Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Listopad jak za króla Sasa...

listopad 2010

Australijska kuchnia ma coraz lepszą reputację na świecie. Widać to doskonale o ogólnoaustralijskim festiwalu jedzenia odbywającego się w listopadzie w stolicy Południowej Australii, w Adelaide.

Na tej australijskiej mapie nasz stan zajmuje poczesne miejsce, przede wszystkim jeżeli chodzi o ceny posiłków. A każdy z nas Polaków, chociaż pochodzimy z różnych zakątków kraju nad Wisłą, w tym temacie jest „centusiem” i jest to prawda oczywista, szczególnie dla mnie rodowitego „Lajkonika”.

Zjedz ile chcesz

Zaczynamy od coraz bardziej popularnych restauracji typu „zjedz, ile chcesz”. Mój pierwszy kontakt z tym przybytkiem to koniec lat siedemdziesiątych i wrażenia ojca mojej dziewczyny, a obecnie żony Grażynki z pobytu w tego typu lotniskowej restauracji we Frankfurcie nad Menem. Chciałem niewtajemniczonym przypomnieć, że jest to okres „schyłkowego Gierka”, półki sklepów zaczynają świecić pustkami, restauracje przędą cienko, w karcie nieśmiertelny „Brizol z pieczarkami” i czasem „Fasolka po bretońsku” (doskonała zresztą). Nagle, przysłuchuję się opowieściom kandydata na mojego Teścia, barwnie rozprawiającego o stołach pełnych jedzenia, przystawek, dań głównych i deserów, o owocach „południowych”, które w dowolnych ilościach można było jeść, nawet wieczorem. O orzeszkach, ciastkach, kremach, lodach i kawach różnego rodzaju. Wszystko to na lotnisku u „Wujka Helmuta” można było jeść tak długo jak się chce i jak dużo się chce . Jak by to powiedział dozorca Popiołek „Przed wojną nie do pomyślenia”. Do tego wszystkiego, jeszcze im się to opłacało.

Uciekał szybko czas, w latach osiemdziesiątych nie pamiętam restauracji tego typu w Krakowie, dopiero po szczęśliwym wylądowaniu w „kraju kangurów” dostąpiliśmy zaszczytu korzystania z tego rodzaju przybytków napełniania żołądków. Mało kto pamięta, że ponad 10 lat temu, pierwsze nieśmiałe próby wykonywane były przez sieć rodzinnych restauracji „Pizza Hut”, najpierw były słynne wtorki, gdy płaciło się przy wejściu, a potem zgrabne kelnereczki podawały nam po kawałku dowolnej w smaku pizzy, dopóki mieliśmy „parę”. Jednym z prekursorów restauracji typu „Stół Szwedzki” był nasz Dom Polski. Nie rejestruję w tym ośrodku nic przed rokiem 1992, niemniej potem kuchnia serwowała obiady tego typu, a oprócz zawsze dwóch rodzajów zup, mogliśmy się delektować pieczoną wołowiną, wieprzowiną, ziemniaczkami gniecionymi „po polsku” z dodatkiem podsmażonego boczku i cebulki oraz całą gamą typowo polskich przysmaków jak pierogi ruskie, z mięsem, z kapustą i grzybami, gołąbkami, łazankami. Do tego sałatki, desery, kawka, polska atmosfera. Nawet ciche przekleństwo, jak komuś kapnęła zupa na świeżo wyprasowaną koszulę, brzmiało lepiej niż tutejsze australijskie.

