Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Wiwat „Król Staś”!

wrzesień 2007

Byłoby z mojej strony kulinarną i patriotyczną gafą, gdybym w czasie moich podróży nie zahaczył o temat tak polski, jak mięso i jego przetwory


Stanisław Ciechanowicz w swoim królestwie

Jak Polska Polską, a Polacy Polakami, to właśnie odpowiednio przerobione tusze wołowe i wieprzowe stanowiły od wieków podstawę naszego pożywienia.

Mięso i jego przetwory odegrały, jak nigdzie indziej, rolę niemalże dziejową. Wzrost cen kiełbasy stał się podstawą do pierwszych ruchów rewolucyjnych w Polskim Grudniu roku 1970, gdy planowane zmiany „struktury cen detalicznych” doprowadziły do upadku premiera Piotra Jaroszewicza. Niedostępność wędlin i mięsa na rynku była też pośrednią przyczyną wybuchu społecznego w 1980 roku. Wybuchu, który czy się z tym zgadzamy czy nie, skruszył porządek świata narzucony z końcem drugiej wojny światowej.

Potem w efekcie wszystkich tych eksplozji, które zamiast lontu miały pęto kiełbasy, rozjechaliśmy się pod wszystkie szerokości i długości geograficzne. Tam w tych wszystkich Amerykach, Kanadach czy też bliskiej nam Australii staraliśmy się zmienić choćby troszkę nasze kulinarne smaki. Próbowaliśmy kiełbas z kangura, kotletów z krokodyla, sznycli z łosi i niedźwiedzi oraz wszystkich wspaniałych wyrobów spod znaku „M”, ale tęskno było do czegoś innego. Sałatki, makarony, pizze czy też suflaki są pyszne, i chwała krajom, które je stworzyły, ale nie ma jak kawałek „mięcha” smażony (koniecznie smażony!), podany nam do stołu przez żonkę. Czy w trakcie tej czynności zaleci nas zapach jej włosów, zapach świeżo łuskanych kasztanów czy też pszenicy, dojrzałej lipcowym słońcem, zależy to tylko od naszych preferencji sprzed lat. Ale tylko Polki mogą to danie przygotować i podać, z sobie tylko znanym oddaniem i czarem. Obok mięsa - typowo „po polsku” ziemniaczki tłuczone z odrobinką przyrumienionej cebulki oraz kapustą, buraczki w śmietanie czy też ogórek kiszony - w zależności od pory roku.

My, tutaj w Adelajdzie, mamy w tym temacie niesamowite szczęście. Niestety, historia Australii nie stworzyła nam pod ręką zabytku w stylu Opery w Sydney, nie obdarowała przepięknym Złotym Wybrzeżem, czy też ominęła rozmachem architektonicznym sąsiada Melbourne, ale dała coś w zamian.

* * *

Nasze miasto jest drugą ojczyzną Stanisława Ciechanowicza, założyciela i właściciela firmy „Standom Smallgoods”, bezapelacyjnie najlepszej firmy produkującej w „kraju kangurów” mięso i wędliny według staropolskich receptur.

* * *

W odróżnieniu od Polaków mieszkających w Sydney, którzy Operę z reguły widzą dwa razy w życiu „pierwszy i ostatni” z samolotu podchodzącego do lądowania oraz mieszkańców Brisbane, którzy Złote Wybrzeże oglądają, gdy przyjeżdżają się tam zobaczyć z nami, w czasie naszych wakacji w Queensland, my korzystamy z wyrobów naszego rodaka codziennie i pełną gębą.

Pana Ciechanowicza znam osobiście, cenię go za profesjonalizm i za to, że jest w stanie codziennie zrobić to, co każdy zatrudniony w jego rzeźni pracownik, ale czyniąc to o niebo lepiej. Jego wędliniarskie imperium nie jest, jak to czasem bywa, „kolosem na glinianych nogach”. Ma mocne fundamenty w postaci doświadczenia oraz lat pracy swojego szefa.

To tam, w sklepach „Standom Smallgods”, zaopatrujemy się w pyszne kiełbaski na typowe australijskie barbeque, to tam możemy kupić nieporównywalne w smaku mięso na kotlety, to tam kusi feeria wędlin niespotykana w Południowej Australii.

