Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Aktualności kulinarne Adeli...

marzec 2007

Na adelajdzkim rynku kilka lat temu pojawiła się firma „Barossa Fine Food”, która jeden ze swoich sklepów ma na Central Market


Przy całym bogactwie naszych polskich wyrobów namawiałem wszystkich na parówki. Cieniutkie, miękkie oraz, co nie zdarza się u konkurencji, lekko podwędzone. Parówkami tymi moja rodzinka (a teraz ponoć też wiele rodzin w Adelajdzie) zażera się do dzisiaj.

Jednak w czasie cotygodniowych po nie wędrówek, zacząłem najpierw nieśmiało, a potem coraz bardziej odważnie, próbować innych artykułów sztuki wędliniarskiej, leżących w szklanych gablotach. Muszę przyznać, że te nieśmiałe próby miały u mnie efekt narkotyczny. Jemy coraz więcej wyrobów z tej firmy, coraz bardziej je sobie chwalimy.

Wędliniarskie przeboje

Proponuję wspaniałą w smaku, zawsze cieniutko pokrojoną, kuszącą bardzo przystępną ceną „German Prosciutto”. To ususzona na włoski sposób szynka, której smak i aromat może stać się przebojem na każdym stole.

Nie zapomnijcie też o spróbowaniu „Gipsy Ham” oraz przeboju „Barossa Fine Food”, czyli polskim kabanosie. To taki ukłon firmy w kierunku coraz większej ilości naszych rodaków odwiedzających to stoisko. Kabanosik ma bardzo dobry smak, jest wspaniale uwędzony, a co ważne jest dużo, dużo tańszy niż jego brat, sprzedawany na stoisku kilkaset metrów dalej. Popularność tego wyrobu doprowadziła do tego, że w ostatni piątek musiałem obejść się smakiem, ponieważ o godzinie 19.00 już po prosty „był wyszedł”.

Pomyślano tu o osobach mówiących po polsku, na stoisku w piątki i soboty pracuje Bartek. Z ojcem jego, dwadzieścia parę temu, zaczynaliśmy wspólne boje o tytuły magistra inżyniera budownictwa na Politechnice Krakowskiej, więc choćby ten fakt tylko jest dla Bartka wystarczającą rekomendacją. Niestety, wspomnień kulinarnych mamy z okresu studiów mało - talerz cienkiego bigosu, podawany w „Łupince” pod butelkę „Herbavitu”, to było wszystko, na co było stać nas, biednych krakowskich studentów. Niemniej pozostaną wspomnienia, których nie można kupić za żadne pieniądze.

Chlebowe przeboje

Wędliny już mamy, no ale „bez chleba” nie uchodzi tego konsumować. Niedaleko „Barossa Fine Food” znajdziecie Państwo duże stoisko serowo-piekarnicze „Say cheese”. W rozbudowanej ostatnio części piekarniczej, polecam w zasadzie wszystko, długie, cieniutkie bagietki z serem, makiem albo sezamem ($1.80) mają smak przypominający mi najbardziej krakowskie obwarzanki. Obok wiszą sobie dumnie, na małych haczykach, „Bagels” czyli bajgle, pieczone według żydowskiej receptury, posypane makiem, sezamem, suszonym słonecznikiem (ulubione mojej żonki) oraz innymi różnościami ($1.40 sztuka albo trzy za $3.50). Jeżeli chcecie, aby na Waszym stole pojawiła się wspaniała, drożdżowa maślana buchta, nie zapomnijcie kupić paru „Briochek” ($2.50), kapitalnych w kształcie, maślanych drożdżowych bułeczek. Pokryte brązową spieczoną skórką, a żółciutkie w środku jak kurczaczki wielkanocne, będą kapitalnym uzupełnieniem na przykład Wielkanocnego Śniadania, w odróżnieniu od włoskich babek, zalegających supermarkety, są upieczone dzień przed Wielkanocą tego roku, a nie, jak te włoskie, roku poprzedniego. Natomiast absolutnym przebojem w tej europejskiej piekarni, jest „Farmers Bread” czyli chleb wiejski. Ostatni raz jadłem taki chleb w Krakowie, w małej piekarni na ulicy Szlak, niedaleko Politechniki. Okrągły, posypany mąką, przypieczony na wierzchu. Pieczony w węglowym piecu i dający tak miłe dla ucha „echo”, gdy pukamy w jego upieczony spód. Natomiast prawdziwe przeżycia następują w domu. Gdy zagłębimy w niego nóż, aby odkroić „piętkę” i zobaczymy, jak wygląda od środka zrozumiemy wszystko, i cenę ($6.90) i to, że pomimo ceny znika szybko ze stoiska. Idealnie gładka, sprężysta powierzchnia, biała na wygląd, ale lekko kwaskowa w smaku, przygotuje nasze kubki smakowe do romansu z tym arcydziełem sztuki piekarniczej. Polecam spożywanie z dodatkiem wszystkiego, jednak najlepszy jest po prostu z masłem.

