Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

„Czarna jak Afryka”

marzec 2007

Moja wizyta w kraju rodzinnym w 1999 zbiegła się z premierą filmu w reżyserii Andrzeja Wajdy „Pan Tadeusz”


Chcę przypomnieć jedną scenę z filmu - słynne połączenie fenomenalnych zdjęć i wspaniałego głosu lektora, ukazujące ludziom proces parzenia, podawania i spożywania kawy. Ci wszyscy, którzy byli i widzieli, pamiętają miękki aksamitny głos Krzysztofa Kolbergera połączony idealnie z obrazem starego młynka mielącego kawę, potem niewidzialna (a w zasadzie widzialna) ręka służącej w rękawie zakończonym sutą ręczną koronką, nabierała łyżeczki czarnego, zmielonego proszku delikatnie wsypywała go do pięknego porcelanowego dzbanka. Gorąca woda spadała do środka z impetem wód Wodospadów Wiktorii wypełniając go prawie po brzegi. Mała, ręcznie malowana, przykryweczka zamknęła dzban, pozwalając gorącej wodzie działać. Za chwilkę z dziubka zaczęła wychodzić delikatna jak mgła, smużka pary pachnącej jak grzech. Aromat i intensywność zapachu była tak niesamowita, że niemalże poczułem ten zapach. Poczułem go zarówno w krakowskim kinie „Kijów” jak i w naszym kinie w Adelaidzie, gdzie również polonusi mogli ten film zobaczyć.

Reżyser wzniósł się na szczyty, poprzez umiejętne połączenie narracji z obrazem i dźwiękiem szczękających łyżeczek, szumiącego parą imbryka stworzył następny wymiar. Wypełnił aromatem nozdrza widzów… Czysta perfekcja.

Zamykam oczy, przypominam sobie ten fragment filmu i nagle przed oczami zaczynają pojawiać mi się obrazy z przeszłości, z niepowtarzalnym aromatem KAWY w tle … Nasze mieszkanie przy ulicy Grodzkiej, niedzielne poranki, gdy babcia moja przygotowując śniadanie parzyła, w niebieskim garnuszku, kawę zbożową podawaną potem na śniadanie z mlekiem i cukrem. Nie przepadałem kiedyś za tym zapachem. Teraz wraca on do mnie bumerangiem dzieciństwa często, bardzo często… Zapach kawy z ekspresu podawanej w kawiarni „Zakopianka”, gdy zachodziłem tam z rodzicami i gronem ich znajomych po mszy w pobliskim kościele Św. Krzyża. Dorośli zajmowali miejsca przy małych okrągłych stolikach, zamawiali „kawę po wiedeńsku”, która jak do dzisiaj jest aromatycznym naparem kawy z ekspresu, na wierzchu, jak pierzynką, przykrytym grubą warstwą bitej śmietany. My młodzi, czyli mieszanka dzieci, młodzieńców z ledwie sypiącym się wąsem oraz podlotków, raczyliśmy się latem lodami śmietankowymi, podawanymi w małych aluminiowych miseczkach, a przez inne pory roku popijaliśmy cytrynadę. Wysokie szklanki zwilżone na brzegu sokiem z cytryny, a potem zanurzone w cukrze, wypełnione chłodną, żółtą cieczą o kwaśnym smaku, a do tego nieodłączna „słomiana” słomka w papierowym opakowaniu, dolepiona zawadiacko do szklanki kropelką wody. To były czasy...

Późniejsze kontakty z kawą to z reguły różnego rodzaju urodziny i imieniny, gdzie przy deserze popijano kawę „po turecku””. Dwie łyżeczki zmielonej kawy „Ekstra”, jak się trafiło to „Super”, wsypywane do wysokiej cienkiej szklanki (brrrrrrrr), zalane gotującą wodą. Do środka łyżeczka, która w powstającym na wierzchu kożuchu stała, stała… i stała. Obrzydliwy smakowo napój, do którego później odważni wlewali śmietankę, niestety nasze polskie mleko w tych czasach z zawartością tłuszczu 0.0000% nie nadawało się do takich celów. Nawet kawy podawane w latach siedemdziesiątych w kawiarniach czyli miejscach do tego przeznaczonych, miały się nijak do napoju, którym od stuleci delektował się cały świat. Po prostu w całym cywilizowanym świecie proces parzenia kawy z ekspresu jest podobny. Miele się kawę, najlepiej świeżo przed parzeniem, potem napełnia pojemniczek wchodzący w skład maszyny do parzenia, przepuszcza przez tę świeżo zmieloną kawę wrzącą wodę. Efekt końcowy miesza się na setki sposobów z mlekiem, śmietanką, lodami waniliowymi, dekoruje pianą z zaparzonego tłustego mleka, dodaje się kieliszek grappy, irlandzkiej whisky czy też innych specjałów z reguły w płynie. Po przygotowaniu szklaneczki wspaniałego naparu wyrzuca się fusy i napełnia znowu świeżo zmielonym miałkim proszkiem. W naszych kawiarniach przełomu lat 70-tych i 80-tych, akurat w tym ostatnim momencie wprowadzono innowację. Mianowicie do kosza wędrowało tylko 50 procent fusów, natomiast drugie 50 procent w towarzystwie 50 procent świeżej kawy parzyło się ponownie. Druga kawa podawana w ten dzień przez naszą wspaniałą panią bufetową było jeszcze, jeszcze. Kolejne… no cóż… spuśćmy zasłonę miłosierdzia nad tym smakiem, aromatem. Podziwiajmy tylko pomysłowość pań w białych fartuszkach o okrągłych buziach.

