Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Podróż do źródeł życia (2)

lipiec 2010

Konwaliowe powitanie

Skoro powstał plan, trzeba było jak najlepiej zabrać się do jego realizacji. Powoli przez cały prawie rok dopinaliśmy szczegóły – urlopy były załatwione, przedłużone wakacje Natalki też. W ramach bonu edukacyjnego dostała pisanie dziennika z podróży oraz wcale nie taką cienką książkę z ćwiczeniami z matematyki. Pani Małgorzata (biuro podróży Almabus) poznana w Krakowie i widziana przez niecały kwadrans zaczęła w okolicach świąt Bożego Narodzenia szukać jak najlepszego wyjazdu na grecką wyspę Kretę, koniecznie z możliwością jednodniowej wycieczki do najpiękniejszego miejsca na świecie czyli wulkanicznej wyspy Santorini. Powoli ale bardzo owocnie przebiegły negocjacje z Grzegorzem, bratem mojego kolegi średniej szkolnej niewoli Maćka. Grzegorz (więcej o nim w odcinku „Miasto (spełnionej) miłości”) odpisał na mój email, na który czekał 25 lat i w sumie po kilku zdaniach byliśmy umówieni. Dzięki temu kontaktowi mieliśmy poznać Paryż widziany oczami zdolnego architekta, który zakamarki tego pięknego miasta zna już od ponad 18 lat. Jakoś mało powiodły się próby nawiązania kontaktu listowego z drugim pokoleniem gospodarzy w Tylmanowej, natomiast bardzo dobrze poszło z Księdzem Infułatem Jerzym Bryłą. Sekretarz odpisał, że ksiądz obiecał, że jak dożyje, to nam mszę odprawi. A ponieważ przeżył już ponad 80 lat, mieliśmy nadzieję, że te kilka miesięcy nie sprawi mu różnicy.

Powoli, ale bardzo systematycznie marzenia mojej ukochanej żony pęczniejące przez długich piętnaście lat nabierały konkretnych kształtów. Kiedyś, jak rozmawialiśmy o ewentualnej wycieczce do ziemi przodków, Grażynka powiedziała, że marzy się jej powąchać konwalie, spróbować leśnych poziomek i zobaczyć Wielki Wóz.

Zakupiliśmy bilety lotnicze i po raz pierwszy za pośrednictwem British Airways oraz Finnair zamierzaliśmy dotrzeć do Ojczyzny. W połowie maja wszystko było zapięte na ostatni guzik, urlopy się zaczęły, znajomi życzyli nam wspaniałych wakacji, byli wśród nich też tacy co życzyli szczerze. Przygotowaliśmy dom i zamrażarkę na ponad dwa miesiące naszej nieobecności, sporządziliśmy dłuuugą listę rzeczy do załatwienia dla naszego syna i pojechaliśmy w... podróż naszego życia. W podróż do źródeł życia.

Pierwszy, kangurzy skok do Sydney to była pestka. Potem bardzo nielubianymi w sondażach i różnego rodzaju ankietach angielskimi liniami polecieliśmy do Tajlandii. O dziwo, stewardesy na pokładzie były całkiem ładne i wcale nie za chude, jedzenie chyba jakby małoangielskie, a program w pokładowej TV bardzo ciekawy. Dotarliśmy do Bangkoku w miarę szybko, niestety żeńskiej części wycieczki zaczęło dawać w kość zmęczenie. Na szczęście po krótkim oczekiwaniu siedzieliśmy już w samolocie fińskich linii lotniczych. Jedne z ostatnich samolotów DC10 będące w użyciu na tak dalekich trasach, ale bardzo dobrze utrzymane. Jedzenie jakby mniej apetyczne ale po tylu godzinach w podróży mało co smakuje należycie. Po kolorowym Sydney, bardzo ascetycznym i szklano–metalowym lotnisku w Bangkoku wylądowaliśmy w drewnianych Helsinkach. Bardzo dużo dobrej jakości drewna użytego do wystroju sali przylotów i odlotów od razu dał nam znak, że jesteśmy w krainie gdzie jezior i drzew jest pod dostatkiem. Gdyby kiedyś po latach planów powstało lotnisko w Nowym Targu władzom lokalnym polecam wizję lokalną w stolicy Finlandii, można podpatrzeć to i owo a potem nasi mistrzowie ciupagi i siekiery wyczarowaliby lotnisko, może nie największe na świecie, ale na pewno najpiękniejsze.

