Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Kierunek Kraków '07

marzec 2007

List do Ani, Mariusza i wszystkich moich Czytelników, którzy tego lata odwiedzą królewskie miasto...


Moi Drodzy!

Dziś parę słów o Krakowie. Mieście bardzo ciekawym, mieście, które kocham... Kocham nie za to co podziwiają turyści; nie za to co nienawidzą warszawiacy; również nie za krakowską flegmę i powolność. Kocham to miasto za to, że mogłem w nim być młody. Mogłem się tam uczyć, grać w piłkę z kolegami, mogłem kochać i całować usta ukochanej dziewczyny...

To jest tak, jak z pewną markizą francuską... Gdy ją zapytano: – jaki okres w pani życiu uważa pani za najlepszy?, odpowiedziała po prostu: – rewolucja francuska. – Dlaczego?! Wtedy straciliście majątki, zginęło pani pół rodziny, a duża jej część wylądowała w wiezieniach! – Tak, ale ja wtedy miałam 18 lat!

I to jest to! Zawsze mi się ta anegdota przypomina, gdy myślę o Krakowie... Zwłaszcza teraz, gdy mam latek prawie 47, doceniam w pełni uroki młodości. A po drugie Kraków odwiedzam rzadko i tylko podczas nielicznych wizyt mam okazję się nim nasycić za wszystkie czasy. Chodzę sobie ulicami tego magicznego miasta. Ostatni raz miałem taką okazję jesienią i chyba nie uwierzę, ze jesień może być piękna w Kanadzie, Francji czy Hiszpanii. Moja jesień ma kolor Krakowa, żółtych liści na Plantach, suchych bukietów u kwiaciarek na krakowskim Rynku, ma zapach świec na Rakowickim Cmentarzu oraz twarz moich znajomych, którzy raz na dwa lata otrząsają się z polskiego letargu i zamiast narzekać na wszystko co ich otacza, idą napić się wódki z facetem, który jest szczęśliwy według najprostszej z definicji – „Być szczęśliwym to kochać to, co się ma”..

Kiedyś nawet wprowadziłem małe zamieszanie, bo po paru wódkach powiedziałem, że Polacy nie mogą być szczęśliwi, ponieważ lwią część swego życia marnują na zazdroszczenie innym (sąsiadom, rodzinie, a jak ich braknie to Czechom, Niemcom...) tego, co mają oni. Brakuje czasu na cieszenie się tym, co sami mają w domach, na ulicach, w sklepach, w życiu... Po prostu w życiu.

Ale dość tych „dywagacji nad wolnym stolcem”. Czas aby metodą wirtualnego GPC czyli Globalnego Przesuwania Czytelnika posłać Was tam, gdzie mnie się bardzo podoba. Miejsca, w które Was poślę, są związane z jedzeniem, bo mnie pod koniec 47 okrążenia życia wszystko kojarzy się z jedzeniem niemal tak samo, jak młodemu żołnierzowi wszystko kojarzy się z seksem...

Mam zamiar polecić Wam miejsca o których rdzenni krakowiacy sami może nawet nie wiedzą, chociaż mieszkają w Krakowie od lat.

Pod Aniołami

Ulica Grodzka. Przy tej ulicy, w kamienicy pod numerem 32 , mieszkałem przez 19 lat swojego życia. Zajrzyjcie do bramy. Gdy wejdziecie na małe podwórko, to po lewej stronie jest teraz pięknie odrestaurowana oficyna, a na ostatnim piętrze – dwa ostatnie okna z prawej – to miejsca, gdzie uczyłem się życia. Potem moja mama uznała, że kaloryfery i ciepła woda w łazience więcej warte niż lokalizacja, ja nie protestowałem i się wyprowadziliśmy. Tam, przy tej ulicy, znajduje się pierwszy punkt programu karmienia Czytelników i ich świty.

Idąc od Rynku po prawej stronie pomiędzy Placem Wszystkich Świętych a ulicą Poselską, natkniecie się na bramę którą wchodzi się do restauracji „Pod Aniołami”. Jeżeli chcecie pokazać rodzince, że jesteście „w tryndzie” i jeżeli macie sporo gotówki, możecie ich tam wziąć na kolację. Piękna restauracja, chłopskie jadło klasy lux...

Jeżeli, idąc tamtędy, chcecie coś przekąsić w ciągu dnia, proponuję sklep na poziomie ulicy (restauracja jest w piwnicy). Tam możecie kupić wszystko co uwielbiam – autentycznego oscypka, kiełbasę lisiecką oraz chleb żytni na zakwasie sprzedawany z wielkiego bochna na wagę. Tam też znajdziecie kanapki mojego pomysłu (pomysł sprzedałem przyjacielowi właściciela, on sprzedał właścicielowi i teraz oni te kanapki robią, a o mnie zapomnieli) – czyli krakowskie obwarzanki przekrojone i wypełnione wędzonym łososiem, szynką wiejską i co tam jeszcze mają. W chłodni zobaczycie w małym pudełeczku majstersztyk – smalec z cebulą, czosnkiem i jabłkami. Przepis owiany tajemnicą – bezsprzecznie najlepszy smalec świata! Możecie tam zrobić zakupy, a potem możecie to razem zjeść ze swoją rodziną, u której się zatrzymacie. Nie wątpię, że będą jeść ten smalec po raz pierwszy w życiu.

