Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Chleba naszego powszedniego...

marzec 2007

Gdy wczoraj wieczorem wbiłem zęby w przygotowaną z pietyzmem, najprostszą pod słońcem kanapkę, składającą się z kromki żytniego chleba posmarowanego masłem, cienkich plastrów pomidora oprószonych drobinkami soli, zastanowiłem się nad historią mojego wieloletniego romansu z bochenkiem „naszego powszedniego”


Lata sześćdziesiąte: Piętka małego zakopiańskiego

Pierwsze wspomnienia w tej materii, to koniec lat 60-tych. Nic nie smakowało tak, jak piętka małego zakopiańskiego z masłem, spożywana w towarzystwie kolegów z podwórka, w przerwie kolejnego pojedynku w „zośkę”. W małej piekarni na placu Dominikańskim w Krakowie, były dwie dostawy pieczywa. Jedna tak zwanym „chamskim świtem” około 7.00 rano, natomiast druga około 15.00. Wtedy to dziatwa z naszej kamienicy, wyposażona w siatki, maszerowała do sklepu niedaleko - (jedne „pasy”), aby zakupić bocheneczki zakopiańskiego. Pamiętam jak dziś, był ciepły, okrągły, kosztował 3 złote 30 groszy, miał w sobie bardzo dużo kminku, a pachniał jak marzenie. Potem rozbiegaliśmy się po domach, nasze mamy i babcie po długiej szarpaninie z nami, że „ciepłego chleba się nie je” mając na uwadze nasze proszące oczy i mlaskania innych łobuzów, których opiekunki już zmieniły diagnozę, kroiły nam „piętkę” - wielkości pół chleba i smarowały masłem „Extra”, pływającym w kamionkowej misce napełnionej wodą, stojącej „w chłodzie”.

Lata siedemdziesiąte: Chlebek biały jak śnieg

Kolejne ciekawe doświadczenie z chlebem, to koniec lat 70-tych, moje wyjazdy szkolne nad Morze Czarne. Tam, pod słonecznym bułgarskim niebem, po raz pierwszy jadłem biały jak śnieg chleb. Jego smak, posmarowanego masłem („solonym”, wtedy w Polsce nie do pomyślenia), obłożonego plastrami sera „fetta” z dodatkiem pokrojonej w plastry papryki i pomidorów, mam w ustach do dzisiaj. Na tej jednej kanapce było wszystko, czym w końcówce lat 70-tych karmił tubylców i przyjezdnych kraj ze stolicą w Sofii. Co ciekawe, wychowała się na tym „przaśnym” jedzeniu spora grupa ciężarowców, z których Bułgaria słynęła przez długi czas.

Lata osiemdziesiąte: Chleb Zabrzeskiej i pumpernikiel

Lata 80-te, politycznie i kulinarnie nieciekawe, przywołują natomiast dwa wspomnienia mieszczące się w omawianej kategorii. Co roku odkąd pamiętam, moja najpierw dziewczyna, potem narzeczona Grażynka jeździła na wakacje do małej miejscowości w Gorcach - Tylmanowej. Latem 1980 roku, gdy Lech Walęsa brał rozbieg przed sławnym „skokiem przez mur”, spędziłem tam pierwsze wakacje. Chodziliśmy na grzyby, zbieraliśmy i suszyliśmy dziewannę (lek na wszystko), opalaliśmy się na brązowo nad brzegiem górskiej rzeczki Ochotnicy, nie dbając o dziurę ozonową oraz czasem wieczorem spożywaliśmy pajdy pieczonego przez Zabrzeską (miejscowa gospodyni) chleba. Nigdy nie zapomnę znaku krzyża, kreślonego nożem przez miejscowych na spodzie bochenka (udekorowanego odciśniętym konturem liścia chrzanu) przed odkrojeniem pierwszej kromki. Niestety, w realiach ówczesnej Polski nie każdy mógł dostąpić zaszczytu zakupienia i spożycia tego przysmaku. My mieliśmy tzw. plecy. Chleb ten zawsze kupowała dla nas moja Teściowa, która Tylmanową ukochała z początkiem lat 60-tych i po 20 kolejnych wyjazdach posiadała tytuł miejscowego „VIP-a”.

Drugie wspomnienie wiąże się z okresem, gdy moja kochana małżonka „w stanie błogosławionym” w piekarni na placu Dominikańskim (ta od małego zakopiańskiego), nabywała „bez kolejki” (ukłon władz w kierunku wszystkich „ciężarówek” od Tatr aż po Bałtyk), udziałowe dwie paczki świeżutkiego pumpernikla. Potem wieczorem, w małym mieszkanku przy ulicy Praskiej, połykaliśmy plastry czarnego jak „Murzynek Bambo” chleba z masłem, z wędzoną szprotką i odrobiną ostrej węgierskiej pasty paprykowej, oczekując przyjścia na świat potomka.

