Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Diabelski smak Cairns i okolic…

styczeń 2008

Dla mnie Cairns i jego okolice smakują świeżo suszonymi owocami mango, napojem wyciśniętym z trzciny cukrowej (niekoronowanej królowej tych okolic) i pizzą w restauracji Mango Jam w Port Douglas


Ufff... Za nami powitanie Nowego Roku 2008. Co nam przyniesie? Czy będzie lepszy niż poprzedni, czy będzie gorszy? Gdybyśmy to wiedzieli, jacy bylibyśmy szczęśliwi! Albo może nieszczęśliwi? Kiedyś wyczytałem w jakiejś mądrej gazecie, że zrobiono sondaż tuż przed końcem roku. Czy to było lat temu pięć czy dziesięć – mało w sumie ważne. Zadano ludziom pytanie: „Gdybyś mógł zobaczyć w szklanej kuli swoją przyszłość za lat – powiedzmy – dziesięć, zdecydowałbyś się czy nie?” – nie zdziwiło mnie wcale, gdy na końcu podano wyniki. Tylko 5 procent ankietowanych wyraziło zainteresowanie tym, co przed nimi... I chyba słusznie, przecież najpiękniejsze w życiu jest oczekiwanie, nawet na niepewną przyszłość...

Z okazji zbliżającego się Nowego Roku 2008 posłaliśmy do znajomych w Australii, w Polsce i na całym świecie, od San Diego (pozdrowienia dla Barbary i Maćka) aż po Afganistan (pozdrowienia dla Wojtka K.), życzenia proste: „Aby ten następny nie był gorszy niż poprzedni – z całego serca życzą Grażynka i Jacek”. Odpisali jak jeden mąż. Z nadesłanych najbardziej rozbawił nas SMS od dobrych znajomych ze starego kochanego Krakowa: „W roku 200 bałwanów wszystkiego co najlepsze życzą Marta i Robert”. Za ich pozwoleństwem tego samego życzę wszystkim czytelnikom Przeglądu i wszystkim, którzy dbają o to, aby nasze teksty mogli czytać znajomi i nieznajomi na całym świecie.

Kierunek Cairns

W szklaną kulę, podobnie jak te 95 procent ankietowanych, nigdy bym nie zajrzał, natomiast bez patrzenia w nią wiem jedno: jeżeli nic nieprzewidzianego nie stanie nam na drodze, to 24-go stycznia 2008 wsiądziemy z Grażynką i Natalią na pokład samolotu linii Jetstar i po raz kolejny pojedziemy tam, gdzie jest tak pięknie. Kierunek Cairns. Stolica Północnej Australii, jedno z najszybciej (procentowo) rozwijających się miast w Australii. Ilościowo oczywiście nikt nie zagrozi Brisbane i Gold Coast – natomiast procentowo wszystkich na głowę bije miasto otoczone wstęgą Wielkiej Rafy Koralowej, a z drugiej strony wstęgą lasów tropikalnych. Pamiętam jak po raz pierwszy opuściliśmy Adelaide i zawitaliśmy do Queensland (było to w 1995), dzięki pomocy Lili Żyźniewskiej spądziliśmy tydzień na Gold Coast. Podobalo nam się bardzo – inny świat, roślinność, klimat. Mnóstwo atrakcji szczególnie dla naszego syna – Rafała, który miał wtedy lat 9. Pamiętam codzienne wędrówki po różnego rodzaju parkach, wycieczkę w Tamborine Mountain oraz piękny rejs żaglowcem po okolicznych wyspach. Najbardziej jednak utkwił mi w pamięci moment, gdy po powrocie dziękowałem Lili za piękne wakacje, ona powiedziała słowa: „Mówisz, że jest pięknie, a byłeś kiedyś w Port Douglas?” Nie, nie byłem i doceniłem wartość jej słów dopiero w 2004 roku. Pojechaliśmy na podbój Północnego Queensland już we czwórkę i w ciągu dwóch tygodni tam spędzonych połknęliśmy bakcyla tego rejonu Australii. Roślinność jakby żywcem wyjęta z filmu „Jurrasic Park”. Wspaniała pogoda. Gdy w Adelajdzie początkiem lipca żegnała nas plucha i zimno (temperatura koło zera stopni), tam powitało nas słońce, ciepło i bezchmurne niebo. Powitał nas też zapach – mieszanka aromatów kwitnących roślin tropikalnych, morskiej bryzy, zapach który zostaje w pamięci już na zawsze. Spędziliśmy tydzień w Cairns w nowootwartym ośrodku wypoczynkowym The Lakes Cairns Resort and Spa oraz drugi tydzień w Port Douglas w nieistniejącym już Rydges Resort. Spacery po jednej z najpiękniejszych plaż świata Four Miles Beach – biały mączny piasek do dzisiaj eksportowany do Niemiec, gdzie Carl Zeiss Jena wykorzystuje go do szlifowania znanych na świecie soczewek, uginające się nad brzegiem palmy kokosowe gubiące swoje twardogłowe dzieci w czasie nocnych burz, potem wyrzucane przez cieple morskie fale przez dzień cały. Jednym słowem bajka... Wszystkim tym co nie byli polecam, zostawcie na później indonezyjskie Bali (chociaż jest tam również pięknie) oraz pięknie wyglądające w folderach ośrodki tajlandzkiego Phuket i okolicznych wysepek – jedźcie zobaczyć Północną Australię, a nie pożałujecie.