Po takim posiłku przydałby się deser. To powinna być krakowska kremówka (sto razy lepsza od tej z Wadowic). Niestety Mistrz nad mistrze produkujący najlepsze kremówki świata już jest na emeryturze, a tajemnicę ich wykonania trzyma dla siebie.

Dlatego proponuję inne klasyczne krakowskie ciasto – pączka. Jeżeli już pączek, to koniecznie najlepszy z najlepszych. Posileni jedzeniem ze sklepu firmowego restauracji „Pod Aniołami” idźcie w kierunku Rynku Głównego.

U Michałka

Przejdźcie na lewą stronę Rynku (tę z Wieżą Ratuszową), znajdźcie ulicę Szewską i idźcie nią w dół. Na końcu ulicy Szewskiej znów odżywają wspomnienia. Koło Plant, naprzeciwko kawiarni „U Zalipianek”, stoi okrągła budka. Teraz jest w niej kwiaciarnia. Kiedyś, pod koniec lat 70-tych, był tam sklepik „Kajtek”. Tam przez rok sprzedawałem hot-dogi z kiełbaskami leszczyńskimi (chyba były robione z kurzych odchodów, bo taką miały konsystencję) – hamburgery i cały ten fast food lat końcowego Gierka.

Idźcie dalej w stronę przejścia dla pieszych. Przejdźcie na drugą stronę – przed Wami Teatr Bagatela z wielkim ekranem telewizyjnym (koszmar!!!). Skręćcie w lewo, w ulicę Krupniczą... Idźcie prosto. Po lewej stronie znajdziecie Cukiernię „U Michałka” – kupcie tam najlepsze na świecie pączki, jeżeli będą pudrowane (krakowska specjalność) kupcie pudrowane. Potem weźcie zgrabnie paczkę związaną sznurkiem papierowym i zaprowadźcie dzieci i rodzinkę dalej. Zapytajcie w cukierni jak dojść do „Ogrodów Mehoffera”. Powiedzą Wam, że to niedaleko. Kupcie bilety, wejdźcie do środka. Będziecie w raju odtworzonym w centrum miasta, które prawo lokacyjne dostało 749 lat temu. Usiądźcie z dziećmi na ławce. Otwórzcie paczkę z pączkami, zamknijcie oczy... Poczujcie zapach szczęścia, którego Wam życzę z całego serca.

Po tej sjeście trzeba się wybrać na dobrą kawę i nareszcie zjeść coś konkretnego. Kraków jest tak mały i piękny, że szkoda jeździć tam tramwajami, a już samochodem to grzech. Zawróćcie pod „Kajtka”. Jeżeli skręcicie w Planty w prawo, będziecie mieli najpiękniejszy spacer krakowskimi Plantami. Idźcie cały czas głównym traktem, miniecie po lewej Uniwersytet Jagielloński, któremu dyplom mojej żony Grażynki dodał też trochę blasku niezapomnianego, potem miniecie po prawej budynek Krakowskiej Filharmonii oraz zaraz za nim piękny hotel Raddisso. Następnie miniecie miejsce kultu końca XX wieku i początków XXI, czyli budynek Krakowskiej Kurii ze słynnym oknem z którego zawsze rozmawiał z młodzieżą nasz Papież. Byłem tam nocami w 1979,1983 i w 1987 roku. Za pierwszym razem miałem blisko, bo mieszkaliśmy przy ulicy Grodzkiej. Idźcie dalej. Miniecie ulicę Poselską oraz zaraz za nią, po prawej, będzie jeden z największych dębów jakie widziałem w życiu. Na końcu alei będzie już Wawel. Skręćcie w prawo – wyjdziecie na Wiślane Bulwary... To miejsce dla mnie bardzo szczególne.

Stoją tam małe ławeczki ze stolikami przy których siedzą starsi panowie i grają w szachy od lat. Tam mój ojciec zabierał mnie, wtedy kilkuletniego malca, w niedzielne ciepłe popołudnia, tam grywał, a w zasadzie ogrywał do suchej nitki, krakowskich emerytów. Grał tak dobrze, że dla nich pamiętających często czasy Franciszka Józefa było honorem zagrać z panem Zbyszkiem pomimo, że wynik gry ustalony był już na początku. Grało się różnie, najczęściej po 2 złote, ale często jak ojciec dawał im „wieżę for” było po 5 złotych. Aluminiowa duża (ręce wtedy miałem małe) moneta wędrowała w moich dłoniach dosyć często. W pobliskim wózku ze ściankami wyłożonymi bryłami lodu kupowałem sobie za złotych 2.60 loda Bambino o smaku najczęściej śmietankowym, czasem bywały owocowe.