Wędzone szynki...
  • ...wśród których króluje podwójnie wędzona,
  • kiełbasy (polecam „Chicago” - kiełbasę z dodatkiem jałowca, jakiej ze świecą szukać nawet w sklepach w Polsce),
  • kaszanki (szczególnie biała kaszanka, która z dobrym chlebem może zadowolić nawet najbardziej wybredne podniebienia),
  • polędwicę (z moją ulubioną „Gammon Ham”)
  • oraz niespotykane na innych stoiskach kompozycje, wśród których panuje niepodzielnie „French Ham”, czyli kawałek wieprzowej polędwicy owiniętej dobrej klasy boczkiem i uwędzonej w całości.

Sklepy „Króla Stasia” to także miejsce, gdzie kupimy doskonałą w smaku kiszoną kapustę (polecam kiszoną kapustę w całości, idealną na gołąbki albo jako dodatek do sałatek), ogórki kiszone, chrzany, ćwikły czyli wszystko to, co po polsku idealnie komponuje się z „mięchem”.

Nie można pominąć garmażerki, czyli różnego rodzaju pasztetowych. Czasem szef wyda dyspozycje pieczenia i sprzedawania pasztetu (nie przegapcie tej okazji) oraz flaczki.

Oczywiście, pomimo tej olbrzymiej ilości przetworów, są na rynku wędliniarskim artykuły, które moim skromnym zdaniem przewyższają jakością wyroby od naszego szefa. Niedoścignione w smaku parówki kupimy na stoisku “Barrossa Fine Food”. Ich delikatny środek (kompozycja najprawdopodobniej owiana tajemnicą firmy, podejrzewam dodatek mięsa z kurczaka lub młodej cielęciny) plus leciutki smak wędzenia wydobywający się ze skórki w czasie gotowania, przypominają najlepsze paróweczki jadane rankiem w dalekim kochanym Krakowie.

Na stoisku “Seven Hills”, natomiast kupimy niepowtarzalną w smaku i aromacie głowiznę, którą właściciele (Ela i Waldek - pozdrowienia) oraz obsługa, pokroją nam na cieniutkie plasterki. Na tym samym stoisku gotowany wędzony boczek, który możemy kupić metodą „na Jacka”, (czyli odcięta skóra, usunięte chrzęści, pokrojony na przeźroczyste plasterki) i spałaszować z dodatkiem chlebusia ze stoiska 42 oraz musztardy sarepskiej na miodzie, też do kupienia na stoisku “Seven Hills”.

Ostatnie parę zdań nie piszę po to, aby typowo „po polsku” dołożyć naszemu Standomowi. Chciałbym, aby „Król Staś” wzorem swego wielkiego poprzednika Kazimierza Wielkiego, przebrał się w „wieśniacze szaty”, uzupełnione o dużych rozmiarów okulary słoneczne (motyw australijski) i odwiedził wymienione stoiska. Potem, w zaciszu swojej rzeźni, spożył wymienione artykuły, pomyślał nad składem oraz sposobem i uzupełnił nimi swoją jakże bogatą ofertę. Ku chwale swojej firmy, polonijnej gwiazdki na niebie australijskiego biznesu i ku pokrzepieniu serc nas, Polaków - żarłoków.

Flaczki ekspresowe

Składniki:

Kilogram flaczków od Standoma, 250ml rosołu wołowego, 125 gramów ostrego tartego sera parmesan, bochenek chleba z kminkiem (stoisko 42), pół litra czystej wódki utulonej chłodem zamrażarki.

Do garnka wlewamy rosół wołowy, dodajemy flaczki po wyjęciu z folii, na malutkim ogniu podgrzewamy do bardzo wysokiej temperatury. Ciągle mieszamy. Bardzo gorące, parujące flaczki nalewamy do głębokich porcelanowych (wolniej stygną) misek. Na wierzch dajemy małą garść parmezanu. Parmezan roztopi się w gorącej kąpieli i wywoła w stosunkowo rzadkich flaczkach (poprzez dodanie rosołu), efekt tzw. zasmażki. Poprzez swój niepowtarzalny smak parmesan doda flakom ognia i aromatu. Podajemy z grubymi kromkami chleba oraz z polskim kieliszkiem (minimum 75 mililitrów) oleistej od niskiej temperatury wódki.

Zdrowie „Króla Stasia”!

PS. W celu uniknięcia rozczarowań uprasza się o otulenie chłodem zamrażarki od razu dwóch butelek akloholu.

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011