Wyjazdy gdzieś daleko, gdzie człowiek zapomina o codzienności i ulatuje jakby w krainę marzeń, mnie osobiście kojarzą się ze smakami i zapachami – takimi innymi, nieosiągalnymi w miejscach, gdzie mieszkamy na codzień. Dla mnie Cairns i jego okolice smakują świeżo suszonymi owocami mango, napojem wyciśniętym z trzciny cukrowej (niekoronowanej królowej tych okolic) i pizzą w restauracji Mango Jam w Port Douglas. Mam zamiar zaznajomić czytelników z każdym z tych smaków i zapachów, a na zakończenie, co stało się tradycją tej rubryki, podać przepis prosty, łatwy i przyjemny.

Mango

Mój pierwszy kontakt z tym owocem miał miejsce, gdy jako nastoletni chłopak w Polsce połykałem kolejne odcinki przygód Tomka Wilimowskiego. W odcinku bodajże czwartym Alfred Szklarski wywiózł Tomka i jego znajomych do Indii. Oprócz miłosnych uniesień do Maharani Alwaru, wędrówki po tym fenomenalnym kraju, miała tam miejsce uczta w pałacu maharadży. Pamiętam jak dzisiaj, na deser Tomek pałaszował mango w zaciszu małego myśliwskiego domku w parku.

Był rok może 1973 lub 1974. W okresie początkowego Gierka nie żyło się w Polsce tak źle, a sklepy komercyjne, reglamentacja cukru i alkoholu była dopiero w planach pięcioletnich ekipy premiera Jaroszewicza – „mango” brzmiało tak, jakby z innego świata było. Nigdy wtedy nie myślałem (teraz proszę sobie pomyśleć o tej szklanej kuli ze wstępu), że kiedyś wyląduję szczęśliwie w kraju, gdzie owoc ten jest spożywany niemalże na codzień, a w północnych rejonach dokładnie jak rok długi. Mango z północnych terytoriów jest wspaniałe w smaku – skąpane w pełnym słońcu, pojone sokami gleby dla której kłopoty z nawodnieniem to rzecz całkowicie nieznana – ma smak grzechu. Umiejętnie obrane, schłodzone i podane w towarzystwie czegoś lekko kwaskowego, dla złamania bardzo intensywnie słodkiego smaku (wszak grzech słodkim bywa) powiedzmy truskawką, ananasem lub maliną, jest prawdziwym rajem dla podniebienia. W okolicach Cairns mango mają tak dużo, i rośnie jak rok długi, że muszą poddawać go jakiejś obróbce, aby przedłużyć jego żywotność – pakowanie go w puszki czy słoiki nie jest zbyt udanym eksperymentem – owoc traci cały grzeszny czar jaki posiada w świeżej wersji, natomiast suszenie go na ostrym słońcu daje rewelacyjne efekty smakowe. Tylko tam, na niedzielnym placu targowym w Port Douglas, kupicie popakowane w małe torebki suszone owoce mango. Delikatnie i fachowo oddzielone od skóry (grubej jak na hipopotamie), odseparowane od pestki (co jest sztuką na pograniczu mistrzostwa i ostrości noża), ususzone – jest niesamowite w smaku. Słońce odbiera mu wilgoć, natomiast nie odbiera nic ze smaku. Ba – smak ten jeszcze jakby potęguje. Kupione suszone mango – włożone do ust na drugim końcu świata czy to w Krakowie czy Adelajdzie, powoduje opadanie powiek, a żując go czujemy lekki wietrzyk pachnący solą, zapach tropikalnych kwiatów, szum palmowych liści i odgłos spadających orzechów kokosowych.

