Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Gołąbkowe mistrzostwo świata

maj 2007

Najpierw wyjaśnienie: przepis dostałem od mojej znajomej mieszkającej w małej miejscowości na południu Polski. Miejscowość zwie się Łapczyca.


Łapczyca słynna jest z paru niezbyt przyjemnych zdarzeń. W okolicach znajduje się jedna z najbardziej znanych w Polsce „czarnych dziur drogowych” na trasie z Tarnowa do Krakowa. „Czarna dziura” to miejsce gdzie bardzo często z niewyjaśnionych powodów dochodzi do bardzo groźnych kolizji drogowych. Kierowcy nagle tracą panowanie nad kierownicą, zjeżdżają na drugą stronę jezdni i czołowo zderzają się z jadącym z naprzeciwka pojazdem. Ponieważ w Polsce jak nigdzie indziej na świecie, ułańska fantazja nie opuszcza kierowców, z reguły na terenie z ograniczeniem prędkości 80 km na godzinę, jedzie się 110 km na godzinę (oczywiście wtedy, gdy komuś czwórka „nie wchodzi”), więc skutki tych zderzeń są tragiczne w skutkach. To jeden z tych drogowych Trójkątów Bermudzkich na terenie południowej Polski.

Łapczyca oczywiście kojarzy mi się nie tylko z tragediami i wypadkami. Gdy wracam wspomnieniami do czerwca 1978 roku, jak żywo staje mi przed oczami wesele wyprawione w tej miejscowości. W rolach głównych Małgosia ( zwana Gośką) oraz Leopold (zwany później Poldkiem). Gośka to jedna z córek Wisi Królowej Rosołu – bohaterki zupełnie innego wspomnienia. Ślub brali w upalny, czerwcowy 1978 rok, w momencie przełomowym dla historii Polski. Wszyscy teraz, z rocznika mojego lub starszych, szukają jakichś słynnych odniesień historycznych na miarę światową. A ja tak napisałem z bardzo prostego powodu: po niebywałym sukcesie na Mistrzostwach Świata w piłce kopanej w 1974 roku – nasza reprezentacja już nie w roli „Kopciuszka”, a raczej w charakterze jednego z potencjalnych faworytów (dodajmy wicemistrzostwo olimpijskie w 1976 roku) jechała na następne zmagania o „Złotą Nike”. Tym razem FIFA powierzyła organizację imprezy Argentynie. Pojechaliśmy tam zbrojni i mocni, mieszanka starych dobrych srebrnych medalistów plus młode wilki (ale jakie! - Boniek Nawałka, Iwan) oraz z tą przysłowiową ozdobą na torcie - Włodzimierzem Lubańskim.

Wieś tańczy i śpiewa

Poprzedzający imprezę ślub odbył się w bocheńskim kościele, a potem przejechaliśmy do Łapczycy na weselisko. Nigdy nie bylem na wiejskim weselu, informacje jak jest, czego nie wolno a co wypada, zebrałem na podstawie innych znanych mi wesel, głównie opierałem się na Wyspiańskim oraz na weselu Boryny z Jagną pokazanym z detaliczną dbałością o szczegóły w polskiej TV w ramach serialu „Chłopi”. Ale słyszeć to słyszeć, a dotknąć znaczy dotknąć. Na środku kwadratu utworzonego przez dom, stodołę i sąsiednie zabudowania zbudowano z solidnych desek podest to tańca. W rogu usadowiła się orkiestra grająca muzykę, która po prawie 20 latach w wersji lekko elektronicznej zawładnęła Polską. Doskonałe wiejskie jedzenie z nieodłącznym rosołem, podawanym bez względu na 40-stopniowy upał oraz swojska wódka, w połowie swojsko zabarwiana, w połowie swojsko wykonana. Jednym słowem – wieś tańczy i śpiewa.

