Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Podróże kulinarne Jacka Ścieżki czyli Lukullus w Krainie Kangurów

Od redaktora

marzec 2007

Parę miesięcy temu Lidia Mikołajewska i Stan Guziński zaproponowali mi kontynuowanie (po prawie trzech latach przerwy) kulinarnych wędrówek, których odbyłem i spisałem w przeszłości ponad trzydzieści...


Jacek Ścieżka

Pamiętam dokładnie jak w 2004 roku jechałem do Krakowa zaopatrzony w ostatni cud techniki czyli USB Drive z zawartością. Tą zawartością były teksty moich kulinarnych wspomnień spisanych w latach 2001-2004, a obejmujących 44 lata mojego życia (ależ ten czas leci nieubłaganie!) Moje wspomnienia drukowano w adelajdzkim „Słowie Polskim” a po zamknięciu tego miesięcznika przyjęła mnie pod swoje skrzydła Ania Wiktorzak ze swoją „Panoramą”.

Gdy z wielu jakże różnych źródeł usłyszałem bardzo pochlebne komentarze na temat mojej pisaniny, postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę. Posłałem całość do Krakowa do skrzynki mailowej mojego przyjaciela z lat młodzieńczych Przemka Osuchowskiego. Człowieka, który dziennikarstwem przez duże „D” zajmował się latami. Spod jego pióra wyszły między innymi kapitalne reportaże z Ameryki, jakże trafnie pokazujące specyfikę tamtejszej Polonii oraz wspomnienia poświęcone najbardziej bezbronnym bohaterom lat 90-tych, czyli dzieciom Czarnobyla. Napisał tekstów więcej niż mam włosów na głowie. Pomyślałem więc sobie: dziennikarz całą gębą, redaktor naczelny wielu całkiem poważnych tytułów prasowych – on wyda opinię i powie co z tą moją pisaniną dalej robić. Posłałem z listem objaśniającym – czekałem.

Przemek jest moim wspaniałym kolegą, przeżyliśmy wspólnie wiele bardzo przyjemnych chwil i kiedyś obiecuję, że poświęcę mu osobne wspomnienie przyjacielsko-kulinarne. Teraz miał być recenzentem „wypocin” Jacka z Krainy Kangurów. Czekałem tydzień, dwa, trzy. Zapomniałem, że mój znajomy - jak przystało na dziennikarza i człowieka żyjącego z pisania - najbardziej nie lubi... pisać.

Możesz pisać!

Po paru tygodniach zdenerwowałem się i zadzwoniłem. W środku nocy, bo tylko wtedy Mistrz reaguje na otoczenie. Odebrał, najpierw pogadaliśmy o wszystkim i o niczym nie zapominając tematów typowo marynistycznych czyli o „dupie Maryni” a potem przeszliśmy do sedna sprawy. Powiedział, pamiętam dokładnie: – „Czytałem, jak na człowieka, który ma z czego żyć, nieźle. Parę poprawek i będzie w porządku. Możesz pisać wspomnienia kulinarne, bo masz do tego dryg, a najbardziej w nich lubię to, że roi się w nich od błędów merytorycznych przy podawaniu przepisów na potrawy. Ale to wspaniale, bo świadczy tylko o tym, że piszesz z głowy a nie kopiujesz z internetu jak większość ludzi piszących o żarciu w różnych odmianach. Natomiast dopóki piszesz to tak ku pokrzepieniu serc - rób to dalej. Jeżeli natomiast masz nadzieję na to, że kiedyś pisanie przyniesie Ci sławę albo pieniądze, musisz trochę zmienić format. Twoje opowiadania muszą być dla kogoś, ktoś musi je wziąć do ręki i z nich korzystać. W takim razie musisz z tego grochu z kapustą (wprawdzie bardzo smacznego) coś zrobić. Powinieneś pisać albo dla czytelnika w kraju – wtedy więcej o kuchni polskiej i miejscach gdzie można to o czym piszesz dostać, albo o kuchni australijskiej czyli o potrawach i smakach zapomnianych, a przez Ciebie na nowo odkrytych tam daleko w ostatniej na świecie „Ziemi obiecanej”.

Nigdy nie zadzwonił nikt!

Długo myślałem o tym co powiedział... Przed wyjazdem do Krakowa byłem naładowany adrenaliną jak nigdy wcześniej. Zbliżał się pierwszy Bal Charytatywny „Absolwenci-Agnieszce”, na sercu miałem małe „szpejo” a na nim około 80 stron różnych tekstów. Siedząc spokojnie w samolocie singapurskich linii lotniczych, sącząc powoli „Chivas Regal” z lodem, myślałem nad koncepcją przyszłych tekstów. Pomysł wpadł mi do głowy prościutki: trzeba przekonać potencjalnych restauratorów o tym, aby na chwilkę pokazali swoje ludzkie twarze. To, że teraz są właścicielami restauracji, kawiarni czy miejsc do których podążają pielgrzymki zwolenników dobrego smaku to nic. Niech pokażą swoją własną twarz, kim byli kiedyś i jak trafili do tej restauracji. Z podobnym zainteresowaniem wysłucham opowieści o tradycjach rodzinnych, które ich zobowiązywały i zaprowadziły na aktualne miejsce oraz takich co to kobieta sprzątaczka kiedyś wracając do domu z pracy kupiła sobie tradycyjnego czystopolskiego kebaba i pomyślała jedząc, że przecież dużo smaczniejszy byłby w Krakowie obwarzanek z kiełbasą z Liszek. Nie zastanawiając się długo wprowadziła ten pomysł w życie i teraz akurat jej firma jest wprowadzana na giełdę w Warszawie. Przepisy na potrawy miały zostać w moim projekcie podlane sosem życia różnych ludzi. Miały, oprócz staropolskich receptur, otrzymać ludzkie twarze stojące za nimi jak cienie, miały nabrać klimatu życia.

