Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Azja Czarodziejka (2)

luty 2009

Pierwszą noc po samolotowej podróży trwającej prawie 12 godzin przespaliśmy jak susły


Z balkonu odzywała się orkiestra

Żywopłotowy labirynt w kształcie Myszki Miki

Natalka z opiekunkami z pokoju dla dzieci i młodzieży...

W naszym hotelowym pokoju 5008

To też Hongkong, prawie samo centrum

Grażynka z Natalią buszujące po stoiskach Targu Kobiet

W pokoju miła do spania temperaturka. Dobrze uszczelnione okna nie dopuściły do naszych uszu odgłosów tajfunu, który nocą trochę zdemolował Hongkong i cały nasz ośrodek. Nawet z rana, gdy wstałem pierwszy i wyglądnąłem na świat Boży, zdziwiło mnie spustoszenie. Wciąż padał deszcz. Padał to mało powiedziane. Lało tak jakby ktoś stał za oknem i z wielkiego wiadra wylewał wodę na świat... Tak „padało” aż do południa. Potem nagle przestało i temperatura zaczęła się podnosić bardzo szybko. Czuliśmy się poza hotelem jak w wielkim czajniku, który ktoś postawił na gazie a potem przykręcił kurek aby tylko tak w środku bulgotało. Dzięki niezbyt dobrej pogodzie zwiedziliśmy hotel, a było naprawdę co zwiedzać...

Oddany do użytku w 2005 roku jest naprawdę perłą w każdym calu. Wystrój nasz ulubiony - „wiktoriański” - wszędzie kanapy, dywany, marmury, złocenia i mnóstwo światła, które dają wspaniałe kryształowe żyrandole. Każde miejsce w tym hotelu - czy to będzie winda, recepcja, hall główny czy nawet toaleta - nadają się do uwiecznienia na zdjęciu. Do tego wszystkiego jeszcze wspaniałe zapachy wielkich ikeban z tropikalnymi, często mało znanymi kwiatami pachnącymi jak grzech. Chyba w raju tak pachnie... Nie wiem, nie byłem, ale jak się ustatkuję i mnie tam wpuszczą, nie będę zdziwiony na pewno. Do tego obsługa! Poruszają się po korytarzach jak cienie - postacie w różnych mundurkach, gotowe zrobić wszystko na każde twoje skinienie - pokojówki, chłopcy dbający o bagaże, chłopcy dbający o przyprowadzenie z parkingu samochodu, ogrodnicy, kelnerki i kelnerzy, obsługa recepcji... Wszyscy w dopasowanych, czystych i wyprasowanych jak z obrazka mundurkach, uśmiech na twarzach, na każdym kroku „Sir”, „Madame”. Dodajcie do tego muzykę płynącą z głośników zamontowanych na całym hotelowym lobby - muzykę w stylu walców Straussa, czy tez muzykę poważną w stylu „Czterech pór roku” Vivaldiego... będziecie mieli komplet doznań. Wczesnym popołudniem do błyszczącego fortepianu „Yamaha” stojącego w głównym hallu zasiadał pianista o urodzie hinduskiej, ubrany jak Al Capone - frak, spodnie lampasy i te słynne buty zapinane na guziki. Grał stare i nowe przeboje w fortepianowych aranżacjach. Gdy się zmęczył, z balkonu odzywała się orkiestra grająca dobry stary nowoorleński jazz tradycyjny. Jeszcze tylko brakowało Murzyna we fraku śpiewającego „Wonderfull world” i wtedy byłby komplet.

Gdy przestało padać skończyliśmy chodzić z otwartymi paszczami po hotelu, a podjęliśmy decyzję, że zobaczymy centrum Hongkongu. Oczywiście w takich metropoliach najlepiej dojechać wszędzie metrem. Wyposażeni w plan pojechaliśmy zdobywać Perłę Azji.

Z metrem mam dobre wspomnienia jeszcze z czasów węgierskich z początkiem lat 80-tych. Już wtedy Grażynkę i całe grono znajomych zaskakiwałem małpią zręcznością przy rozumieniu tras metra i zmian linii na różnych stacjach węzłowych. Tutaj było podobnie.

Ponieważ kolejka ta jedzie częściowo w tunelach a częściowo na powierzchni, zaczęliśmy podziwiać teren wokół. Nie było to, niestety, na pierwszy rzut oka przeżycie pod względem estetycznym. Potwierdziły się spostrzeżenia z jazdy na trasie lotnisko – miejsce zamieszkania. Hongkong ma powierzchnię średniej wielkości miasta - czy to polskiego czy australijskiego - a mieszka w nim 14 milionów ludzi. Gdzieś oni muszą mieszkać. Mieszkają w 40-piętrowych (liczyłem) blokach a'la krakowski Bieżanów. Mniej tylko napisów w stylu „J....ć Cracowie” czy tez „Wisła k......a”. Chyba piłka nożna jest tam jakby mniej popularna.

