Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Azja Czarodziejka (3)

luty 2009

Gdy już za nami był tajfun - pierwszy kontakt z dużym azjatyckim molochem i gdy już otrząsnęliśmy się z uroków wiktoriańskiego hotelu - przyszedł czas na meritum sprawy czyli na Disneyland


Zapraszamy do bajki

Przed Zamkiem Śpiącej Królewny

Myszka Miki w towarzystwie moich kobiet

Kaczor Donald i my

Głodni nie chodziliśmy

Wizytę w krainie bajek najpierw obiecywaliśmy sobie sami, jak chyba każde polskie dziecko siedzące przed telewizorem i oglądające przygody Kaczora Donalda, Myszki Miki i całego tego towarzystwa. Pamiętam słynny „Klub Myszki Miki” oglądany w czarno-białym telewizorze jeszcze w starym mieszkaniu przy ulicy Grodzkiej w Krakowie (300 metrów w linii prostej od pomnika Adama Mickiewicza na krakowskim Rynku) pod koniec lat 60-tych... Gdy na zakończenie pojawiał się wizerunek Zamku Śpiącej Królewny okraszony zamaszystym podpisem Walta Disneya, zawsze obiecywałem sobie, ze kiedyś tam pojadę, zobaczę, dotknę... przeżyję to. Właśnie chyba głównie z tego powodu pobiegliśmy do parku rozrywki spod znaku amerykańskich kreskówek niesieni jakby wiatrem wspomnień i pchani chęcią zobaczenia czegoś na co czekaliśmy latami. Tam, niedaleko, za bramą wejściową z napisem „Welcome to Disneyland” czekało nasze dzieciństwo. Tam mogliśmy się jakby przenieść w czasie i otrzeć o bohaterów naszych wspomnień.

Disneylandy są podobno wszystkie takie same - różnią się szczegółami, wielkością... ale esencja jest ta sama. Wszędzie słynne karuzele - filiżanki, wszędzie przejażdżki na słoniach Dumbo, wszędzie Zamek Śpiącej Królewny, wszędzie „Kraina przygód” - królestwo Tarzana, który przez lata nabił kieszenie spadkobierców Walta sporym majątkiem. Wokół panuje nastrój bajkowy, magiczny i gdzie okiem sięgnąć, przy odrobinie dobrej woli czy to dziecko małe czy staruszek, człowiek czuje się takim takim małym okruszkiem włożonym w tryby machiny czasu, która niestety nie umie jeszcze nikogo zabrać na start życia. Uliczki w tym mieście cudów i czarów to wypisz wymaluj uliczki z moich ulubionych książek młodości. Mark Twain i bohaterowie jego książek na pewno chodzili takimi ulicami gdzieś tam daleko w południowych stanach Ameryki... Sklepy z łakociami to pewnie te, gdzie Tomek Sawyer kupował swojej Becky lizaki i gdzie razem pili lemoniadę... Patrzyłem wokół - brakowało jeszcze płotu, który Tomek miał malować za karę a na malowaniu którego zarobił krocie... Żywe kolory, które aktualnych stylistów Jacyków mogłyby przyprawić o wymioty, ale dla nas ludzi tęskniących za odrobiną bajki w codziennym coraz mniej bajkowym świecie, są idealnym dodatkiem do marzeń. To tak jak kolorowanie waty cukrowej... nie dość ze ślinka cieknie z łakomstwa, to jeszcze oczy ku niej „lecą” niemalże samoistnie.

Spędziliśmy tam dwa pełne dni - dwa razy wykorzystując pieszy dystans od naszego hotelu, byliśmy na wieczornej paradzie z okazji Haloween oraz dwa razy oglądaliśmy 30 minutowe widowisko łączące w sobie urok Disneylandu, piękno świateł., muzyki oraz feerie ogni sztucznych wystrzeliwanych nad Zamkiem Śpiącej Królewny. Byliśmy w kinie na filmach - niektórych starych bardzo. Kupiliśmy mnóstwo „niezbędnych” według opinii Natalii drobiazgów... Ale dla mnie było najważniejsze to, że udało nam się dotknąć marzeń, tych gdzieś tłumionych w sobie przez tyle dziesiątków lat... oraz to, że daliśmy szansę Natalii zobaczyć to wszystko oczami dziecka. Mamy wrażenie, że będzie to dla niej naprawdę niezapomniane wspomnienie na całe życie. Mając takie obrazy przed oczami na pewno kiedyś chętnie zabierze do tego lub innego Disneylandu swoje dzieci, aby razem z nimi jechać pociągiem dziecięcych marzeń... I na pewno nigdy nie zapomni, że pierwszą podróż odbyła nim nie byle z kim. Maszynistą jej pociągu dziecięcych marzeń był jej Tata a konduktorem była jej Mama.