Gdy wysiadałem z samolotu we Frankfurcie pomysł był gotowy. Teraz szybko Kraków, punkt gdzie można powielić wspomnienia w kilkudziesięciu kopiach. Pierwszy tydzień - oprócz spotkań z przyjaciółmi, obiadów i śniadań wystawnych w towarzystwie mamy - spędziłem na penetracji kulinarnego Krakowa. A było co penetrować, oj było... Od wnętrz „Hotelu Copernicus” gdzie szefem kuchni był (może jeszcze jest) młody człowiek, który zdążył pracować na całym świecie i zdobyć prawie wszystkie liczące się nagrody kulinarne, po skromny „Kazimierz Grill” gdzie pod granatowym rozświetlonym listopadowymi gwiazdami niebem spożywałem w środku nocy polską białą kiełbasę z grilla w towarzystwie „oscypków’ podsmażanych na węglu drzewnym. A smakowało to jak kulinarny grzech pierworodny. Powoli zbierałem doświadczenia, robiłem notatki, a w drugim tygodniu pobytu zaniosłem w różne znane mi przez chwilę miejsca około 40 kopii moich wspomnień, wyposażonych w informację – „To co dostajecie Szanowni Państwo to są próbki tego jak pisałem, teraz chcę spędzić z Wami godzinkę lub dwie i porozmawiać z Wami o tym, co teraz robicie. Chcę Was poznać, aby potem pisząc artykuł o Waszej restauracji czy kawiarni móc wpleść do tych wnętrz i smaków trochę życia, nostalgii, czasem może żartów, a na pewno trochę Was po prostu”. Na stronie tytułowej umieściłem numer mojej komórki i czekałem. Nigdy nie zadzwonił nikt!

Był to dla mnie najzimniejszy prysznic jaki w życiu miałem. No bo żeby przynajmniej jeden telefon z tekstem: „Czytałam (em), bardzo fajne, ale nie mam proszę Pana czasu na spotkanie”. A tu nic. Zero. I nie było to słynne zero z tekstów śp. profesor Małkowej z naszego V Liceum, która mawiała, że „Zero to flaszka na dwóch”. Tutaj nawet nie było okazji aby tę flaszkę kupić. Było to zero całkowite. Nie dziwcie się, Szanowni Czytelnicy, że kac moralny po tej wpadce literackiej na naszej ukochanej piastowskiej ziemi trwał niemal trzy lata.

A jednak możliwe!

Parę miesięcy temu wyczytałem gdzieś na internetowym forum najlepsze określenie Australii jakie kiedykolwiek słyszałem. „Australia to kraj gdzie nic nie jest niemożliwe”. Wtedy w myśl porady mojego przyjaciela zastosowałem wariant „B”, czyli postanowiłem wcielić w życie mój pomysł tutaj na miejscu, w Adelajdzie. To nic, że drugi koniec świata, to nic że angielski to nie jest mój pierwszy język, że pomimo dobrej jego znajomości nie wyłowię w nim tych niuansów, drobnych szczegółów co w nich diabeł ponoć śpi. Ale ludzie tutaj tacy co to „budzą się z uśmiechem na twarzy”, a jeżeli nawet ten uśmiech jest czasem sztuczny i przylepiony jakby klejem, to i tak traktują innych poważnie. Nawet zadzwonią choćby po to, aby ładnie skłamać.

Musiałem czytelnikom ofiarować pewne wytłumaczenie przerwy w „działalności pisarskiej” i powoli wprowadzić Was w tematykę cyklu „Lukullusa w Krainie Kangurów”. Nie chcieli Polacy mieć reklamy za „dziękuję”, będą ją mieli Australijczycy, emigranci, wszyscy Ci co z różnych stron tutaj zjechali a teraz są tacy jak rdzenni mieszkańcy tutejsi – otwarci na życie.

Ale jakże inaczej, skoro w ciągu jednego dnia, po kilku zdaniach rozmowy, uzyskałem zgodę na spotkanie z właścicielami dużej rzeźni „Barossa Fine Food”, sklepu piekarni na naszym adelaidzkim rynku „Gourment to go”, firmy sprzedającej sery różnej maści „Leos Cheese”, firmy produkującej wyroby cukiernicze „Ciao” oraz wstępną zgodę szefów paru restauracji, które w Adelajdzie wypada odwiedzić bez względu na ich położenie i cenę serwowanych tam potraw. Przed Państwem przemaszeruje defilada, Niemców, Szwajcarów, Włochów, Australijczyków, Chińczyków oraz Polaków, ale tych jakby podmienionych, wyleczonych z unikatowego genu z jakim się rodzimy, z genu którego nie nazwę po imieniu ze względu na renomę tej strony. Dla ułatwienia powiem, że zaczyna się na literkę „s”. Za dwa tygodnie spotykamy się, tuż przed Świętami Wielkanocnymi, z Barbarą i Franzem – właścicielami Barossa Fine Food. Zobaczymy jak wygląda słynny interes rodzinny w wydaniu niemieckim. A jest co oglądać! Daję Państwu moje kulinarne słowo honoru.

Z poważaniem

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011