Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Polska gościnność

styczeń 2011

Mijają dni, miesiące, mija rok… tak chyba brzmiały pierwsze słowa znanego polskiego przeboju. Tak też stosunkowo szybko mijają lata naszego pobytu na drugim końcu świata

Kolejne lata naszego „wygnania” charakteryzowały zmiany naszych przyzwyczajeń, smaków, zachowań i dostosowanie ich do australijskich norm, wszak przecież „...jak wpadniesz między wrony, kraczesz jako one…”

Przyjechaliśmy tutaj dumni z naszej ponad tysiącletniej przeszłości, w glorii tych, co pochodzą z kraju, który wydał nie tylko tego co „…wstrzymał Słońce ruszył Ziemię”, ale także tego, który bez przelania kropli krwi skruszył pojałtański porządek świata. Czym nas tutaj mogły zaskoczyć „kangury”? No z czym do gościa? Ale w tzw. praniu okazało się, że mieszkańcy kraju posiadającego historię krótką acz treściwą, bardzo porządnie w niektórych miejscach „odrobili lekcje”.

Powoli uczyliśmy się takich aksjomatów, zapomnianych w kraju na Wisłą, że: papiery wrzuca się do kosza; do autobusu stoi się w kolejce i jeszcze – co czasem było nam nieznane – za jazdę w nim należy skasować bilet; że do mięs białych pije się wina białe, a do mięs czerwonych wina czerwone. Alkohole białe należy spożywać zmrożone (do tej pory butelki z „polską rozmowną” zajmują główne miejsca w polskich barkach i zamiast arktycznym chłodem w czasie picia, czuć je politurą made in Kalwaria Zebrzydowska), natomiast destylaty, typowe dla anglosasów, należy spożywać w temperaturze powietrza, używając jako rozcieńczalnika tylko i wyłącznie kostek lodu. Śmieszyły nas niektóre zwyczaje (hydraulik zamiast rozgrzebać robotę i pojechać po „części”, wyciera na mokro podłogę po skończonej pracy). Inne akceptowaliśmy (kierowca autobusu, zamiast pogonić namolną babę, pomaga złożyć i włożyć do autobusu wózek, jednocześnie zabawiając malca, aby mama mogła spokojnie skasować bilety).

Niektóre przywiezione przez nas naleciałości sprzedawaliśmy „Ozim” i co ciekawe, wprawiały ich one w zdumnienie i budziły akceptację. Przywieźliśmy ze sobą gospodarność naszych Pań. Kobiety, które jak żadne inne, potrafią o siebie zadbać bez względu na wiek i zasobność kieszeni. Przywieźliśmy także nasz sztandar, czyli tytułową „polską gościnność”.

Ech bajko ty moja… to się już nie wróci. Te wystawne imieniny!

W Polsce, jak pamiętamy, nie obchodziło się urodzin, co było na rękę paniom pokonującym późniejsze okrążenia życia. Pamiętamy te stoły uginające się pod ciężarem jedzenia, napitków i słodyczy różnorakich! Pod ciężarem butelek wypełnionych „wodą ognistą”, wodą która przyniosła zagładę północnoamerykańskim Indianom, a nas potomków Mieszka i Lecha niejednokrotnie zwalała z nóg, na szczęście krótkoterminowo. Potem, nawet w tych przyjęciach organizowanych w Australii na polską modłę, zaczęliśmy dryfować w kierunku australijsko-dalekowschodnim, starając się naszym gościom, czasem na siłę, wytłumaczyć, że nie ma jak „paje” czy „pastry” czy też „kaczki po seczuańsku”, mając na uwadze, że miliard ludzi który je pożera codziennie, nie może się mylić.

Na skraju dwóch pięćdziesiątek

Na kulinarnej mapie jednak, pomimo szoków kulturowych i termicznych, pozostały oazy polskiego jedzenia. W jednym z takich miejsc przyszło nam z małżonką spędzić przyjemnie i syto sobotni wieczór, dnia 30 sierpnia roku Pańskiego 2003. W ten oto dzień, jeden z naszych najbliższych znajomych Adam, obchodził ważny, zwrotny punkt w karierze mężczyzny czyli przysłowiową „pięćdziesiątkę”. Mówi się, że życie zaczyna się po czterdziestce, ale to mówi się czterdziestolatkom. Mówi się też, że nie ma to jak druga pięćdziesiątka! Prawda!