Są tam natomiast inne ciekawostki. W mieszkaniach nie ma balkonów (gdyby były chyba liczba samobójstw byłaby naprawdę imponująca) oraz nie ma centralnej klimatyzacji. Stąd każdy Kowalski z Hongkongu pierwsze co montuje to rodzaj suszarki do prania za oknem i wiesza tam swoje stare gacie z dziurą na tyłku, ubranie w którym wita Chiński Nowy Rok oraz stringi córki młodej i zgrabnej jak cholera. Powiewa to wszystko na 40 piętrach na cztery świata strony. Dodatkową atrakcją są kompresory do klimatyzacji montowane też na zewnątrz jak kto chce - pionowo i poziomo. W sumie daje to bardzo surrealistyczny wygląd osiedli mieszkaniowych. Teraz już wiem jak wyglądają slumsy XXII wielu. Oprócz tych dziwolągów, gdzie mieszka klasa średnia i bardzo niebogata, miasto jest pełne wieżowców, które mogą zawrócić w głowie naprawdę ludziom mającym pojęcie o architekturze, planowaniu i wykorzystaniu przestrzeni. Mogą zawrócić też w głowach ekologom, bo od pięciu lat wszystkie budynki muszą być energooszczędne, ekologicznie przyjazne i takie na miarę XXX wieku. I takie one naprawdę są.

Dojechaliśmy do centrum. Tam, jak w mrowisku, miliony małych ale zadbanych bardzo naturszczyków przemieszczało się w każdą dostępną stronę, tysiące aut, autobusów, tramwajów (piętrowych) czy też trolejbusów mknęło ulicami zabierając i wypluwając z siebie tysiące skośnookich obywateli idących gdzieś tam i czekających bynajmniej nie na Godota.

Będąc w Polsce myślałem, że widziałem już róg obfitości w sklepach - wszelkiego rodzaju ubrań, elektroniki i tym podobnych „kusicieli”, ale to co zobaczyłem tam, w Hongkongu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. W sklepach spożywczych smalcu i bryndzy owczej nie zauważyłem, ale wszystkiego innego dobra - aż nadmiar. Domy towarowe sprzedające ciuchy i elektronikę to jest kosmos. Wylądowaliśmy w centrum handlowym, które ma ni mniej ni więcej 30 pięter. Na każdym panoszy się inna firma. Nautica, Tommy Hilfinger, Timberland, czy Gant - to dla panów. Armani, Gucci, Espirit, Prada - dla pań. Co ciekawe były to sklepy sprzedające tylko końcówki serii za powiedzmy 25 procent ceny nominalnej. Ja kupiłem sobie 5 koszulek polo firmy Nautica za które zapłaciłem 125 australijskich dolarów, czyli 250 złotych polskich. Niech to wystarczy za przykład.

Potem poszliśmy na tak zwany Targ Kobiecy, to coś jak nasz nowohucki Tomex czy też warszawski bazar Różyckiego, tylko że wzdłuż ulic o łącznej długości może dwóch, trzech kilometrów. Po obu stronach stragany sprzedające wszystko co chcesz. Jedwab, ozdoby, ubrania (niższa półka), torebki, buty, zegarki...

Wśród tych straganów wędrowni sprzedawcy proponujący kupno podróbek torebek Prady, zegarków Omega, okularów Gucci... Pokazują ci katalog, ty pokazujesz co ci się podoba i na co masz ochotę, chłopak leci gdzieś biegiem i za dziesięć minut masz na stole! W pudelku, woreczku, ładnie opakowane jak w sklepie parę ulic dalej... Tylko ta cena! 1/15 a czasem 1/20 oryginału.

Po takim naprawdę ciężkim dniu - ulewa, podróż metrem oraz wędrówka w tym czajniku pomiędzy tysiącami ludzi (trasa pachniała imbirem, sosem sojowym, fekaliami, kaczką seczuaską.... mieszanką trochę wybuchową, ale niezapomnianą) wylądowaliśmy w chińskiej restauracji, gdzie posilali się miejscowi.

Pamiętałem o tym co mówił mi Przemek - idź tam, gdzie nie ma miejsca, miejscowi wiedzą co robią. Wylądowaliśmy zatem w środku dużej samoobsługowej restauracji. Na migi - bo ta kasta ludzi angielskiego nie zna - zamówiliśmy w samoobsługowym barze przysmażone ryże z kaczką (to dla mnie) oraz z wieprzowiną z grilla na chrupko (dla moich pań) oraz jarzyny na parze robione tylko tak jak oni to potrafią. Do tego po solidnej porcji czegoś zimnego do picia. Zapłaciłem za wszystko... 20 złotych!

Pomyślałem sobie „żyć nie umierać”! Nawet w jadłodajni u Politakowskich przy ulicy Miodowej za dwa obiady zapłaciliśmy czerwcem 2008 z Przemkiem 25 złotych i cieszyły nam się michy jak tralalala. Szczególnie, że kwadrans wcześniej postawiliśmy kilkaset złotych na głowę w pobliskim totalizatorze wierząc szczerze, że Polacy ograją Niemców na EURO 2008. Ech, człowiek umrze głupi, nie ma na to rady...

CDN


Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011