów – PASZTET! Zawsze go lubiłem...

Jedna taka noc…

Święta Bożego Narodzenia to jednak przede wszystkim Wigilia. Ta, nie mająca odpowiednika w tradycjach innych narodowości kolacja, jest niezapomnianym przeżyciem dla nas Polaków. Potrawy, wystrój stołu, opłatek, życzenia, składają się na popołudnie, pozostające na zawsze w naszej pamięci. Pozwolę sobie zaprosić czytelników na kolację wigilijną w naszym domu. Na stole, nakrytym śnieżnobiałym obrusem i udekorowanym każdego roku inaczej (zawsze natomiast z jednym wolnym talerzem dla niespodziewanego gościa) pojawiają się następujące potrawy.

Zdrowie Wasze, w gardła nasze…

Moją przygodę z alkoholem rozpocząłem w towarzystwie uznanego tuza w branży – kolegi z liceum Przemka Osuchowskiego. To właśnie z nim zapoznaliśmy się w 1978 roku w małej bułgarskiej miejscowości Pomorie, popijając jedno z lepszych białych win (tak mówią wspomnienia) „Monastirskaja Izba”. Zawsze w czasie pobytu w Polsce rezerwuję sobie co najmniej jeden wieczór na spotkanie, przy którym zawsze „parę książek przeczytamy”. Mam zawsze wrażenie, że obcuję z fachowcem od pokoleń. Zza każdego wypitego kieliszka wódeczki czuję, że patrzy na nas historia

Słodkie szaleństwo (2)

Pomijając słodycze tak zwane sklepowe – czyli cukierki, czekoladki i inne łakocie dostępne w sklepach z szumnym napisem „Słodycze”, najczęściej wspominamy słodkości z tak zwanych cukierni. Było ich w Krakowie bez liku. Ponieważ okres dzieciństwa oraz młodości „durnej i chmurnej” spędziłem w ścisłym śródmieściu Krakowa (przypadł mi w udziale zaszczyt mieszkania w kamienicy „Pod lwem” przy ulicy Grodzkiej 32, dwieście metrów w linii prostej od pomnika Adama Mickiewicza), wspomnień tego typu mam bez liku.

Słodkie szaleństwo (1)

W moich wędrówkach kulinarnych nie może zabraknąć krótkiej podróży po deserach, słodyczach i im podobnych przyjemnościach. Wkrótce zabiorę czytelników do słodkiego Krakowa, ostatnich 30 lat, gdzie słodycze pochłaniałem masowo i dokładnie. Dzisiaj skoncentruję się na tych wszystkich skonsumowanych i zapamiętanych słodkościach naszej macochy Australii, a w szczególności jej południowego odłamu.

Wiwat „Król Staś”!

Nasze miasto jest drugą ojczyzną Stanisława Ciechanowicza, założyciela i właściciela firmy „Standom Smallgoods”, bezapelacyjnie najlepszej firmy produkującej w „kraju kangurów” mięso i wędliny według staropolskich receptur. To tam, w sklepach „Standom Smallgods”, zaopatrujemy się w pyszne kiełbaski na typowe australijskie barbeque, to tam możemy kupić nieporównywalne w smaku mięso na kotlety, to tam kusi feeria wędlin niespotykana w Południowej Australii...

Smakołyki strzechą kryte (2)

Gdy w Głogoczowie powstawała pierwsza karczma, doprowadzono do użytku stojący w niej piec chlebowy, po latach przerwy zabytek zaczął wydawać z siebie przaśne bochny chleba, połykane w kawałkach, najpierw przez zagranicznych turystów, a potem też przez tubylczego smakosza. Niebawem okazało się, że jeden piec to za mało, zadziałał system znany z serialu dla dzieci „Pomysłowy Dobromir”, karczma zakupiła za grosze upadającą starą piekarnię w Skale koło Krakowa. Piekarnia działa do dzisiaj zużywając zboże, które zalewa Polskę w ramach klęski urodzaju od przedwojnia...

Smakołyki strzechą kryte (1)

Pozwalam sobie zabrać szanownych czytelników na wiejską wycieczkę kulinarną. Pomimo, że nasza „macocha” Australia ma generalnie więcej plusów niż minusów, to wiele wspomnień o naszej „matce” Polsce nigdy nie znajdzie równoważnika na największej wyspie świata.

Grzybów w bród!

Pod sosnami, jak to pod sosnami, raj mają grzyby. Niestety, w Australii dominują maślaki. Zbieramy je i suszymy w suszarce jak w Polsce prawdziwki. Mają bardzo ładny zapach i są doskonałe w smaku, staramy się przyrównać je do polskich prawdziwków, ale jest to raczej według zasady, że „na bezrybiu i rak ryba”.

