Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

„Niebo w gębie”

styczeń 2009

Każdy z nas, przeżywający przyjemności i rozterki emigranckiego życia, przynajmniej raz odwiedził Ojczyznę Matkę. Mało ważne, czy przyszliśmy na świat pod Akropolem, nad Tybrem, czy też w kraju nad Wisłą... ciągnie emigranta w każdym pokoleniu, aby pojechać TAM.


Tam, gdzie kiedyś zaczynaliśmy, tam gdzie została nasza młodość, „durna i chmurna”, tam gdzie z reguły zawieraliśmy, mniej lub bardziej udane małżeństwa, tam gdzie w wielu przypadkach, dalej mieszkają nasi rodzice lub członkowie rodzin.

Oczywiście pojechać - łatwo powiedzieć, potem zaczynają się schody. Jak dopasować swój urlop do urlopu żony, potem to wszystko do wakacji naszych dzieci, a cały ten zestaw podróżny do kosztów planowanego lotu. Tak lotu, bo my tutaj, na największej wyspie świata, nie mamy innych możliwości dostania się na ląd stały. Stajemy przed wyborem linii lotniczej – bezpiecznej, taniej, lecącej jak najbliżej naszego polskiego miejsca zamieszkania, nie ważne czy to Kraków, Tychy, Zembrzyce, czy Pcim. Chcemy tam dolecieć szybko, tanio i jak najbliżej, tak typowo „po polsku”. Teraz przed kupieniem biletów, słuchamy niekończących się opowieści tych, co byli lub tych, co kupowali dla kogoś z rodziny, a potem idziemy do biura podróży i z reguły nabywamy to, co oni nam polecą.

Tak też zrobiłem kilka lat temu, lecąc do kraju rodzinnego odwiedzić stary kochany Kraków, znajomych z młodości i mamę „ku pokrzepieniu serca”. Jeden telefon do firmy “Contal Travel” i szybka żołnierska prośba - jak najtaniej, kiedykolwiek, czymkolwiek. Po paru dniach uśmiechnięta Marysia Hock (zawsze jest taka, od kiedy ją znam) podała mi namiary – „Red Cap Special” Lauda Air – do Wiednia, a potem do Krakowa, cena nieprawdopodobnie niska. Zanim szybko powiedziałem biorę, przed oczami stanął mi Niki Lauda, bohater mojego dzieciństwa. Człowiek, któremu okropny wypadek na torze w Niemczech przerwał na parę lat karierę sportową. Potem widziałem jego szczere łzy na zniszczonej operacjami plastycznymi twarzy, gdy odwiedził miejsce katastrofy lotniczej samolotu linii „Lauda Air” w 1994 roku pod Bangkokiem. Upór tego człowieka i jego niewiarygodna „miłość życia”, wystarczyły za rekomendacje. Do Marysi rzuciłem krótkie jak świst śmigła – „biorę” i za parę dni, osobiście (jak zawsze) dostarczyła mi bilety.

Potem pakowanie, ważenie, wyjmowanie, ważenie – pożegnanie na lotnisku z moimi trzema skarbami i lot. Najpierw niezapomniane linie „Ansett” i lot do Sydney, a potem przesiadka do Boeninga 777 oraz lot do Wiednia przez Kuala Lumpur.

Najtańszy z możliwych bilet, a na pokładzie szok – nowoczesny samolot, mały telewizor przed każdą parą oczu, możliwość zadzwonienia z samolotu do domu ($10.00 USD za minutę, ale warto było) i obsługa na niesamowitym poziomie. Młode ładne dziewczyny i chłopaki (typ nordycki) pięknie ubrani – zestaw czarnego, białego, popielatego i czerwonego jest iście wspaniały – naprawdę obsługujący pasażerów. Tacy na każde skinienie, tacy „na dobre i na złe”.

Zaraz po starcie kolejna niespodzianka, młody chłopak w pełnym ferszalugu (ukłon dla języka niemieckiego) szefa kuchni, w fantazyjnej czapce na głowie roznosi osobiście Kartę Dań. W niej same łakocie – wybrałem stek z ziemniaczkami, zestaw sałatek oraz na deser sernik wiedeński plus kawa i coś mocniejszego na start. Gdy dziewczyna z obsługi, na moją prośbę o podwójną whisky z lodem, zapytała czy może być „Chivas Regal”, bo tylko taką mają, wiedziałem, że jestem we właściwym miejscu.

Lot jak lot – udany, czyli nie siedziałem w towarzystwie graczy w rugby, oraz nie miałem za towarzyszkę starszej pani, która boi się i nie może spać, licząc na rozmowę z sąsiadem.

Nad ranem, ten sam szef kuchni, przez głośniki zaprosił nas na „Wiedeńskie śniadanie”. Podano delikatny jak puch omlet z szynką i szparagami (przy którym powiedzenie „Kobieto, Ty puchu marny” wydało mi się mało trafione), sok pomarańczowy, wspaniałe ciepłe, chrupiące bułeczki różnych rozmiarów, masło, miniaturki słynnego „Sachera” i do tego kawę. Najlepszą kawę jaką piłem w życiu. Jej aromat i bukiet smaków powstały w procesie spalania mieszanki, której skład jest tajemnicą firmy, mam w nosie i na podniebieniu do dzisiaj.

Gdy w dwie godziny później wylądowaliśmy w pochmurnym i deszczowym Wiedniu, dla mnie po tym cesarskim śniadaniu był to Wiedeń mojej młodości, najpiękniejsze miasto jakie widziałem w życiu, gdy przybyłem tu w 1979 roku. Była to pierwsza kapitalistyczna stolica państwa jaką zobaczyłem na oczy i jak pierwszy pocałunek, pierwsza randka, pierwszy kieliszek alkoholu i inne czynności wykonywane po raz pierwszy w życiu, pozostanie mi na zawsze w pamięci jako najlepszy, bo pierwszy.

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011