Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Azja Czarodziejka (4)

luty 2009

Z wizytą u Wielkiego Buddy


Budda wielki jest

Gdy już poza nami był główny punkt programu czyli wizyta w baśniowym Disneylandzie a dni zaczęły, jak to zwykle bywa pod koniec wakacji, przepływać nam przez palce jak woda, postanowiliśmy zrobić szybki rachunek sumienia i sprawdzić co jeszcze możemy zobaczyć w czasie naszej pierwszej randki z Azją, Czarodziejką zresztą.

Oferta była bardzo bogata, zdecydowaliśmy się jednak na rzeczy - jakby to powiedzieć – podstawowe, czyli wycieczkę do Wielkiego Buddy oraz ekspresowe zobaczenie centrum Hongkongu z naciskiem na piękną panoramę miasta z Wzgórza Victoria Peak.

Na pierwszy ogień poszedł Budda. Po sutym śniadaniu w hotelowym pokoju udaliśmy się niezawodnym metrem do Tung Chung czyli do końcowej stacji żółtej linii. Końcowa stacja znajduje się w podziemiach bardzo dużego kompleksu handlowego. Po wyjechaniu na powierzchnię wszystkie znaki (młodzi Chińczycy w jednolitych mundurkach powtarzający jak mantrę „Big Budda, big Budda”) prowadzą do początkowej stacji kolejki linowej. Kolejka jest imponująca. Z wiadomości wysłuchanych w australijskim programie Gateway wynika, że ponoć jest to najdłuższa kolej linowa na południowej półkuli. Nie sprawdzałem. Wierzę ślepo osobom, które za ciężkie pieniądze robią badania środowiskowe tego popularnego programu.

Im dłużej jechaliśmy, tym bardziej wierzyliśmy, że nikt tego z palca sobie nie wyssał. Podróż ze stacji początkowej na sam szczyt trwa prawie 45 minut, sześcioosobowe wagoniki są wygodne i tłoku nie było. Jechaliśmy w górę z nowożeńcami z Indonezji, którzy spędzali w Hongkongu miesiąc miodowy i bardzo im się tam podobało. Miesiące miodowe mają to do siebie, że w czasie ich trwania wszystko się podoba. Kolej ma siedem stacji węzłowych czyli takich gdy metalowe koła (prawie wielkości młyńskich - tych z powiedzenia) zmieniają kierunek przejazdu. Na początku można podziwiać pozostające w tyle krajobrazy zurbanizowanej części Lantau Island, potem jest lotnisko z lotu ptaka.

Cała trójka w kolejce linowej

Panorama Lantau Island

Nagroda po trudach

Uliczki wioski u podnóża Wielkiego Buddy

Tutaj drobny powiew wspomnień. Zaraz po przyjedzie do Australii, gdzieś wczesnymi latami 90-tymi, oglądałem z zapartym tchem program telewizyjny „Beyound 2000” gdzie australijscy „archeolodzy przyszłości” pokazywali architektoniczny i inżynierski cud budowlany, który miał miejsce w Hongkongu. Była to budowa nowego portu lotniczego. Dotychczasowy mieścił się prawie w centrum biznesowym miasta i lądowanie tam było bardzo uciążliwe ze względu na otaczające go coraz szybciej drapacze chmur. Nie było też miejsca na rozbudowę a ilość odwiedzających zwiększała się z roku na rok. Podjęto śmiałą decyzję o budowie nowego Międzynarodowego Portu Lotniczego. Usadowiono go na Lantau Island. I tutaj wspaniała, iście pokerowa, zagrywka. Nie czekając na protesty „Zielonych” i ekologów z całego świata uprzedzono ich ruch. Starając się utrzymać niepowtarzalny klimat wyspy oraz dbając o środowisko naturalne po prostu dobudowano do wyspy tę część, gdzie w przyszłości miało wsiadać i wysiadać kilkanaście milionów pasażerów rocznie. Pamiętam jak z wypiekami na twarzy oglądałem niesamowity projekt inżynierski. Zabranie morzu kilkudziesięciu hektarów terenu, a potem - po umocnieniu całości - wybudowanie na powierzchni portu lotniczego. Budowli - jakby na to nie patrzeć - wymagającej jubilerskiej dokładności. Miało być oddane na koniec XX wieku i chyba było nie śledziłem postępu robót. Teraz jadąc sobie gondolą w towarzystwie moich Pań oraz ociekających miodem Indonezyjczyków, patrzyłem z wysokości na startujące i lądujące samoloty. Naprawdę widok imponujący.

