Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Kangurowa Kula Smaku

marzec 2007

Byłoby dużym nietaktem, gdybym pisanie kulinarnych wspomnień do naszej gazety nie zaczął od kuchni naszej macochy Australii


Pozostały wspomnienia...

Pamiętne kwitnące dżakarandy

Jak ten czas leci. Pamiętam jak dziś, gdy postawiliśmy po raz pierwszy nogę na australijskim gruncie w upalną niedzielę 25 listopada 1990, pamiętam kwitnące jakarandy, ich kolor i zapach, gdy przyjechaliśmy do dzielnicy Wayville wynajmować jeszcze we trójkę, nasze pierwsze australijskie mieszkanko. Pamiętam drugą niedzielę, kiedy już zagospodarowani – krzesła, łóżko dla syna, lodówka (której nie trzeba było rozmrażać – szczyt techniki) plus dmuchany materac - rozmiar double, udaliśmy się do naszych znajomych, po raz pierwszy uczestniczyć w australijskim barbeque. Wspaniałe wspomnienia. Jej mąż australijczyk, właściciel restauracji, doskonały kucharz, tak wspaniale przyrządził wszystkie mięsa, w tym kangura, że niepomni niczego przerwaliśmy nasze emigracyjne dziewictwo w tempie zastraszająco szybkim (myślę, że wielu czytelników nosi je dumnie dalej, nie wiedząc jak zwykle w tym przypadku, co traci), a przedmiotem pożądania był doskonale zamarynowany i perfekcyjnie usmażony stek z kangura. Do tego „różne różności” - sałatki, chleby czosnkowe i inne specjały, których smak prosty, jak niemieckie autostrady, był dla nas nowy i niepowtarzalny. Wszystko to popite dobrym australijskim piwem (na poszukiwanie bardzo dobrego i wspaniałego wyruszyłem później).

Minęły lata, po naszych pierwszych skarbach pozostały wspomnienia, dużo zmieniło się w naszym życiu, ogólnie rzecz biorąc na dobre. Czyli tak trzymać – minęło 17 lat, od kiedy szlakiem skazańców z XVIII wieku przyjechaliśmy tutaj daleko, jak mówią słowa australijskiej piosenki „Dzielić się marzeniami”. Różne elementy naszego krajobrazu uległy zmianie, jeden pozostał na swoim miejscu, dalej po latach miło usiąść w grupie znajomych, zjeść coś dobrego z Webera i posłuchać, jak w typowo polski sposób na wszystko ludzie narzekają. My nie, my jacyś z innej bajki, troszkę zagubieni, bo niby to łza się w oku kręci, gdy gdzieś daleko grają „Mazurka Dąbrowskiego”, ale żywiej bije serce, gdy 40 tysięcy wielonarodowościowych Australijczyków w Elder Parku śpiewa stojąc i wznosząc dumnie zapalone świece „I still call Australia home”, niż gdy niezapomniana Irena Santor zaśpiewa „Powrócisz tu, gdzie nadwiślański brzeg …” Ale tak to jest, jak już parę razy wspominałem, nie ta matka co urodziła, ale ta co wykarmiła.

Kuchnia australijska przez lata, które pamiętam, rozwinęła się nieprawdopodobnie, olbrzymie rzesze młodych kucharzy zalało Australię i świat, pokazując mu, że tam daleko też ludzie jedzą. I to jak! Dodatkową atrakcją tego kontynentu jest to, że w zasadzie wszystkie składniki są osiągalne tutaj 24 godziny na dobę, 365 dni w roku oraz fakt, że niemal wszystkie smakołyki są dostępne z cenowego punktu widzenia.

Oczywiście nie był bym sobą, abym nie stworzył jakiegoś polsko-australijskiego mutanta, pięknego w kształcie i rozpływającego się w ustach.

Czas na przepis:

KARKÓWKA z WEBERA a’la Jacuś:

Kawałek karku w całości (2.5 kilograma) wystarczy na Standomie na Central Markecie poprosić panią Jolę o taki kark, jaki Jacek kupuje i macie. 15 średnich ziemniaków, 20 śliwek suszonych bez pestek. 20 plasterków boczku (może być gotowany), 150ml dobrej oliwy, trochę sosu sojowego, pieprz (czarny zmielony), trzy ząbki czosnku sprasowane, cała duża obrana cebula, 1/3 słoika miodu, sok z jednej soczystej cytryny.

W mikserze (blender) mieszamy – oliwę, sos sojowy, pieprz, czosnek, pokrojoną w ćwiartki cebulę, miód, sok z cytryny. Rozmieszaną marynatę wlewamy do opłukanego mięsa, zawiązujemy worek. Wkładamy do lodówki, za każdym razem, gdy po coś zaglądamy, obracamy. Ma się tak macerować przez minimum 24 godziny. Rozpalamy piec Webera używając 3 kilogramy najlepszych węgli (jak będziecie oszczędzać to stracicie na benzynie jeżdżąc po następne). Po pół godzinie rozsuwamy węgle na dwie strony, do środka wkładamy aluminiową miskę z zamarynowana karkówką (oczywiście bez worka - to uwaga dla młodych żon lub żon ze stażem, ale rzadko gotujących). Pieczemy taką porcję około 3.5 godziny. Po dwóch godzinach obsypujemy prawie upieczone mięso ziemniakami. Na pół godziny przed końcem szpikujemy mięso śliwkami zawiniętymi w boczek, formując tzw jeża. Podajemy na stół w towarzystwie dowolnej sałatki oraz dobrego chleba (stoisko 42).

Jest to danie wielopokoleniowe. Ramię w ramię może zasiąść syn z córką, matka z synem, dziadek z wnuczką i babcia z wnuczkiem. Starszemu pokoleniu można podać szklanki na zęby. Karkówka w opinii tych, co jedli, rozpływa się w ustach. Życzę smacznego!

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011