Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Cierpka królowa Indii...

lipiec 2008

Chociaż Polska leży w sporym oddaleniu od regionów świata, gdzie uprawia się herbaty w najprzeróżniejszych gatunkach i smakach, to napój ten w „Ojczyźnie Matce” miał niemalże znaczenie kultowe.


Herbata towarzyszyła nam wszędzie, podawaliśmy ją do śniadań, często gęsto była uzupełnieniem sytego obiadu, a już koniecznie popijaliśmy ją szklankami po sutej kolacji. Świat pił herbatę rzadziej, używał do tego filiżanek, które z kształtu bardziej się do picia tego wspaniałego napoju nadają. Po pierwsze mają uszka, co pozwala sycić się herbacianym naparem w wyższej temperaturze oraz mają większą średnicę, co pozwala bardziej chłonąć aromat, z niej się wydobywający.

Pamiętam lata, lata temu, gdzieś w krakowskim „Przekroju” (tym porządnym, z redakcją niedaleko krakowskiego Rynku i z Filutkiem na ostatniej stronie) wyczytałem, jak to powinien przebiegać domowy sposób przygotowywania herbaty. Najpierw wymieniono całą listę znanych herbat i zaproponowano czytelnikom robienie własnych mieszanek. Ponieważ czytałem ten przepis z końcem lat siedemdziesiątych, na półkach królowała tylko „Ulung” oraz „Indyjska”. Władze ówczesnej Polski stwierdziły, że dwa gatunki to i tak nie jest źle.

Do zaparzania herbaty powinniśmy zaopatrzyć się w porcelanowy czajniczek. Epoka pięknie opakowanych herbat ekspresowych oraz wszelkiego rodzaju dzbanków do parzenia, jeszcze daleko, daleko przed nami. Czajniczek należało zalać wrzącą wodą, postawić na moment. Gdy temperatura wody rozgrzała delikatną, lub mniej delikatną porcelanę, wylewaliśmy wodę. Do gorącego czajniczka wsypywaliśmy herbatę. Generalnie łyżeczkę płaską na łeb. Teraz wlewaliśmy tam gorącą wodę, ale tylko tyle, by zalać herbaciane liście. Przykrywaliśmy pokryweczką i zostawialiśmy na chwilkę. Gorąca woda zaczęła drążyć suche listki i wydobywać z nich wspaniały aromat. Po chwili zdejmowaliśmy przykrywkę i wlewaliśmy wodę, tak prawie pełny czajniczek. Stawialiśmy nasz imbryk na najmniejszym z możliwych gazie (moje pokolenie pamięta blaszki metalowe, wycinane z polskiej nierdzewnej stali, które nasi ojcowie przynosili z pracy, dzięki uprzejmości pana Józka z warsztatów). Teraz trwał proces parzenia, około 10-15 minut. Generalnie nie powinniśmy doprowadzić do zagotowania esencji, jak w Krakowie nazywał się mocny, czarny napar herbaciany. Esencję rozlewało się do szklanek (brrrrrrr), dopełniało gotującą wodą, a potem wsypywało do środka, co tam kto chciał, z reguły cukier, ale zamożni dodawali cytrynę (wystaną w kolejkach) albo sok malinowy. I to było to.

Herbata nam Polakom, towarzyszyła w Polsce na codzień w domu, w pracy, w kawiarni, niemalże wszędzie. Pamiętam nasze miny, gdy w 1983 roku, po raz pierwszy z koleżanką małżonką, odwiedziliśmy Węgierską Republikę Ludową. Na nakrytym do obiadu stole, obok talerzy, nie zauważyliśmy filiżanek czy szklanek do herbaty, tylko olbrzymie dzbanki z czystą wodą. Przed oczami, stanęły nam od razu, nasze męki w niesamowicie czystych węgierskich ubikacjach, spowodowane rozstrojem żołądka po popiciu węgierskich specjałów czystą wodą. Okazało się, że nasze czarne myśli nie znalazły odbicia w rzeczywistości, a woda węgierska (lana prosto z kranu, a smakująca jak „Kryniczanka”, przepuszczona przez filter), doskonale komponuje się z węgierskim tłustym jedzeniem. Wtedy okazało się, że picie herbaty zawsze i wszędzie, to raczej przyzwyczajenie, a nie konieczność. Niemniej do dzisiaj, picie herbaty u nas w domu, jest swego rodzaju rytuałem. Pijemy ją dla przyjemności, dla zdrowia oraz po prostu z przyzwyczajenia. Ponieważ cała seria moich artykułów ma wspólnym mianownik „wspomnienia”, parę moich wspomnień z picia herbat w towarzystwie różnych osób i w scenerii różnych miejsc. Parafrazując wieszcza .”Parę takich herbat w życiu miałem ..” teraz tymi wspomnieniami podzielę się bardzo chętnie z szanownymi czytelnikami.

