Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Azja Czarodziejka (1)

styczeń 2009

Końcem sierpnia 2008 roku, gdy zaczynała się australijska wiosna, zapragnęliśmy zobaczyć i poczuć trochę Azji


Jak mówi stare polskie powiedzenie „Jak kraść to miliony, jak uwodzić to księżniczki, a jak pić to stare wino”, czyli zawsze zaczynaj z najwyższej półki.

Grażynka przed Disney Hotel

Autor w ogrodach Disney Hotelu

Grażynka z obsługą hotelową

Azjatycka „Tara” nocą

Zaczęliśmy więc od Hongkongu – przez wiele lat kolonizacyjnej Perły w Brytyjskiej Koronie. Zobaczyliśmy, przeżyliśmy, wróciliśmy... a co zapamiętałem napiszę powoli. Ja lubię pisać, odwiedzający tę stronę lubią czytać – z tego wniosek, że może coś z tego będzie? Będzie to mały dziennik podróży okraszony zdjęciami, których zrobiliśmy ponad 600. Po pierwszej obróbce zostało ich ponad 500, więc jest z czego wybierać...

Dzień pierwszy

23-go września Roku Pańskiego 2008. Wyruszamy w pierwszą od wielu, wielu lat tak długą podróż w okrojonym składzie, bo bez Rafała. Po raz pierwszy wyruszamy w stronę magicznej Azji, którą tak cudownie opisał Przemek Osuchowski w swoich reportażach z tego kraju. Wylatujemy skoro świt, bo już o 7.00 rano z naszego lotniska w Adelajdzie, które przez lata było „pośmiewiskiem” całej Australii, że małe, że ciemne, że nie ma rękawów do samolotów, że... W końcu kilka lat temu powstał projekt lotniska nowego, takiego co ma być ogromne do 2020, całkiem duże do 2030 i niezłe do 2040 roku. Pomyśleli, pokombinowali, zbudowali. Jest naprawdę wspaniałe i imponujące jak na miasto z ponad milionem ludzi.

Rafał odwiózł nas na lotnisko. Jeszcze szybkie: – „trzymaj się, dbaj o siebie” – to ja. Szybkie – „kocham Cię , uważaj na siebie” – to Grażynka. – „Będę tęsknić” – to Natalia. I już jesteśmy w samolocie linii Qantas. Firma ostatnio miała kłopoty małe. A to pękła butla z tlenem gdzieś koło Filipin, a to znów jakieś kłopoty z klimatyzacją i zawrócili samolot, a to znowu automatyczny pilot zaserwował pasażerom na Zachodnią Australię przeżycia godne Parków na Gold Coast. Ale Qantas jest duchem Australii i nie wiem co by się stało, aby Australijczycy – rdzenni i napływowi – zmienili ją na jakąś inną linię. Pod bokiem rośnie silna konkurencja azjatycka. Współczesna Azja to nie ta Azja którą straszyli dzieci w latach 60-tych ubiegłego wieku. Azja to Magia... przez największe „M” jakie jest możliwe w jakimkolwiek alfabecie na świecie.

Po dwóch godzinach spokojnego lotu i śniadaniu wylądowaliśmy w Sydney, a potem po szybkim „locie” pomiędzy terminalami siedzieliśmy już w samolocie do Hongkongu. Airbus 330-300 zapewniał komfort lotu ponoć taki, jak jego większy brat wyglądany z Tuluzy przez linie lotnicze na całym świecie. Przed nami, nie w kij dmuchał, 9 i pół godziny lotu. Dla mnie – po pięciu samotnych wyprawach do Polski – to pestka. Dla moich Pań to pierwsze od lat takie przeżycie. Dla jednej z nich to dziewiczy lot w takim czasie. Ale minęło jak z bicza trzasł. Grażynka obejrzała w samolocie po raz „n-ty” film „Przeminęło z wiatrem”. Nie spodziewała się, że następny tydzień przyjdzie spędzić jej w hotelu, przy którym filmowa Tara wyglądałaby przyzwoicie, niemniej jakby trochę ubogo. Tak więc na pokładzie jakieś kino, jakieś gry, jakieś smaczne posiłki, mała drzemka poobiednia i... już lądowaliśmy w Hongkongu. Coś tam przed lądowaniem nami „poszarpało”, ale pilot dał do zrozumienia, że panuje nad samolotem perfekcyjnie.