Sery

Mamy już wędliny i pieczywo, myślę że po tej uczcie czas na deser. W ramach deseru nie zaproponuję żadnych „Mudcake” czy innych specjałów naszej macochy. Na deser zaproponuję plaster wspaniałego w smaku i wyglądzie białego sera. Pamiętacie Państwo wypady na place targowe, jak Polska długa i szeroka. Czasem we wtorek, czasem w czwartek, puste przez tydzień stragany zapełniały się przekupkami różnej maści. W Krakowie mieliśmy tych placów dostatek, że wspomnę Nowy Kleparz, Stary Kleparz, Plac Nowy, Plac Na Stawach, Plac Dębnicki. Wczesnym porankiem z autobusów PKS wysypywały się tłumy gospodyń, otulonych wielkimi kraciastymi chustami, dzierżących w rękach kosze lub kobiałki z różnościami. Były tam jajka prosto od kury czyli wiejskie: “Patrz Pani jakie mają żółtka, pomarańczowe”, były tam kanki z mlekiem: “Pani dzisiaj świeżo dojone, jeszcze ciepłe, a jaka śmietanka po wierzchu”, były tam słoiki ze śmietaną: “Patrzcie Pani jaka śmietana, nożem można kroić”, były serowe serca. Białe sery domowej roboty, robione tradycyjnymi metodami, owinięte w białe ściereczki, uformowane na kształt serc. Pamiętam czasem dla śmiechu chodziliśmy z kolegami po Starym Kleparzu. Ochoczo korzystaliśmy z próbowania różnego rodzaju serów. Zakutane w chusty „baby” już dawno, kiedy jeszcze nowoczesne metody marketingowe były w powijakach, wiedziały, że nic tak nie przekona klienta do towaru jak próbka. Pamiętam kawałeczki białego sera, podawane do próbowania na długim lśniącym nożu. Smakowały wspaniale. Biały ser, słodki w smaku, rozpływał się po podniebieniu, kusząc, aby nabyć przynajmniej jedno z białych „serc”.

Myślałem, że to wspomnienie pozostanie już na wieki w Ojczyźnie Matce, ale nie. Na stoisku 75, u Elżbiety i Waldka, możecie nabyć pół kilograma wspomnień, za jedyne $8.95. Wybór serów białych jest spory, począwszy od pakowanych aż do twarogów na wagę. Natomiast wyznając zasadę: „Jak kraść to miliony, jak uwodzić to księżniczki, jak pić to stare wino” poproście o ten „najlepszy z najlepszych”. Okrągły w kształcie, z czerwoną naklejką, mówiącą „Cottage Cheese”, da wam niezapomniane wrażenia po przybyciu do domu. Po pozbawieniu go plastikowej „błony dziewiczej”, natkniecie się na kolejną, wykonaną jakby z cieniutkiej gazy (co za wspaniały pomysł, szkoda, że nie do przeniesienia w inne rejony naszej rzeczywistości). Po pozbawieniu go tej drugiej ochronki dotrzecie do sera. Położony na talerzu, oblany serwatką wygląda iście królewsko. Odkrojony gruby plaster, pod swoim ciężarem, upadnie na bok z delikatnym sykiem. Teraz nóż, kroimy, wkładamy do ust kawałek sera. Zamykamy oczy…..wychodzi na to, że nawet seks czasem bywa prymitywny w porównaniu z innymi przeżyciami. Moja Teściowa, osoba której bardzo ciężko dogodzić, jeżeli chodzi o jedzenie, jedząca wyroby najlepsze z najlepszych, wyraziła taką opinię o tym serze – “Tak dobry, że go szkoda jeść”. Niech te słowa towarzyszą Wam w czasie wędrówki do Eli i Waldka. Czekają oni na Was z otwartymi ramionami. Otwórzcie portfele. To pomaga.

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011