Trzcina cukrowa

Gdy zbliżaliśmy się do Cairns, z okna samolotu zainteresowały nas dwie rzeczy – góry wysokie (... kto nam z nimi walczyć każe... jak śpiewał Krzysztof Cugowski lat temu chyba 25) oraz niekończące się zielone pola czegoś... Myśleliśmy o kukurydzy, ale przecież nie lecieliśmy nad Stanami Zadowolonej Ameryki tylko nad czerwoną aborygeńską krainą. Po wylądowaniu, w czasie transportu małym autobusikiem na trasie Cairns Lotnisko – Port Douglas, widzieliśmy ją dokładnie. Trzcina cukrowa – matka powszechnie dostępnego w sklepach cukru trzcinowego (ponoć najlepszego do kawy świeżo parzonej) oraz – to wiadomość dla mężczyzn – autorka ważnego komponentu na drodze do wyprodukowania jedynego wysokoprocentowego alkoholu pędzonego oficjalnie na największej wyspie świata, czyli rumu Bundaberg.

Jadąc i oglądając wielokilometrowe pola trzciny podzielone co 5 mil przesiekami, zastanawiałem się, jakie to może być wysokie. Za parę dni sprawdziłem. Trzcina tuż przed zbiorem ma do trzech metrów wysokości, jest gęsta jak najbardziej gęsty las i właśnie w trosce o przypadkowo zabłąkane w tej plątaninie słodyczy dzieci, zostawiają przesieki co parę kilometrów. Biorąc pod uwagę wielkość australijskich gospodarstw, w innym przypadku groziłaby zagubionym w niej dzieciom czy dorosłym ludziom, wędrówka po życia co najmniej kres. Widzieliśmy gospodarstwa, gdzie pola ciągnęły się – powiedzmy – 40 kilometrów (wcale nie były one największe), więc taka wędrówka może naprawdę zmęczyć albo co gorsze nawet – zabić.

Przypominają mi się nasze pierwsze chwile w Australii, gdy w jednych z pierwszych w pełni zrozumiałych wiadomości dotarła do nas informacja o turystach, którzy zaginęli w Górach Śnieżnych w Nowej Południowej Walii. Myśleliśmy sobie – ci Australijczycy to chyba nie są zbyt poważni – jak można zginąć w lesie? Potem okazało się, że ten las ma powierzchnię całej Polski. Wtedy zrozumieliśmy, że pójście na grzyby do lasu do którego wchodzimy koło Zakopanego, a wychodzimy w okolicach Gdańska, nie jest zbyt przyjemnym zajęciem.

