Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Jedna taka noc…

grudzień 2007

Powoli mija dzień za dniem, tydzień za tygodniem i już mamy grudzień. Dla mnie to miesiąc szczególny, bo w nim, od kiedy pamiętam, są święta


Jako nastoletni młodzieniec bawiłem się doskonale słuchając w ramach kultowej audycji Programu III Polskiego Radia „60 minut na godzinę” dywagacji na temat wyższości Świąt Wielkanocnych nad Świętami Bożego Narodzenia. Nigdy sam nie postawiłem się przed takim wyborem. Lubię obie okazje – Wielkanoc za cierpienie, zastanowienie, skruchę, poprzedzającą mszę rezurekcyjną, wielkanocne śniadanie oraz zwariowany, szczególnie w Polsce, „lany poniedziałek”. Boże Narodzenie cenię za radość z powodu przyjścia na świat Pana Jezusa z kulminacją w postaci Pasterki. Od „małego Jacusia” lubię te święta za piękną dekorację (choinki, stroiki itd.) oraz za prezenty, przynoszone przez Świętego Mikołaja. Australia dołożyła, do garści niezapomnianych przeżyć z okazji Bożego Narodzenia, fenomen w postaci koncertów „Kolędy przy świecach”, które z wypiekami na twarzy, oglądam co roku w towarzystwie mojej rodzinki. Oczywiście obie okazje, szczególnie w naszej polskiej tradycji, to niezapomniane przeżycia kulinarne, co jest niewątpliwym ich mocnym punktem, szczególnie biorąc pod uwagę tematykę tej rubryki.

Ale zanim przejdziemy do kulinariów, trochę wspomnień. Okres grudniowych Świąt rozgrzewa w Polsce już 6 grudnia nad ranem Św. Mikołaj przynoszący dzieciom prezenty „pod poduszkę”. Pamiętam, jako mały chłopiec, jak długa była ta noc, potem, nawet gdy już było się „wtajemniczonym”, cały czas człowiek na Mikołaja czekał. Ktoś pięknie powiedział, że dzieciństwo kończy się, w dniu, gdy okazuje się że Święty Mikołaj ma twarz mamy i taty. Jest to jeden z pierwszych momentów, gdy zaczynamy odważnie wchodzić w dorosłe życie.

Potem były przygotowania do świąt i przeważająca część tych, które pamiętam z kraju, upłynęła na „wystawaniu” wszystkiego w tasiemcowych kolejkach. Potem były święta i o rzut beretem zakończenie kolejnego roku, obchodzone na różnego rodzaju zabawach Sylwestrowych. W roku 1982 obchodziliśmy razem z Grażynką zakończenie starego i powitanie nowego roku na obozie studenckim w Białce Tatrzańskiej. Niezapomniana zima – półtorametrowe zaspy śnieżne, krew gotuje się w żyłach i mieszana grupa studentów z Politechniki i studentek z Uniwersytetu Jagiellońskiego, spędza tydzień w górach. Jest 31 grudnia 1982 godzina 9.00 wieczorem, gdy w większości polskich domów trwają ostatnie przygotowania do zabaw, panowie wiążą krawaty, a panie zakładają kostiumy z „grempliny”, tam w Białce, pod nasz góralski domek, podjeżdżają sznury sań zaprzągniętych w solidne górskie rumaki. W jednych saniach my i nasi wspaniali znajomi z czasów studenckich i nie tylko, Danusia z Andrzejem. Jedziemy na kulig. Oczywiście „po polsku” zabieramy ze sobą flaszkę – w naszym przypadku radziecki szampan „Sowietskoje igristoje”. Pada śnieg, sanie rwą, dzwonią janczary, zasypują nas iskry z płonących pochodni. W pędzie otwieramy szampana. Wszyscy należymy do kategorii tych „co dobre wychowanie otrzymali w domu, ale rzadko z niego korzystają”, Danusia (obecnie wzięty notariusz) korzystała najczęściej. W ciemności rozlega się pytanie: - „Andrzej nie ma kieliszków, jak ja to mam pić?” Pada odpowiedź, która przeszła do klasyki naszych wspomnień – „Z rury Danuś, z rury”. Sanie trzęsą, słodka gazująca ciecz wypełnia usta naszych pań, zamykane co chwile pocałunkami, po których nawet Oleńka Billewiczówna miałaby kłopoty z wyjściem z sanek. Grubo po północy, gdy w niezliczonej ilości restauracji „znieczuleni” panowie w rozchełstanych krawatach uwieszali się na swoich „gremplinowych” partnerkach udając, że je prowadzą w tańcu, my przy dźwiękach dzwonków wracaliśmy z niezapomnianego powitania Nowego Roku. To były czasy …. Łza się w oku kręci.