Polecam Centralny Dom Polski

Do tej pory można zjeść solidnie w Domu Polskim – ostatnio polecam zrazy zawijane z boczkiem i ogórkiem kiszonym, podawane z kaszą gryczaną z dodatkiem sosu grzybowego. Obsługa wie, że jak zamawiam stolik, to kaszy trzeba dosypać do garnka żeby nie zabrakło. Niestety zaczęliśmy wspaniale, ale w typowo polski sposób daliśmy się wyprzedzić konkurencji. Restauracje typu „All you can eat” zaczęły pojawiać się na kulinarnej mapie Adelaidy, jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Odwiedziłem ich chyba tuzin w czasie ostatnich paru lat. Naturalnie te, gdzie karmili najgorzej, już są zamknięte, te gdzie karmili dobrze świecą jak perły w koronie. Definitywnie najwyższy poziom reprezentuje restauracja „Riverbank” w hotelu Hyatt. Niestety, oprócz doskonałej jakości ostryg, łososia wędzonego prosto z Tasmanii oraz doskonałych zup, przystawek i dań głównych (przepyszne steki z kangura usmażone „na pół gwizdka”) oraz zapierającego dech w piersiach zestawu deserów, musimy być przygotowani, że rachunek też będzie zacny, a wina dostępne są doskonałej jakości, niemniej ceny zaczynają się co najmniej od „3” z przodu (za butelkę). Ale żyje się raz, no bo jakby tak kiedyś „Jutra, nie będzie ….” jak pięknie śpiewał Ronan Keating, to żal by było umierać tam nie będąc.

Na Glenelgu

Teraz czas na moją poradę w tym temacie... Polecam na wszelkiego rodzaju obiady, restaurację w hotelu Watermark na Glenelgu. Dobry dojazd, duży parking, przyjemne wykończenie wnętrza oraz naprawdę bardzo dobre jedzenie, dają razem niemal idealny zestaw konsumpcyjny. Duży bufet z przystawkami, gdzie znajdziemy wędliny, kraby, ryby, marynowane w occie oraz suszone i zalane dobrej klasy oliwą, pomidory, bakłażany oraz grzyby, mają na celu tylko podrażnienie naszych „chuci” smakowych. Zawsze podają tam dwie zupy do wyboru. Polecam włoską minestrone, a jak będziecie mieli szczęście to traficie na delikatny rosół drobiowy z makaronem i cieniutko ciętym gotowanym kurczakiem. Zestaw chyba 15 dań rodem z Azji. Mamy tutaj „makaron po singapursku” i typowy dla azjatyckiej kuchni przesmażany ryż. Do tego słodko-kwaśna wieprzowina, wołowina po mongolsku i inne specjały z tej części świata. Polecam delikatny jak puch i wspaniale upieczony, doprawiony i bogaty krewetkami omlet. Obok specjały kuchni australijskiej – pieczona wołowina i wieprzowina niesamowitej kruchości, ziemniaczki pieczone, ziemniaczki zapiekane ze śmietaną z dodatkiem żółtego sera, jarzyny z wody oraz inne specjały zmieniające się z wizyty na wizytę.

Nie było by tutejszej restauracji bez oddziału kuchni włoskiej – pizza w różnych konfiguracjach smakowych, chleb czosnkowy, lasania wołowa, pierożki tortelini w sosie bolońskim, makaron fettuccini w sosie carbonara oraz wiele innych przysmaków.

Czas na deser, oprócz olbrzymiej ilości pięknie pokrojonych i uderzających świeżością owoców, znajdziemy bez trudu tort Pavlova, budynie, galaretki, torciki tiramisu, lody w wielu smakach. Do tego kawa z ekspresu, a potem oczywiście ostatnia wizyta w sekcji z serami – wędzony, gouda, pecorino, parmesan, romano oraz różnego rodzaju serki pleśniowe typu brie lub camembert. Gama serów pozwala nam zapomnieć, że jeszcze parę minut temu nie byliśmy w stanie (teoretycznie) wstać od stolika. Dodatkową atrakcją jest to, że gdy organizujemy przyjęcie na maksimum 12 osób, możemy wynająć sobie oddzielne pomieszczenie, gdzie w zaciszu swoich gości możemy zapełniać nasze żołądki wszystkimi dziełami sztuki kulinarnej, wyprodukowanymi przez szefa kuchni.

Gdy dodam do tego, że ceny alkoholu są bardziej niż przystępne (butelka najlepszego tam dostępnego piwa Grolsh o pojemności 473 ml kosztuje tylko $5.95), a cena butelki dobrego wina zaczyna się od $14.95, szczęście wydaje się być pełne. W kategorii „Jak za króla Sasa ..” polecam restaurację w hotelu Watermark. Mam nadzieję, że niedługo będę miał okazję wymienić uwagi na jej temat.

Jacek Ścieżka

Fot. Australink.pl


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011