Pierwsza kawa z prawdziwego zdarzenia, która spłynęła przez moje trzewia, to była mała czarna z dodatkiem mleczka, podawana w małej kafejce w Budapeszcie. O tak, Węgrzy poznali tajniki parzenia kawy znakomicie. Już ta podawana na wycieczkach „Almaturu” do śniadania była wspaniałej jakości. Wędrując z moją Grażynką po ulicach miasta, chyba piękniejszego niż Paryż, często raczyliśmy się naparem Bogów. Podawano ją w małych szklankach z grubego szkła, przejrzystość szkła zapewniała doskonałą widoczność płynu w środku, natomiast grube szkło zapewniało, że można ją było pić bez azbestowych rękawic. Pozostała wspomnieniem na długie lata... I dopiero wraz z przyjazdem do Australii rozpoczęło się przed nami kawowe eldorado.

Już na początku lat 90-tych zadziwiła nas Adelaida ilością kawiarenek, gdzie można było za naprawdę niewielkie pieniądze napić się kawy z ekspresu, czy też nieznanej wtedy w Polsce cappucino. Lata późniejsze przyniosły gwałtowną ekspansję tego sektora działalności. Młodzi Australijczycy (głównie z włoskim i greckim pochodzeniem) zaczęli powoli opanowywać kafejki. Zaczęły powstawać całe sieci przybytków, gdzie podawana jest czarna aromatyczna ciecz. Wymienię tu tylko Coffee Club, Bean Bar, Cibo czy też moją ulubioną Huddson Coffee. To właśnie w tej ostatniej kafejce, najczęściej w znajdującej się w Centrum Handlowym Marion, delektuję się ich słynną Caffe Latte. Wspaniale wypalona i zmielona kawa, przepuszczona przez ekspres, wypełnia kubek, na wierzchu natomiast warstwa około 3 cm pianki z idealnie sparzonego pełnotłustego mleka. Wszystko to przygotowane bywa rękami przystojnych jak Adonisy, młodzieńców o kruczoczarnych włosach z iskrą dzikości w oczach. Australia to też kraj, w którym po raz pierwszy spotkałem picie, na masową skalę Iced Coffe czyli kawy mrożonej. Na początku trochę dziwił mnie ten zwyczaj, tak bardzo zakorzeniony w Australijczykach, później doszedłem do wniosku, że kraj w którym jest ponoć 300 słonecznych dni w roku oraz w niektórych częściach ponad 240 dni z temperaturą powyżej 25 stopni Celsjusza, jest stworzony do takich eksperymentów. Po pierwszym szoku, w czasie spożywania kawy mrożonej, teraz stanowi ona w upalne dni idealną alternatywę dla napoju, który jak czytelnicy zauważyli towarzyszy mi od lat.

Na zakończenie dzisiejszego artykułu będzie przepis. Nie odważyłbym się na napisanie przepisu jak zaparzyć kawę, to tylko troszkę trudniejsze niż ugotować wodę, natomiast przypomniał mi się przepis kursujący pocztą pantoflową w Polsce lat moich młodych. Może teraz ktoś odważy się i spróbuje tutaj daleko, tak bardzo daleko od kraju..

Ali Baba

Bierzemy największą pomarańczę jaka wpadnie nam w ręce. Dokładnie myjemy pod gorącą wodą, można też delikatnie sparzyć ją wrzątkiem. Wycieramy. Za pomocą korkociąga do otwierania wina robimy w pomarańczy 40 otworów, równomiernie na całej powierzchni. Otwory mają być tak głębokie, aby w każdym z nich zmieściło się czarne ziarenko kawy. Naszpikowaną „rozbójnikami” pomarańczę (Ali Baba) wkładamy do szklanego słoika i zalewamy 500 ml polskiego czystego spirytusu. Na dno słoika wsypujemy 20 malutkich łyżeczek cukru. Macerujemy czyli chuchamy i dmuchamy przez 40 dni. Codziennie wstrząsamy słoik z zawartością. Po 40 dniach wyjmujemy pomarańczę, wyciskamy sok pomieszany ze spirytusem. Odcedzamy na bardzo drobnym sitku. Powstałą ciecz, mieszaninę spirytusu, słodyczy, soku pomarańczowego, aromatu uzyskanego ze skórki pomarańczowej, złamanego delikatnym aromatem ziarenek kawy łączymy z przegotowaną wodą. Gdy stosujemy spirytus 80-procentowy powinniśmy dolać 500 ml przegotowanej ostudzonej wody, gdy stosujemy 96procentowy - wtedy 750 ml wody. Mieszamy razem. Rozlewamy do butelek. Trzymamy, aby się przegryzło 40 dni. Chłodzimy, otwieramy, kosztujemy… Jak blisko nieba jesteśmy!

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011