Święta Bożego Narodzenia to jednak przede wszystkim Wigilia. Ta, nie mająca odpowiednika w tradycjach innych narodowości kolacja, jest niezapomnianym przeżyciem dla nas Polaków. Potrawy, wystrój stołu, opłatek, życzenia, składają się na popołudnie, pozostające na zawsze w naszej pamięci. Pozwolę sobie zaprosić czytelników na kolację wigilijną w naszym domu. Na stole, nakrytym śnieżnobiałym obrusem i udekorowanym każdego roku inaczej (zawsze natomiast z jednym wolnym talerzem dla niespodziewanego gościa) pojawiają się następujące potrawy. Na przystawkę – tatar z łososia – następnie barszcz biały z grzybami i tłuczonymi ziemniaczkami, tak zwana „zalewajka”. Potem na stół wjeżdżają pierogi z kapustą i grzybami, okraszone masłem (przygotowane rękami mojej teściowej). Czas na danie główne - dwa gatunki ryby – karp po staropolsku oraz filety obtaczane i smażone jak kotlety w bułce (dzieło mamy Grażynki), podawane z dodatkiem sosu tatarskiego. Do ryb obowiązkowo biała chałka (u nas w Krakowie strucla). W tym roku, w ramach deseru zadebiutują pierogi z owocami (przepis w artykule “Smakołyki strzechą kryte”), potem już tylko kawa, herbata używana do popijania sernika, makowca i ciasta marcepanowego (stoisko 50). Aby nasze żołądki, dobrze dawały sobie radę z szybkim trawieniem tych specjałów, pomagamy im, wypijając zawsze dwie lub trzy butelki białego wina. A do deseru kieliszeczek wiśniówki, przepalanki czy też „żołądkowej gorzkiej”, co kto lubi.

Wszystkim stałym czytelnikom oraz czytelnikom przypadkowym, chciałbym złożyć przy tej okazji życzenia wszystkiego najlepszego, spokojnych, zdrowych Świąt i wszystkiego, co najlepsze w Nowym 2003 Roku. Ponieważ jesteście już wyrośnięci i nie wierzycie w Świętego Mikołaja, specjalnie dla Was prezent.

Karp po staropolsku

Parę dni przed świętami, kupujemy dwa karpie, najlepsze pomiędzy 1.5 – 2.0 kilogramów. Prosimy w sklepie o oczyszczenie. Płuczemy, przekrawamy wzdłuż, a potem kroimy w dzwonka. Powinno być około 16 niedużych kawałków. Obieramy i kroimy w cienkie plastry, 4 duże rude (normalne) cebule. W naczyniu szklanym, układamy warstwę cebuli, warstwę karpia i tak na zmianę, aż do wykorzystania całości. Na wierzchu warstwa cebuli. Kolejne warstwy karpia delikatnie solimy i pieprzymy. Można od czasu do czasu dodać trochę zmielonego czosnku. Wkładamy do lodówki na minimum dwa dni. Dzień przed Wigilią wyrzucamy cebule. Nie płuczemy karpia!. Kawałki mokre od cebulowo-czosnkowego soku obtaczamy w mące. Na patelnię dajemy łyżkę masła i dwie, trzy łyżki oliwy. Smażymy karpia z obu stron (5 minut, strona). Na sąsiednim palniku na najmniejszym z możliwych ogniu, stawiamy żaroodporne szklane naczynie z pokrywką, Wkładamy tam usmażone kawałki karpia i zalewamy wysmażoną mieszanką masła z oliwą. Nowe masło i oliwa na patelnię, następne kawałki do usmażenia. Po usmażeniu przełożyć do duszenia. Całość dusimy pod przykryciem około 20 minut po dodaniu ostatnich kawałków. Wstawiamy na noc do lodówki. W wigilijny wieczór, dodajemy odrobinę wody i wstawiamy na godzinę do ciepłego piekarnika, tylko w celu podgrzania. Pochłaniamy z białą chałką. Mam nadzieję, że gdy w tym roku w naszym piekarniku będzie się podgrzewało to danie, gdy w naszym domu będzie słychać kolędy śpiewane przez kolegę ze szkolnej ławy Jacka Wójcickiego, a ja, jak co roku, złożę Grażynce życzenia „Abyś zawsze była ze mną tak szczęśliwa, jak ja jestem z Tobą”, ktoś na drugim końcu Adelaidy, też będzie szykował się do wbicia widelca w swojego karpia potrawę tak „polską”, że aż to czasem boli, że przez rodaków niedocenioną.


Zdrowia i spokoju w Dniach Narodzenia Pana

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011