Idźcie dalej w lewo. Przed Wami będzie Smok Wawelski, figura trochę dziwna. Pamiętam jakie wzbudziła emocje, gdy go tam postawiono. No, ale czasy „Jurrasic Park” i wszelkiej grafiki komputerowej były tak odlegle jak wizja Stanleya Kubricka z filmu „Odyseja Kosmiczna 2000”. Kiedyś smok zionął co parę minut ogniem żywym, teraz ponoć trzeba posłać SMS-a, aby wyrzucił z siebie ogień piekielny. Spróbujcie. Stoi ten smok u wrót Smoczej Jamy oraz pod słynną wieżą, z której to skoczyła Wanda, ta która Niemca nie chciała. Pomyśleć, że kilkaset lat później domy publiczne połowy Niemiec zapełnią piękne polskie dziewczyny, które w 90 procentach wyjechały do pracy jako kelnerki. Bajko ty moja...

Idźcie dalej wciąż głównym traktem, ale teraz w lewo. Wchodzicie w ulicę Bernardyńską. Tam pod numerem 7 jest teraz jakieś gimnazjum, a kiedyś była Szkoła Podstawowa numer 9 imienia księdza Kordeckiego. Tam w latach 1967 – 1975 pobierałem nauki. Chyba mieli ze mnie pożytek, rzadko po wywiadówkach widywałem słynny „pasek”, ale w końcu go ujrzałem na świadectwie z ósmej klasy.

Idźcie dalej ulicą Bernardyńską. Na jej końcu będzie Kościół Bernardynów, wejdźcie tam z dziećmi koniecznie, aby zobaczyły i wiedziały co to naprawdę jest kościół... Zadbajcie o to, aby te wspomnienia zostały z nimi na zawsze.

Grill Kazimierz

Skręćcie w ulicę Stradom, potem prosto, gdy ulica Stradom dojdzie do ulicy Dietla, idźcie dalej Krakowską aż po lewej stronie będzie ulica Św. Józefa. Ta ulica zaprowadzi Was do Placu Nowego, na którym musicie koniecznie odwiedzić „Alchemię” oraz mnóstwo innych pubów pootwieranych naokoło. W narożniku nie przegapcie „Grill Kazimierz”! Krakowski Sanepid jest bardzo groźny, więc nie daje zgody na serwowanie posiłków w pobliskich pubach rozmieszczonych w piwnicach. W pubach jest tylko miejsce, aby się napić i wysikać... Ktoś spostrzegawczy kiedyś zauważył, że po kilku piwach oprócz ogonka ssie też w żołądku. Grill działa codziennie od świtu do północy. Dłużej nie, bo krakusy i turyści awanturowaliby się jedząc z papierowej tacki. Fakt, że drą się do rana wlewając w siebie hektolitry piwa, nikomu nie przeszkadza.

Zaciągnij tam, Szanowny Czytelniku, nosem. Poczujesz kiełbasę surową białą z grilla, kiszkę i kiełbasę wędzoną wiejską z grilla, żeberka wędzone z grilla oraz przebój nad przeboje, czyli oscypki z grilla. Z oscypkami w oryginale te serki mają mało wspólnego, ale jedzone po paru dużych „Żywcach” z papierowej tacki, opierające się o kawał słuszny kiszki z grilla oraz kawał słuszny wiejskiej z grilla, do tego musztarda... Tak jak prawie 30 lat temu rozrobiona z woda, smakuje jak grzech, a oscypki jakby przed chwilą mleko na nie nosiła owca rekordzistka na zielonych polach nad Soliną. Wiesz Czytelniku (a'propos) co to jest redyk?

Pod kogutkiem

Jak już pojecie sobie do wypęku i napełnicie swoje kulasy energią na następne wędrówki, idźcie ulicą Św Józefa z powrotem. W połowie ulicy chyba pod „12” jest kawiarenka „Pod kogutkiem”. Jej właścicielem jest Janusz, facet około 55 lat, mający za sobą 75 lat różnych przejść. Janusz zaparzy kawę, której smak pozostanie Wam w ustach na długie miesiące. Pozdrówcie go ode mnie. A gdyby była w barze młoda dziewczyna Kaśka, ją też pozdrówcie. Kaśka jest córką Ani, siostry mojego przyjaciela Przemka.

Pisząc „przyjaciela” wiem co piszę. Nigdy nie zapomnę naszego spotkania w Perth w marcu 2005 roku. Przemek przedstawił mnie swojej ekipie realizującej na Antypodach „Podróże kulinarne Roberta Makłowicza”. Powiedział: – „Mój przyjaciel Jacek, poznajcie się”. W tym momencie jeden z młodych dowcipnych operatorów zapytał ironicznie: – „Przyjaciel? Jak Ty to rozumiesz Przemo?”. – „To jest jedyny facet z którym zawsze i wszędzie mam o czym pogadać” – padła natychmiastowa odpowiedź.

Młody zrozumiał dopiero następnego dnia rano, na przyjaciela przyjdzie mu czekać trochę dłużej.

Pamiętajcie zawsze! Życie jest zbyt krótkie aby Kraków lubić. Kraków trzeba kochać.

Pozdrawiam

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011