I tak wylądowaliśmy w „Perle Brytyjskiej Korony” – mieście które do 1997 roku było wysepką i ostoją Anglosasów na azjatyckim kontynencie, a potem przeszło pod chiński protektorat i okazało się, że Chińczycy nie takie głupki, aby dusić kury co złote jajka noszą. 14 milionów ludzi zamieszkuje teren połowy czy nawet 1/3 województwa małopolskiego! W Hongkongu jest 7 tysięcy budynków, które maja więcej niż 40 pięter . Z tego 5 tysięcy – to bloki mieszkalne jak na krakowskim Prokocimiu, tyle ze „trochę” wyższe (40 pięter). Tyle na ten temat wyczytaliśmy w przewodnikach. Nikt nie napisał jednak, że w tych blokach nie ma balkonów, a ludność suszy pranie na metalowych konstrukcjach montowanych za oknem – mało ważne czy 1 czy 39 pięter od ziemi. Nikt też nie wyposażył tych blokowisk w klimatyzację, a ciepło tam jest i wilgotno jak cholera... Stąd w każdym oknie kompresor od klimatyzacji, co wygląda śmiesznie i niespotykanie. Pewnie z tego powodu 80 procent widokówek pokazuje Hongkong nocą, bo wtedy prania za oknami nie widać.

Wylądowaliśmy spokojnie, i zaraz po lądowaniu niespodzianka! Wiadomość dla nas trzymana w ręce przez autochtona w liberii. Myśleliśmy, że posłali po nas limuzynę, ale niestety, była to wiadomość, że nasze bagaże nie zdążyły przelecieć z samolotu do samolotu w Sydney i przyjadą później. Kiedy? Nie wiadomo. Zresztą po co komu takie informacje? W Azji życie toczy się spokojnie i leniwie...

Druga wiadomość to taka, że odjazd naszego autobusu do Disney Hotel jest opóźniony. Nawet nie wiedzieliśmy, że wylądowaliśmy w oku tajfuna H... coś tam. Szedł sobie spokojnie z Filipin, gdzie po drodze uśmiercił 15 osób, potem zatopił parę łodzi rybackich na Morzu Chińskim, a potem dopadł „Perłę w Koronie” w czasie, gdy odsypialiśmy podróż. Niemniej już wieczorem zaczął straszyć, a oni wiedzą co to tajfun, oj wiedzą.

Tak więc czekaliśmy 20 minut na autobus a potem pojechaliśmy w nieznane... Padało mocno, wiało tak, że parę razy miałem wrażenie, że autobus przesuwało powoli po autostradzie (po szerokości a nie po długości)... Autostrady to mają! Hitler byłby nawet z nich dumny jak cholera... Po 30 minutach spokojnej jazdy dotarliśmy do celu.

Disney Hotel. Już w momencie, gdy go wybierałem w internecie wiedziałem, że może być jak w bajce! Ale nigdy nie spodziewałem się, że wylądujemy w takim luksusie! Poczuliśmy się jak białe bogate małżeństwo spędzające wakacje na przełomie lat 30-40 tych ubiegłego stulecia w brytyjskiej kolonii gdzieś na końcu świata! Ponieważ bagażu jak nie było tak nie było... deszcz padał równo, a palmy wygięte były niemalże do ziemi, w pierwszy dzień zwiedzaliśmy nasze lokum na następne sześć dni.

Co zobaczyliśmy i uwieczniliśmy na zdjęciach opiszę w następnym odcinku azjatyckich wspomnień.

CDN


Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011