Mniej więcej od czwartej zmiany kierunku jazdy, gdzieś daleko majaczył Wielki Budda – chyba największy w metrach (wysokość) w tej części Azji. Zbliżał się do nas powoli, turyści w gondolach pstrykali sobie zdjęcia a my pamiętaliśmy dokładnie, że wyjechać tam kolejką to pikuś. Potem jeszcze spacer po uliczkach cacacnego chińskiego miasteczka-wioski, ale potem już zaczynają się schody. Dokładnie 268 pod dosyć ostrym kątem. Pamiętaliśmy też, że po tych schodowych katuszach czeka nas nagroda – ta która przypada każdemu idącemu gdzieś w góry – widok zapierający dech w piersiach i ta odrobina satysfakcji z pokonanego wzniesienia. Wylądowaliśmy na końcowej stacji – potem było miasteczko – cudownie odrestaurowane... Wąskie uliczki wypełnione sklepikami z typowo turystycznymi gadżetami – porcelanowe laleczki mieszały się z fenomenalnie ubarwionymi jedwabiami z których poszyte były różnego rodzaju ubrania, niektóre miały europejski krój ale w sobie olbrzymią ilość azjatyckiego klimatu. Mnóstwo różności z bambusa... którego jest tutaj chyba z tysiąc odmian. Sklepy wypełnione chińskimi łakociami – samych śliwek różnych rodzajów smaków było tyle, że nawet nie liczyłem bojąc się, że nie znam tak dużych liczb.

.

Powoli szliśmy w kierunku posągu Buddy. Zanim zaczęliśmy wdrapywać się po schodach na szczyt, odwiedziliśmy małe muzeum buddyjskiej religii, gdzie zapoznaliśmy się z historią buddyzmu, jego prawdami, głównymi myślami i przesłaniem. Mogę osobiście powiedzieć, że niektóre sentencje naprawdę wbijały się głęboko w świadomość człowieka. Potem już były schody. Po wyjściu na szczyt kilka pamiątkowych zdjęć. Jeszcze jedna wizyta w małym muzeum zrobionym w środku posągu... Tam, oglądając wszystkie zgromadzone „wota religijne”, czuliśmy się trochę jak turyści wyznania buddyjskiego oglądający odsłonięcie Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Ale od czego jest tolerancja, umiejętność zrozumienia i poszanowania religii i przekonań innych wyznań, której nauczyliśmy się w Australii! Tego typu lekcje polecam innym Polakom, szczególnie tym mieszkającym pomiędzy Bugiem a Odrą.

Potem schodami w dół. To już zdawało się bardzo proste. O tym, jak się myliliśmy, okazało się następnego dnia, gdy czuliśmy w udach od samego rana każdy z tych stopni, szczególnie tych pokonywanych w dół. U podnóża Wielkiego Buddy typowo chińska pagoda w której mieści się buddyjski klasztor oraz restauracja wegetariańska, która swoimi dochodami pozwala mieszkającym w klasztorze mnichom utrzymać się na niskim (ale to już ich wybór) poziomie.

Wróciliśmy do hotelu jakby trochę oczyszczeni, czy to przez religię, zwyczaje, a przede wszystkim przez rześkie i czasem chłodne powietrze, jakie wypełnia Lantau Island w odróżnieniu od mokrego, parnego, często dziwnie pachnącego centrum miasta.

Te inne doznania były dopiero przed nami... Wrażenia opiszę w następnym, ostatnim już odcinku relacji z czarodziejskiej Azji.

CDN


Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011