Wizyty w Disneylandzie to także uczta dla ludzi, którzy mają rozbudowane poczucie smaku i potrafią docenić pracę innych ludzi. Pamiętam jak prawie 19 lat temu przyjechaliśmy do Australii. Wtedy wcale nie podobały mi się palmy, papugi czy też czerwone kafelki w kuchni w naszym pierwszym australijskim mieszkaniu. Najbardziej podobało mi się to, że każdy napotkany przez nas człowiek cieszył się z tego co robił. Duży – niewyobrażalny wtedy w Polsce szacunek do pracy, jakakolwiek by ona była i świadomość odpowiedzialności za to co się robi i jak się robi była naprawdę imponująca dla nas ludzi jakby trochę w tym temacie „wypuszczonych z lasu”. Minęły lata – Australia stała się coraz bardziej wielokulturowa – setki tysięcy emigrantów przywiozły do ostatniej na kuli ziemskiej „Ziemi Obiecanej” mnóstwo dobrego – zwyczaje, kulinaria, wiedzę, tolerancję a czasem i jej brak. Niestety, przywiozły też ze sobą tę przysłowiową „łyżkę dziegciu” – Australia roku 2009 to już nie ta z początku lat 90-tych ubiegłego wieku. Moim skromnym zdaniem najwięcej straciła właśnie w temacie poszanowania pracy i podjęcia pełnej odpowiedzialności za to co się robi. A tam, niedaleko od nas (8,5 godziny lotu), znowu jak kiedyś – uśmiechnięte twarze, ludzie dumni z tego co robią bez względu na to czy kierują olbrzymimi korporacjami czy też kierują turystami podziwiającymi cuda Perły Azji. To bardzo pouczająca podróż w czasoprzestrzeni, ech bajko Ty moja ...

Kiedyś lata temu, poznałem starszego Włocha. Luigi inwestował u nas pieniądze a zarobione procenty wydawał na emeryckie wyjazdy aby poznać i zobaczyć świat. Co roku, gdy wracał, raczył mnie opowieściami o Peru, Boliwii i innych miejsc w Ameryce Południowej, z Alaski, z Europy, Azji i też z Australii, którą zjechali z żoną wzdłuż i wszerz ciągnąc za sobą doskonale wyposażoną przyczepę kempingową. Kilka lat temu pojechali w rejs po Morzach Południowych - poznali tam małżeństwo włoskie mieszkające w San Diego. Nawiązali kontakt - dwa lata później pojechał Luigi do Stanów Zadowolonych Ameryki - po raz pierwszy w życiu mając 75 lat poszedł do Disneylandu. Pamiętam jak wrócił i z wypiekami na twarzy opowiadał mi o tym magicznym miejscu, które w oczach starszego człowieka wygląda zdecydowanie inaczej niż z perspektywy dziecka. Pamiętam jak powiedział do mnie: - wiesz Jacek, teraz to sobie myślę, że w sumie to szkoda umierać jak się tego nie zobaczy. Wspomniałem jego słowa chodząc ulicami krainy marzeń - jedząc typowo amerykańskie hot-dogi z pomidorowym sosem, obejmując postacie z Disneyowskich bajek w czasie wspólnych zdjęć... pomyślałem, ze Luigi miał sporo racji w tym co mówił. Pojechać tam i to zobaczyć to tak, jakby odbyć podróż w czasie do lat tych durnych i chmurnych, do lat do których w żaden sposób nie ma już powrotu. Mogą się człowiekowi co najwyżej czasem przyśnić - ale zamiast o tym śnić lepiej to przeżyć. W Krainie Marzeń stworzonej przez geniusza któremu na imię Walt.

CDN


Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011