Lata dziewięćdziesiąte: „Skala Bakery” (na szczęście!)

Lata 90-te to już prawie od startu Australia. Chlebowy szok - białe kawałki waty, uformowane w prostopadłościany, pakowane (o zgrozo) w foliowe worki, bez smaku, bez sensu.. Po sześciu miesiącach nie rozmawiania ze sobą w czasie posiłków (chleb smaku nie miał, ale kleił wszystko), u znajomych, świeżo upieczonych emigrantów (ukłony dla Krysi i Leszka) zjedliśmy pierwszy prawie normalny chleb.

Nadal był w worku, ale kształtem i smakiem przypominał to, co zostało nad Wisłą. Potem epokowe odkrycie, otwarcie w Central Market Arcade piekarni „Skala Bakery” i smakowy powrót do normalności (Rye Bread). Szczęście było natomiast pełne, gdy w piekarniach na naszym Rynku pojawił się czarny, bezdrożdżowy chleb z piękną popękaną skórką – okrągły bochen, ważący minimum 1.5 kilograma kosztuje $6.60. Pieką go Niemcy w piekarni przy Henley Beach Road, jest wspaniały do smalcu, masła, różnego rodzaju twarożków. Chlebem tym zaraziłem już dosyć spore grono znajomych, jedzą go u nas ze smakiem, czy kupują nie jestem w stanie sprawdzić. Gdy wydawało się, że jestem na „chlebowym szczycie świata”, idąc pomiędzy straganami na Central Markecie zobaczyłem GO w pełnej krasie. Kształt taki jak trzeba, kolor taki jak trzeba, wyrośnięty jak trzeba, a gdy wziąłem w ręce i po naciśnięciu usłyszałem delikatny chrupot świeżo upieczonej skórki, wiedziałem, że miałem szczęście przyjechać do kraju, gdzie wszystkie marzenia się spełniają. Dla ustalenia uwagi, stoisko numer 42 „Gourmet to Go” Adelaide Central Market, cena chleba $3.50 za klasyczny polski w kształcie i wyglądzie bochenek. Chleb jest sprzedawany w dwóch rodzajach, z kminkiem i bez. Obydwa są absolutnie doskonałe w smaku. Utrzymuje on świeżość przez dwa dni, potem i tak się kończy. Myślę, że po przejściu ze mną 40 lat „o kromce chleba”, zgłodnieliście wystarczająco, czas na przepis.

Zrazy Wielkopolskie:

8 kawałków wołowej polędwicy, 8 plastrów boczku, jedna cebula, oliwa z oliwek, 50 gramów masła, musztarda (z kulkami gorczycy), 8 ogórków konserwowych (najlepsze „koszerne” ostre do nabycia w „Coles”), pół litra rosołu, pieprz, sól, przyprawy jak kto lubi, 3 kromki chleba czarnego bezdrożdżowego (skórka obkrojona), bochenek chleba ze stoiska 42.

Polędwice rozbijamy na plastry wielkości dłoni. Każdy plaster smarujemy musztardą, układamy plaster boczku, ogórek pokrojony w paski. Zawijamy jak gołąbki. W wysokiej patelni rozgrzewamy oliwę z masłem. Aby nie paprać się w wykałaczki, nitki itp. kładziemy zrazy „szwem” na rozgrzany tłuszcz, po opieczeniu z jednej strony i zaklejeniu się zrazów odwracamy na drugą stronę, dodajemy cebulę pokrojoną w kostkę, dalej obsmażamy zrazy z każdej strony. Dodajemy przyprawy i podlewamy rosołem, aby przykryć zrazy. Dodajemy 3 kromki czarnego chleba (bez skórki) pokrojonego w kostkę. Zmniejszamy ogień, dusimy pod przykryciem około 45 minut, mieszając od czasu do czasu. Soki z mięsa, cebula, przyprawy, rosół i rozgotowany czarny chleb stworzą najwspanialszy sos, jaki Państwo jedli. Podajemy na dużych talerzach z dodatkiem pokrojonego żytniego chleba ze stoiska 75 i sałatką według uznania. Pięknie komponuje się z „Babką Warmińską”.

Jak mawiał plutonowy Gustaw Jeleń z serialu naszej młodości „Czterej pancerni i pies” „… lepsze mięso z mięsem niż kartofel z kartoflem”. Jak Państwo widzicie „chleb z chlebem” też da się zjeść.

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011