Herbata pierwsza z „Mleczką”

Andrzej Mleczko jest naprawdę fenomenem. Parę pokoleń Polaków zaśmiewa się do łez z jego rysunków, będących odzwierciedleniem naszych wad, naszych zalet i kapitalnie podsumowujących rzeczywistość. Miałem okazję poznać go osobiście w 1994 roku. Byłem wtedy członkiem Komitetu Organizacyjnego Polskiego Festiwalu „Dożynki”. Jest to organizacja społeczna, która jak czytelnicy wiedzą, urządza rokrocznie przegląd wszystkiego co polskie. Ostatnia niedziela października to jest czas, miejsce - piękny park w samym centrum miasta. Przychodzi kilka tysięcy ludzi - w większości Polaków, aby spotkać się, zobaczyć kto z kim akurat teraz kręci, komu się poprawiło, komu pogorszyło, kto zdrowy, kto chory i kto jakim autem jeździ. My akurat wypadamy słabo, auto mamy średnie, od lat jesteśmy razem, dzieci nam rosną, uczą się, nie piją, nie chodzą „na dragach”, więc jesteśmy słabym tematem do plotek. Oprócz tych podstawowych rzeczy, Polacy słuchają polskiej muzyki, oglądają występy, zwiedzają polskie stoiska z wszystkim oraz poddają się jedzeniu gór typowo polskiego jedzenia i piją duże ilości trunków (przeważnie polskich).

Pamiętam jak przyjechaliśmy tutaj w 1990 roku i poszliśmy za rok, w 1991 roku, na nasze pierwsze „Dożynki”. Byliśmy - „tacy mali”, wszyscy się znali, kłaniali sobie, a członkowie Komitetu Organizacyjnego chodzili dumni jak pawie z odpowiednimi plakietkami w klapach „Prezes”, „Sekretarz” itd .... Wtedy to obiecałem mojej żonie, że za trzy, cztery lata najdalej, też urośniemy. I tak się stało, w 1995 roku wybrano mnie Prezesem, a moja żona, w gustownym kapeluszu, w towarzystwie Vip-ów rodzaju żeńskiego, zwiedzała stoiska i popijała popołudniową kawkę pod platanem. Rok wcześniej, w czasie pobytu w Polsce, wpadłem na pomysł, aby wyprodukować dożynkowe koszulki- t-shirty z rysunkiem Andrzeja Mleczki na przodzie. Udałem się do galerii, umówiłem się z Mleczką i dobiliśmy interesu. Projekt Mistrz zrobił za dwa popołudnia. Nawet byłem zaproszony na drinka pożegnalnego do jego wspaniałego mieszkania, na rogu Grodzkiej i Placu Wiosny Ludów (tak się wtedy nazywał). Na ostatnim piętrze, byłem razem z żonką, parę godzin w miejscu, gdzie powstają rysunki oraz w miejscu, gdzie spore grono niewiast traciło głowę w ramionach Pana Andrzeja. Pracownię widziałem, łóżka nie...

Najzabawniejszy był moment w galerii na ul. św Jana. Umówiłem się tam z Mleczką na pierwsze spotkanie, pamiętam o 14.00, (wcześniej mistrz śpi), jak objaśniła mi pani sprzedawczyni w galerii. Byłem punktualnie, on też, siedzieliśmy na zapleczu, pijąc doskonałą w smaku herbatę owocową z kawałeczkami suszonych owoców w środku. W galerii pusto. Nagle brzęczy dzwonek przy wejściu i za chwilę ciszę zaczynają przerywać niekontrolowane wybuchy śmiechu. Głośny, przaśny śmiech, wydobywający się z gardła młodej dziewczyny z podkrakowskiej wioski, będącej na wypadzie do wielkiego Krakowa (na studiach nazywaliśmy ten typ „świeżynki”). Po oglądnięciu, dziewczę zapragnęło coś kupić. Podchodzi do lady, a tam naprzeciwko niej, sam Mleczko. Ona wydała z siebie okrzyk zdziwienia, a potem szybko pyta, czy może sobie zrobić zdjęcie. Mleczko, że oczywiście. - „Panie Jacku, niech Pan nam pstryknie”. Wychodzę, patrzę, a tutaj oczarowane i zdumione na twarzy dziewczę stoi z otwartą buzią koło mistrza. Zrobiłem zdjęcie. Mleczko do dziewczęcia: - „Mam nadzieję, że dobrze wyjdzie, zrobiłem inteligentny wyraz twarzy”. Dziewczę na to: - „Ja też\”". Mleczko: - „Ale pani to łatwiej przyszło”. O mało co nie skonałem ze śmiechu jak wyszła... Pozostały wspomnienia herbaty, wspaniałej w smaku oraz humoru sytuacyjnego, godnego jednego z najwspanialszych polskich rysowników.

