Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Grzybów w bród!

czerwiec 2007

Uroczyście ogłaszam na łamach „Przeglądu”: sezon grzybowy w Adelajdzie uważam za otwarty


Grażyna Ścieżka czyli „Najlepsza grzybiarka każdego roku”

Artykuł ten czytelnicy zobaczą w towarzystwie zdjęć. Zdjęcia zostały zrobione a grzyby zebrane w ostatnią niedzielę w lasach 40 km na południe od Adelajdy, w miejscowości Meadows znanej wszystkim zamieszkującym południowe rejony Adelajdy. Ludzie północy zbierają grzyby w okolicach Williamstown.

Australijczycy - jak nam wszystkim emigrantom z kraju nad Wisłą wiadomo - to są generalnie „głupie ludzie”, inwestują w lasy i drzewostan. Część z niego zostaje aby walczyć z dziurą ozonową, efektem cieplarnianym i czym tam jeszcze, natomiast większa część jest sadzona, pielęgnowana i wycinana po prostu dla interesu. Są to długoterminowe inwestycje, o których mało wiem, bo jeszcze nie mam na nie kasy, ale efektem pośrednim są lasy sosnowe na powierzchni kilkuset hektarów. Co rok wycinają część i przeznaczają na materiały budowlane, rekultywują i sadzą nowe młodniaki. Na szczęście drzewa rosną samodzielnie i niepostrzeżenie - szybciej tylko dzieci znajomych i kwiaty u sąsiadów w ogrodzie. Prowadzimy więc ze znajomymi cygański tryb zbierania grzybów, co dwa, trzy lata jesteśmy zmuszeni przenosić nasze koczowiska w inne miejsca.

Pod sosnami

Pod sosnami, jak to pod sosnami, raj mają grzyby. Niestety, w Australii dominują maślaki. Zbieramy je i suszymy w suszarce jak w Polsce prawdziwki. Mają bardzo ładny zapach i są doskonałe w smaku, staramy się przyrównać je do polskich prawdziwków, ale jest to raczej według zasady, że „na bezrybiu i rak ryba”.

Parę lat temu, nie wiadomo skąd, pojawiły się pierwsze rydze. Teraz jest ich tyle, że można sobie chodzić po lesie, wybierać przy tym i przebierać. Na przykład schylać się wyłącznie po takie, których kapelusze mają średnicę 3 cm, a jak ktoś chce usmażyć je jak schabowe, to wtedy szuka kapeluszy średnicy powiedzmy 10 cm.

Autochtoni, czyli Australijczycy oraz pochodni z całego świata emigranci, grzybów w lesie nie zbierają i chwała im za to. Co niedzielę w okresie jesieni (a nawet często zimą) las rozbrzmiewa gwarem polskich plotek, wymieniane są opowieści jak to w Polsce się wszystkim dobrze żyje, kiedy kto zbiera się na wyjazd do kraju dalekiego, jakie miejsca po drodze chce zobaczyć, ile ma zamiar przegrać w Las Vegas, ile kto po przyjeździe nad Wisłę zje swojskiej wędzonej kiełbasy pod kufel „Żywca” czy też ostatnio modnego „Tyskiego”. Czasem albo i częściej przeleci pomiędzy drzewami swojska "k......." w dziesiątkach egzemplarzy - wszak Polacy nie gęsi i swój język mają. Płoną ogniska, unosi sie zapach wspomnień - obozów harcerskich, rajdów, jesiennych wykopków ziemniaków i palonych w stosach ususzonych - ...... nie wiem jak to się nazywa.

Programy pikników są proste jak stosunek płciowy. Panie z reguły idą na grzyby, a Panowie zbierają chrust na ogniska. Ognisk jest oczywiście tyle, ile grup Polaków, no bo jakże można było zrobić jedno? Wszak "wszyscy Polacy to jedna rodzina ..." Niemniej jednak, ponieważ społeczność polska w Adelajdzie jest mała, idąc przez las i zbierając grzybki do wiader (lasy australijskie produkują grzyby w ilościach hurtowych) spotykamy niemal za każdym drzewem znajomych. Takie molo w Sopocie, Rynek Główny w Krakowie czy też Nowy Świat w „stolycy” niedzielnym popołudniem.

Potem następuje rytuał smażenia kiełbasek na patykach często przywożonych ze sobą z bagażnikach samochodowych, bo dobry patyk na którym piecze się kiełbasa to jest naprawdę coś niepowtarzalnego i raz wystrugany i wypalony może jeszcze upiec kilogramy kiełbasek produkowanych przez „Standom'a”, „Barossa Fine Food'a”, czy też przez innego rzeźnika w Australii. Ostatnio na topie są wyroby z Melbourne, które można kupić w sklepie „Krakus” mającym swoje podwoje w nowoczesnej dzielnicy Adelajdy - Mawson Lakes (wywiad z właścicielem będzie tematem następnej mojej wędrówki).

Australijskie rydze po polsku w chińskiej patelni

My przy naszym ognisku smażyliśmy w „woku” (nawet się Chińczycy przydali) rydze. Najpierw małe rydze (kapelusz 3-4 cm) zbierane ręką przede wszystkim mojej żonki (tytuł najlepszej grzybiarki zdobywa co roku) obsmażałem na maśle na patelni, a gdy ładnie puściły sosik i zmiękły, wędrowały te rydze do rondla stojącego koło ogniska, aby były ciepłe jak w starej piecowej "duchówce".

Następnie w „woku” wylądował drobno pokrojony boczek w ilościach nie takich małych, Do obsmażonego boczku dodałem grzybki z rondla. Dopiero wtedy, gdy rydze miękkie były jak marzenie, dostawały sól i pieprz do smaku. Osobnymi przyprawami były kawałeczki spalonych gałązek wpadające czasem do potrawy w czasie zamaszystego mieszania, ale te akurat przyprawiały ją na sposób całkowicie doskonały. Następnie śmietana pół na pół kwaśna i słodka i po 15 minutach macerowania na delikatnym ogniu porcje rydzów w śmietanie znikały w przepastnych czeluściach otworów gębowych zgromadzonej gawiedzi. Ludziska jednogłośnie zdecydowali, że jestem godny tytułu "Mistrza patelni" obojętnie w jakim by to rozumieć wymiarze.

W drodze do Meadows pączków też nie przegapcie!

Jednym słowem emigranci różnych nacji, w szczególności potomkowie Piasta i Lecha, w niedzielne poranki odpalajcie Wasze samochody na które ciężko zapracowaliście i jedźcie na południe!

W małej miejscowości Clarendon nie przegapcie piekarni po prawej stronie drogi. Ogłoszenie mówi, że można tam kupić kawę, herbatę i różności prosto z piekarniczego pieca. Kawę mają beznadziejną, herbaty nie próbowałem, natomiast bułeczki, chlebki... palce lizać. Kudy im do naszych polskich razowców czy też innych chlebów z Central Market, ale jeżeli chodzi o australijski odłam piekarnictwa to wypiekają tam same „rolls royce”. Nie przegapcie malutkich pączków takich na raz, niestety bez nadzienia, ale w rewelacyjnej cenie 10 centów za sztukę. Co można kupić teraz za 10 centów? Nie dość że nic, to po 10 centów rzadko kto się ostatnio schyla jakby nawet na drodze leżały.

Potem już droga prosta na Meadows, skręt w prawo dosyć ostry i już niedaleko do miejsca tak bardzo polskiego, że aż czasem boli gdzieś pod sercem, niekoniecznie tym co to się „z plecaka wyrwało” jak to w piosence stało.

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011