Na urodzinach, jak to na polskich uroczystościach, było wszystko. Gości w bród, tańce delikatne i swawolne, śmiechu kupa, mnóstwo opowiadań z przeszłości i z przyszłości (te głównie w wykonaniu tych, co zbyt ochoczo korzystali z barku), były śpiewy chóralne, „sto lat” grane na saksofonie. Było typowo po polsku czyli dużo, dużo wspaniałego, domowego jedzenia.

Mówi się, że porządni ludzie pójdą do nieba „w butach”. Ja ze swojej strony apeluję do Świętego Piotra, aby przyjmując w swoje podwoje (jak najpóźniej) Ilonę (żonę Adama) sprawdził, czy oprócz obuwia ma też ze sobą „gospodarczy zestaw podróżny”. Jeżeli ma, to nawet w niebie będziecie jeść jak należy, a ślina kapiąca po brodach aniołów spadać będzie za karę do piekła, aby grzesznicy wiedzieli co stracili.

Wiem, że ślina kapiąca po brodach czytelników zlepi kolejne strony tej gazety, niemniej z pełną tego świadomością podam, co jadłem w ową magiczną sobotę „na skraju dwóch pięćdziesiątek”.

Rozpoczęło jak zwykle pieczyste...

... i inne, a więc zrazy w sosie grzybowym, gulasz z wątróbek z porami, kotlety drobiowe panierowane, kotlety wieprzowe panierowane, pieczona karkówka wieprzowa. Kaczka pieczona na sposób polski (z wypływającymi z niej jabłkami), flaczki o wspaniałym smaku, bigos przyrządzony według staropolskich reguł gry. Do tego pieczywo, sałatki różnorakie, że wymienię jarzynową, ryżową oraz słynna z pora, jajek gotowanych na twardo oraz z majonezu (słynną sałatka „na korzeń”, z upływem lat coraz bardziej popularna wśród męskiej części gości). Spożywanie jej odbywa się parami, żony nakładają, mężowie jedzą, oboje trzymają blat stołu. Wszak na efekty nie trzeba czekać długo. Gdy już troszkę uspokoiliśmy skurcze żołądka, zaczęły pojawiać się przynoszone przez gospodynię pęta polskiej surowej kiełbasy (sparzone we wrzątku a potem upieczone na grillu), duże ilości typowo śląskiego przysmaku – ŻYMLOKA, czyli po prostu doskonale przyrządzonej i doprawionej kaszanki, gdzie kaszę zastąpiła bułka, obok pojawiły się pedantycznie przygotowane „tatary”, a różowe wołowe mięsko kusiło gości, aby choć na chwilkę zapomnieli o chorobie szalonych krów.

Powoli znikały w czeluściach gości pajdy niemieckiego chleba grubo posmarowane smalcem ze skwarkami, sałatka z krabów w ostrym sosie miała nie mniejsze wzięcie niż stary dobry „szmolc”. Gdzieś z boku, na półmiskach, pokrojony pieczony schab i baran czekały na swoją kolejkę do jelit zaproszonych biesiadników. A gdy ciepło zaczęło rozchodzić się po żołądkach i powoli zaczęło uderzać do głowy przy pomocy kieliszków zmrożonej białej wódki, gospodyni potraktowała nas ze słodyczą znaną tylko sobie – tortem urodzinowym Pavlova oraz rewelacyjnym w smaku i kształcie sernikiem. Oczywiście do tego kawa i herbata oraz kolejne toasty i „sto lat” śpiewane w języku polskim, angielskim a nawet czeskim. Co ciekawe w wersji nieznanej dla Czeszki z dziada pradziada, obecnej na urodzinach.

Z racji tego, że jako jedyni wśród gości posiadamy malutką latorośl, z żalem salwujemy się ucieczką z imprez dużo wcześniej niż inni biesiadnicy. Z tego, co meldował solenizant, ostatni goście opuszczali gościnne progi w rytm piosenki zespołu „Pod Budą”. Jej pierwsze słowa to : “ Piąta rano, zabawa skończona, różowieje już niebo na wschodzie, jakim słowem przywita mnie żona, bardziej święta niż proboszcz dobrodziej…”

Adamowi i wszystkim solenizantom obchodzącym urodziny w polskim obrządku gastronomicznym życzę „Aby sucha kostucha, ta miss wykidajło, nie wyłączyła Wam światła w środku dnia” oraz przez wzgląd na wszystkie te lata spędzone razem, zawsze po takich polskich urodzinach, aby żony otulały nas „w święty spokój”. No bo przecież jutro...

“…Bo jutro znów idziemy na całość,
za to wszystko co się dawno nie udało,
za dziewczyny, które kiedyś nas nie chciały,
za marzenia, które w chmurach się rozwiały,
za kolegów, których jeszcze paru nam zostało.”

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011