Przy spożywaniu kolejnych potraw, przepijaniu z każdym i wszędzie (nie bacząc że osiemnastka dopiero za dwa miesiące) i tańczeniu kolejnych „kawałków”, miło mijał czas. Nagle na „parkiecie” i okolicach zapanowało zamieszanie. Myślałem, że to może słynne „Oczepiny”, albo grupa wyrostków z sąsiedniej wioski w posiadaniu typowo polskich „fajek pokoju”, czyli wyrwanych z płotów sztachet, przyszła złożyć życzenia nowożeńcom. Nic z tego. Solista orkiestry ogłosił siłą głośników, że teraz będzie po prostu przerwa w weselu. Na drewniany podest wniesiono telewizor czarno-biały „Ametyst”. Poldek (Pan Młody) przez około 15 minut walczył za pomocą anteny z odbiorem. Wszyscy weselni goście z wyjątkiem paru zamroczonych alkoholem i kilku par umiejętnie tłamszących trawę na okolicznych polach, zasiedli do oglądania meczu Polska –Meksyk. Najgorzej miał Pan Młody, bo odbiór z minuty na minutę się pogarszał i publika nie bacząc na to, że jest to najważniejszy dzień w jego życiu, domagała się, aby „coś złapał”. W efekcie Poldek przez pół meczu stał z uniesionymi w górę rękami dzierżąc w nich antenę telewizyjną. O ironio! Ręce opuszczał tylko wtedy, gdy my kibice wyrzucaliśmy je w górę w geście radości po strzelonych golach. Mecz zakończył się wynikiem 3:1 dla Polski. O ile dobrze pamiętam. Jeżeli coś przeoczyłem, to z powodu zbyt gorącego rosołu.

Małgośka – czyli Dobra Gospodyni Wiejska

Gdy po 27 latach odwiedziłem znów Łapczyce, po obfitym obiedzie poprosiłem o chwilę dla siebie. Wyszedłem z domu i nie bacząc na wczesnolistopadowy mrozik chodziłem po terenach gdzie kiedyś, dawno temu, miłość do piłki nożnej potrafiła przerwać wielowiekową tradycję wiejskiego wesela. Oczywiście wtedy, po dwugodzinnej przerwie, wszystko wróciło do normy i bawiliśmy się, jak zwyczaj każe, do białego rana. A potem chyba jeszcze były Poprawiny – jak staropolski obyczaj każe. Minęło, jak pisałem, ponad ćwierć wieku – państwo młodzi dorobili się dwójki dzieci – dalej mieszkają na ojcowiźnie – oczywiście dom już jest zupełnie inny, a o tym, że kiedyś mieli telewizor „Ametyst” i to czarno-biały, nikt przez grzeczność nie pamięta. Jeszcze by tego brakowało, gdy pod każdą polską strzechą w miejscowościach dużo mniejszych niż opisywana, można oglądać 180 kanałów TV – nikt się jednak nie zastanowił po co komu tyle kanałów. Chyba po to, aby było po czym pilotem pogonić.

Małgośka po latach jest typową „Dobrą Gospodynią Wiejską”. W domu czyściutko posprzątane i wszystko zadbane. Ten porządek jest pociągnięty z wierzchu tym takim wiejskim aromatem, który zna każdy, kto miał okazję wychować się w małej miejscowości, albo w niej często bywać. Jest w tym wszystkim taki wiejski „sznyt”.

Małgosia gotuje prosto, ale smacznie. Ja od niej przepisy biorę, a potem wkładam w nie trochę ducha kulinarnego i na końcu jest smacznie, estetycznie i trochę światowo. Zresztą jak ładnie ludziom się opowie co będą jedli, to maślanka ma smak śmietany, a stara wołowina – cielęcinki różowej. Podany poniżej przepis na tak zwane „Gołąbki błyskawiczne” ma też inną zaletę bardzo przeze mnie docenianą. Z pewnym obrzydzeniem podchodzę do dań i gotujących je ludzi w sytuacji, gdy czas przygotowania dania w sposób znaczny przewyższa czas niezbędny na spożycie tego dzieła kulinarnego. Podziwiam kobiety, które potrafią pół dnia spędzić przy kuchni wydając z niej z reguły danie, które można wrzucić w trzewia w ciągu paru minut. Ja wyznaję zasadę, że cały proces przygotowania posiłku, od naostrzenia noża do podania na stół, nie powinien przekroczyć 1 godziny. Właśnie z tego powodu spodobał mi się przepis Gośki, który teraz czytelnikom podaję.