Herbata druga „Chłopska”

Pamiętam moją ostatnią wizytę w kraju oraz nasze wspólne z mamą i znajomymi wyjście do restauracji „Chłopskie Jadło”. Na zakończenie sutego posiłku, gdy już uleżały nam się w żołądkach specjały prostej, polskiej kuchni, chcieliśmy z fasonem czymś naszą ucztę zakończyć. Niestety, pomimo sporej pojemności żołądków, nie było już tam miejsca ani na sernik, ani na szarlotkę, ani też na nic z bogatej karty deserów. W oczy rzuciła mi się „Herbata z wiśniami”. Taką właśnie zawinszowaliśmy sobie do stołu. Najpierw pojawiły się porcelanowe (brawo) garnuszki z uchem, sporej pojemności, wypełnione w 1/3 fenomenalnymi w smaku konfiturami wiśniowymi z połówkami wiśni, dumnie rozpierającymi się w mieszaninie cukru, soku i czasu. Potem na stół wjechał duży sagan, jakby prosto z ognia zdjęty, w którym już wcześniej zaparzono dobrą gatunkowo mieszankę herbacianą. Sagan był metalowy, z długim dziubkiem, przez który ulatywała para, pomieszana z aromatem zaparzonych liści, widok iście z filmów Walta Disneya. Powoli, majestatycznie nalewałem, jako gospodarz (chwilowy) tego przyjęcia, herbatę, przez wąski parujący dziubek do porcelanowych garnuszków. Napar mieszał się z wiśniami. Wokół nas krążył zapach sadu, wiśni w kobiałce, potem rąk umazanych czerwonym sokiem po ich drelowaniu. Powoli oddaliśmy się popijaniu tego napoju, a chwila ta pozostanie ze mną na zawsze ...teraz też z Państwem.

Herbata trzecia, najdroższa „Domowa”

To moja ulubiona, kiedy po całym dniu pracy, albo i często w sobotnie lub niedzielne popołudnie, po obiedzie, moja żonka przygotuje herbaciany napar w ślicznym, porcelanowym dzbanku, a potem naleje go do filiżanek, cienkich jak odległość „pomiędzy ustami, a brzegiem pucharu”, wtedy smakuje najlepiej. Ostatnio mieszamy z reguły „Tetleya” z innymi herbatami „Lipton” o różnych odcieniach smakowych. Polecamy szczególnie zestaw "Mandarynka, grejpfrut i limonka", dobry jest „Wanilia, jabłko i cynamon”. Zresztą inwencja ludzka nie zna granic. Od ponad miesiąca, na naszym stole często gości ciasto, najszlachetniejsze ze szlachetnych, czyli Piernik. Klasyczny polski na miodzie z przyprawami, gdzie w środku, co pewien czas rozgryziemy włoskiego orzecha, gdzie aż roi się od bakalii, skórki pomarańczowej. Długie 14 lat nie mieliśmy okazji jeść takiego piernika, kupowane na miejscu ciasta tego typu, były bardzo dobre, ale nie typowo piernikowe. Przepis ze świątecznej gazety, wcieliłem w życie parokrotnie, pierwszy raz nie wyszedł, ale był tak dobry, że zjedliśmy go pomimo delikatnego zakalca. Jak mi wyjdzie będzie podawany w czasie spotkania „Popołudnie Żywego Słowa” w ostatnią niedzielę lipca, w świetlicy SPK w Centralnym Domu Polskim. Znów pogadamy o jedzeniu, oglądniemy kolejny odcinek „Kulinarnych podróży Roberta Makłowicza”, powspominamy, a potem herbata najlepszej jakości, a do tego piernik staropolski . Serdecznie zapraszam w imieniu organizatorów.

Jacek Ścieżka

Fot 1. Alina Zienowicz, Wikimedia Commons


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011