Bliski kontakt z trzciną cukrową mieliśmy na jarmarku w Port Douglas. Pomiędzy stoiskami sprzedającymi wszystko i nic – suszone mango pomiędzy paskami z krokodyla, który jeszcze swoją skórę nosił w zeszłym tygodniu, oraz pomiędzy koronkowymi nakryciami na czajniczki z herbatą spożywaną przez pierwszych angielskich plantatorów jak zwykle o piątej po południu, było stoisko cieszące się dużym zainteresowaniem gawiedzi. Podchodzimy bliżej, patrzymy... a tam stoi urządzenie będące skrzyżowaniem roweru do jazdy w miejscu i sokowirówki. Działa to po prostu tak, że kręcąc pedałami uruchamiamy sokowirówkę – wyciskacz do owoców (wersja ekologiczna i klimatyczno przyjazna). Delikwent bierze sobie ze sterty długi na dwa, trzy metry kawał surowej cukrowej trzciny, wkłada go do gardzieli sokowirówki, a potem wsiada na rower i kręci ile ma pary w gaciach – patrząc jak do zawieszonego kubeczka wpływa mętny, słodki, bardzo zdrowy i unikalny napój – sok z trzciny cukrowej. Smakuje doskonale – szczególnie że trzcina jest bardzo włóknista i trzeba nieźle się nakręcić pedałami, aby jeden jej pęd przerobić na napój. Smak niepowtarzalny, szczególnie gdy do środka kapnie kropelka lub dwie potu z czoła niebywałego do wyczynów cyklisty. Polecam z całego serca . Jeżeli ktoś nie ma jednak czasu albo ochoty, proponuję wersję dojrzałą tego soczku w postaci Bundaberg Rum – dostępny w każdym monopolowym. Pomieszany z lodem i sokiem ze świeżego ananasa przeniesie nas do Port Douglas bez konieczności korzystania z samolotów i tym podobnych strasznych urządzeń.

Na koniec coś ekstra – przy głównej ulicy Port Douglas bez kłopotu znajdziecie Państwo restaurację „Mango Jam” – nowoczesna w wystroju charakteryzuje się tym, że od 8.00 do 24.00 albo i później tętni życiem i ciężko, oj ciężko o wolny stolik. Podają tam różne tropikalne przysmaki, ale specjalizują się w pizzy. Przysmak najbiedniejszych regionów słonecznej Italii (w oryginale placek smarowany oliwą i pomidorami, a jak dom bogatszy to posypany serem), został w świecie podniesiony do rangi dania naprawdę niespotykanie smacznego. W „Mango Jam” spotkamy rodzajów pizzy wiele – chyba ze 30 – wśród nich jest też rozdział australijski – pizza z kangurzym mięsem i mango chutney są niewątpliwie atrakcją szczególną. Nam wpadła w oko i idealnie rozlała się smakiem na naszych podniebieniach pizza „Diabeł tasmański”. Zamiast opisów i kolejnej porcji ochów i achów podaję przepis.

Pizza „Diabeł tasmański”

Placek z ciasta drożdżowego – taki podają w „Mango Jam”. Ja udoskonaliłem przepis i teraz robię ciasto drożdżowe z mąki żytniej i to jest to, co lubią tygrysy najbardziej. Placek smarujemy kwaśną śmietaną – może nie za bardzo grubo ale tak na 2-3 mm. Śmietanę posypujemy drobno pokrojoną zieloną cebulką, na to układamy plastry cienko pokrojonego wędzonego tasmańskiego łososia (czytelnicy w Polsce mogą kłaść łososia norweskiego – wyjdzie „Pizza Wiking Norweski”). Na to dajemy dwie małe łyżeczki malutkich kaparków albo jak kupimy te większe kroimy je drobno. Teraz trochę, ale naprawdę tylko śladowe ilości, dobrej mozzarelli (aby „związała” naszą pizzę). Na ślady mozzarelli kładziemy pokrojony na plasterki grubości 4-5 mm ser camembert lub brie. W naszej australijskiej wersji polecam tasmańskie sery z King Island. Całość oprószamy świeżo zmielonym czarnym pieprzem i wkładamy do piekarnika na 15-20 minut w temperaturze około 200 stopni. Wyjmujemy – dajemy pizzie z 5 minut na „odsapnięcie” i kładziemy na wierzchu świeżo pokrojony aromatyczny koper. Podajemy do stołu w towarzystwie wina białego albo piwka „Cascade” albo „James Boag”. Idealne do pizzy!

Smacznego!


Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011