Gołąbkowe mistrzostwo świata

Podziwiam kobiety, które potrafią pół dnia spędzić przy kuchni wydając z niej z reguły danie, które można wrzucić w trzewia w ciągu paru minut. Ja wyznaję zasadę, że cały proces przygotowania posiłku, od naostrzenia noża do podania na stół, nie powinien przekroczyć 1 godziny. Właśnie z tego powodu spodobał mi się przepis Gośki, który teraz czytelnikom podaję.

Kierunek Kraków '07

Dziś parę słów o Krakowie. Mieście bardzo ciekawym, mieście, które kocham... Kocham nie za to co podziwiają turyści; nie za to co nienawidzą warszawiacy; również nie za krakowską flegmę i powolność. Kocham to miasto za to, że mogłem w nim być młody. Mogłem się tam uczyć, grać w piłkę z kolegami, mogłem kochać i całować usta ukochanej dziewczyny...

Wisia – Królowa Rosołu

Na szczęście na mojej mapie kulinarnych wspomnień jest niepozorne miejsce, które oparło się upływowi lat. W Bochni, niedaleko tamtejszej kopalni soli ( nieprawdopodobne, ale starszej niż jej sławna siostra w Wieliczce), stoi malutki drewniany domek, a w nim jak w dobrej bajce mieszka moja „przyszywana ciocia” Wisia. Wisia to koleżanka mojej mamy z licealnej ławy, bezsprzecznie (moim skromnym zdaniem) jedna z najlepiej gotujących kobiet świata.

Aromat Godów

Na głównym miejscu jajka (te poświęcone dzień wcześniej), które pokrojone spełniają rolę wigilijnego opłatka. Następnie obowiązkowa duża soczysta szynka, podawana z chrzanem lub „komunistyczną” ćwikłą biorąc pod uwagę jej kolor. Obok czekając na swoje miejsce na talerzach zebranych, wyposzczonych biesiadników, oczekuje pasztet. Klasyczna sałatka jarzynowa rozpierająca się w misce wie, że pomimo swojego wegetarianizmu znajdzie wielu chętnych, bo nigdy nie smakuje tak jak wtedy.

Aktualności kulinarne Adeli...

Na adelajdzkim rynku kilka lat temu pojawiła się firma „Barossa Fine Food”, która jeden ze swoich sklepów ma na Central Market. Przy całym bogactwie naszych polskich wyrobów namawiałem wszystkich na parówki. Cieniutkie, miękkie oraz, co nie zdarza się u konkurencji, lekko podwędzone. Parówkami tymi moja rodzinka zażera się do dzisiaj.

„Czarna jak Afryka”

Zamykam oczy, przypominam sobie ten fragment filmu i nagle przed oczami zaczynają pojawiać mi się obrazy z przeszłości, z niepowtarzalnym aromatem KAWY w tle … Nasze mieszkanie przy ulicy Grodzkiej, niedzielne poranki, gdy babcia moja przygotowując śniadanie parzyła, w niebieskim garnuszku, kawę zbożową podawaną potem na śniadanie z mlekiem i cukrem.

Chleba naszego powszedniego...

Gdy wczoraj wieczorem wbiłem zęby w przygotowaną z pietyzmem, najprostszą pod słońcem kanapkę, składającą się z kromki żytniego chleba posmarowanego masłem, cienkich plastrów pomidora oprószonych drobinkami soli, zastanowiłem się nad historią mojego wieloletniego romansu z bochenkiem „naszego powszedniego”.

Kangurowa Kula Smaku

Jak ten czas leci. Pamiętam jak dziś, gdy postawiliśmy po raz pierwszy nogę na australijskim gruncie w upalną niedzielę 25 listopada 1990, pamiętam kwitnące jakarandy, ich kolor i zapach, gdy przyjechaliśmy do dzielnicy Wayville wynajmować jeszcze we trójkę, nasze pierwsze australijskie mieszkanko. Pamiętam drugą niedzielę, udaliśmy się do naszych znajomych, po raz pierwszy uczestniczyć w australijskim barbeque. Wspaniałe wspomnienia...

Przyjechałem, zobaczyłem, zjadłem…

Pomimo, że jem mniej niż na to wyglądam, wszyscy znajomi wiedzą, że jeść i gotować lubię, a nawet potrafię, co nie zawsze idzie w parze. Z tego też powodu, w czasie wizyty w rodzinnym Krakowie, pozwalam sobie na „Krakowską Wycieczkę Kulinarną”. Moim przewodnikiem jest zawsze Przemek Osuchowski, kolega ze szkolnej ławy, doskonały dziennikarz, producent najpopularniejszego w Polsce programu kulinarnego „Kulinarne podróże Roberta Makłowicza”.


Biblioteka

Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011