Składniki

Mięso mielone wieprzowe - około 40 dag; mięso mielone kurczak lub indyk - 40 dag; niepełna szklanka kaszy manny (grysik); cztery nieduże ogórki kiszone (nie z octu !!!!!); około 20 dag boczku wędzonego pokrojonego w cienkie plasterki na maszynie w sklepie.

Przyprawy

Ja stosuję jak zwykle sól, pieprz, może być trochę zmielonej słodkiej papryki, może trochę kminku (kapusta lubi) oraz takie przyprawy, jakie lubimy. Do tego jeszcze 1 jajko całe, 1 cała duża cebula pokrojona w kostkę, posolona i zeszklona na maśle. Pół kapusty normalnej (próbowaliśmy z włoską, nie jest takie dobre).

Przygotowanie

W misce wymieszać mięsa z pokrojonymi w drobną kostkę ogórkami, cebulą zeszkloną, kaszą manną, jajkiem i przyprawami.

W dużym garnku zagotować wodę, osolić. Najpierw sparzyć w niej z 6 największych liści z wierzchu kapusty. Potem wrzucić poszatkowaną resztę kapusty. Ale tylko na parę minut, aby lekko zmiękła.

Ostudzić liście i poszatkowaną kapustę. Dodać poszatkowaną kapustę do masy w misce.

Wymieszać dokładnie. Spróbować, czy wystarczająco ostre.

W naczyniu żaroodpornym z przykrywką (jak nie macie przykrywki, to zastosujcie folię aluminiową) ułożyć na dnie plastry boczku. Na to 1/3 masy z miski, potem trzy duże liście sparzone całe. Potem 1/3 masy, potem trzy liście, potem 1/3 masy na wierzchu ułożyć warstwę plasterków boczku. Włożyć do piekarnika na 45 minut (temperatura 200 stopni). Po 45 minutach zdjąć pokrywkę (albo folię) i zostawić na następne 15 minut. Niech się zarumieni z wierzchu jak dziewczyna w noc poślubną. Pozwolić się temu uspokoić gdzieś z 15 minut w wyłączonym piekarniku. Kroić na kawałki. Podawać z sosem grzybowym (mój ulubiony, może być pomidorowy, innych nie polecam).

Sos grzybowy.

50-60 dg pieczarek, jak najmniejszych. Jedna cebula pokrojona w drobną kostkę. Jeden sos grzybowy „Winiary”. Garść grzybów suszonych (w Australii polecam suszone maślaki, bo pachną jak prawdziwki szczególnie jak się tych ostatnich dawno nie wąchało...), 300 ml kwaśnej śmietany, pieprz, sól do smaku.

Małym pieczarkom odkrawamy nóżki pozostawiając malutkie jak guziczki kapelusiki. Odkrojone nóżki szatkujemy drobno. Na patelni - na mieszance oliwy z pierwszego tłoczenia i masła niesolonego - obsmażamy pokrojoną cebulę (posolić proszę, wówczas się nie spali, tylko zeszkli) z dodatkiem pokrojonych nóżek grzybowych i przypraw.

Na osobnej patelni na maśle (wyłącznie) obsmażamy kapelusze pieczarek, kładąc najpierw spodem do góry. Jak się zarumienią od patelni, obracamy na drugą stronę. Dajmy się im chwilkę poddusić we własnym sosie. Obsmażone kapelusze przekładamy do cebuli i nóżek. Dodajemy pokruszone drobno suszone grzyby. Osobno, zgodnie z instrukcją, przygotowujemy sos grzybowy. Z reguły mieszamy zawartość torebki z 300 ml wody cieplej, zalewamy mieszankę grzybową. Przykrywamy i pozwalamy sie temu podusić z 15 minut. Na końcu dodajemy kwaśną śmietanę i trzymamy na gazie aż do zagotowania. Sos gotowy.

Smacznego!

Jacek Ścieżka

P.S. Gdy po powrocie z Polski w 2005 roku pierwszy raz przygotowałem to danie, moja żonka po zjedzeniu już w trakcie poobiedniej herbatki we dwoje, powiedziała: - „Doskonałe, smakuje jak gołąbki i nawet tak samo się odbija”.


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011