Z Helsinek do Krakowa to tylko „rzut mokrym beretem” – w czwartek 21-go maja 2009 Grażynka po piętnastu latach banicji, Natalia po raz pierwszy w życiu, a ja po rocznej przerwie postawiliśmy nogę na polskiej ziemi.

Był piękny majowy dzień. Na na lotnisku pachniało konwaliami, które dostały moje Panie od mojej Mamy i od naszego przyjaciela Przemka… Kwiaty konwalii otulone były w radość z tego, że jesteśmy już na miejscu. Ich radość – bo czekali; a nasza – bo to naprawdę była długa podróż. Z lotniska wiózł nas Przemek nie autostradami czy drogami szybkiego ruchu, wiózł nas starą drogą do Balic wijącą się wśród zielonych (bardziej chyba niż w Irlandii) polskich łąk, udekorowanych dmuchawcami, kaczeńcami… Pachniało majem, wiosną i bzem… Powiedziałem do Grażynki: – Długo na Was ta Polska czekała, z tej tęsknoty i wyczekiwania wypiękniała…”

Nasz kierowca wiózł nas do naszej bazy noclegowej w Krakowie. Gdy planowaliśmy pobyt w kraju rodzinnym, długo kombinowaliśmy nad miejscem, gdzie spokojnie moglibyśmy zamieszkać na było nie było 65 dni. Będąc w Krakowie rok wcześniej otrzymaliśmy zapewnienie od koleżanki Grażynki ze studiów, że „nie ma sprawy, ona ma mieszkanie, stoi puste, więc jakby dla nas”. Potem „w praniu” sprawy się pokomplikowały i wyszło na to, że „tak, oczywiście, ale od pierwszego lipca, a wcześniej czegoś poszukamy”. Niestety, nie mamy ani rodziny ani znajomych, których możemy odszukać na dorocznej liście 100 najbogatszych Polaków ukazującej się w tygodniku „Wprost”, pozostałe w Polsce rodziny mieszkają w małych mieszkaniach z czasów „końcowego Gierka”, nie mamy dużo znajomych z domami, zresztą jak wyczytałem w „Księdze polskich przysłów”: – „Gość i ryba na trzeci dzień śmierdzi” – musieliśmy znaleźć coś odpowiedniego. Pobieżne przeszukanie rubryk w polskich gazetach internetowych w pozycji „Apartamenty, hotele” dały po pomnożeniu stawek przez 65 sumy, które mogły spowodować co najwyżej zwrot biletów lotniczych i odłożenie wyjazdu na czas nieokreślony.

Jak zwykle pomógł przypadek. Kiedyś dawno temu do mojej Mamy przyjechała znajoma, która zatrzymała się na dwa dni u Sióstr Nazaretanek w Krakowie. Siostrzyczki prowadzą taki jakby „święty hostel” w samym centrum Krakowa przy ulicy Warszawskiej. Potem zdaliśmy się na zmysł negocjacyjno-estetyczny mojej Mamy i w końcu się udało. Mieliśmy zorganizowane spanie (bez wiktu i opierunku) prawie w samym sercu Krakowa, a koszt tego był do zaakceptowania nawet biorąc pod uwagę tak długi pobyt i zamykanie furty o godzinie 22:00. Tam właśnie zawiózł nas nasz kierowca, potem wyszliśmy kręconymi schodami (takie chyba, tylko trochę dłuższe, są do nieba) do naszego pokoju i …. uprzytomniliśmy sobie, że od trzech dni nie spaliśmy.

A potem przyszedł sen, w którym jedliśmy leśne poziomki w Tylmanowej, oglądaliśmy Wielki Wóz na rozgwieżdżonym greckim niebie, zwiedzaliśmy Polskę, widzieliśmy się ze znajomymi…

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011