Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Podróż do źródeł życia (3)

listopad 2010

Kreteński Wielki Wóz

Gdy zaraz po przylocie wypoczęliśmy należycie, odwiedziliśmy Mamę w ramach powitalnego obiadu, popchniętego pączkami z różą na deser. Gdy zjedliśmy ogromny kocioł węgierskiej zupy gulaszowej popitej kilkoma litrami Wilmos Palinka (gruszkowy destylat produkowany u Madziarów – smak niezapomniany) w posiadłości Przemka w podkrakowskich Biskupicach, gdy już nacieszyliśmy się tak na szybko Krakowem, pięknym, starym i prawdziwie letnim pomimo wiosny, przygotowaliśmy dla naszych polskich matek uroczysty obiad z okazji Dnia Matki.

Zaprosiliśmy moją Mamę oraz dwie Matki Chrzestne Ciocię Lidę (Grażynka) i Ciocię Marysię (niżej podpisany). Pomimo niesamowitej ilości mniejszych i większych restauracyjek w obrębie i wokoło krakowskich Plant wybraliśmy na miejsce celebracji relikt przeszłości, ostatnią skamielinę z epoki nawet nie Gierka ale Gomułki czyli restaurację „Balaton”. Od wielu, wielu lat jest to miejsce kultowe w Krakowie – historia stanęła tam w miejscu jakby to powiedzieć 40 lat temu, wystrój nie zmienił się ani na jotę, obsługa jest ta sama co lata temu, tylko jakby trochę posunięta w latach – najważniejsze, że danie na które od lat maszerują do „Balatonu” turyści i miejscowi jest wciąż takie same – placki ziemniaczane po węgiersku. Oczywiście na Węgrzech jest to potrawa nieznana ale w kraju się przyjęła – olbrzymi placek ziemniaczany nafaszerowany bardzo dobrym i ostrym gulaszem cielęcym, suto omaszczony kwaśną śmietaną a obok zestaw surówek, których ani w smaku ani w kształcie nie zmieniło nic ani powstanie „Solidarności” ani upadek muru berlińskiego.

Wybraliśmy przede wszystkim tę restaurację z innego powodu – jest to ostatnia restauracja, która była modna wtedy gdy nasze Matki – rodzone i „przyszywane” były młode. Mieliśmy wrażenie, że siedząc przy stole w tym miejscu gdzie kiedyś chodziły przy okazji „trzynastej pensji” lub „nagrody z zysku” jakby w sposób naturalny przemieściły się w czasie 30-40 lat do okresu gdy były młodsze. Udało się znakomicie, gdy koło 15.00 wychodziliśmy po obiedzie widać było gołym okiem, że zrobiliśmy im przyjemność miejscem, pamięcią oraz małym piernikowym sercem z lukrowanym napisem „Kochanej Mamie” – serduszka pewnie wciąż wiszą w trzech krakowskich kuchniach powodując wilgotnienie powiek raz na jakiś czas.

Po obchodach , następnego dnia pojechaliśmy do Grecji. Nasz niezawodny kierowca odwiózł nas do Katowic – gdzieś za Chrzanowem pogoda cudna i słoneczna od tygodnia, zaczęła się po prostu chrzanić a na szyby Citroena Jumpie zaczęły spadać wielkie krople wiosennego deszczu – gdy wysiadaliśmy w Katowicach lało już jak z cebra. Na szczęście samolot z ciepłych krajów przyleciał punktualnie i po krótkich formalnościach oraz pierwszym po wielu latach kontakcie z „kulturą codzienną rodaków w kolejce po karty pokładowe” znaleźliśmy się na pokładzie linii lotniczych “Air Cypria”. Samolot czarterowy wypełniony po brzegi bladymi jak płótno żaglowe polskimi wczesnymi emerytami oraz młodymi małżeństwami z dziećmi w wieku przedszkolnym (rok szkolny trwał w najlepsze). Było tez kilka zestawów emerytów udających się do Grecji w poszukiwaniu przygód innych niż oglądanie zachodów słońca oraz ruin kilkusetletnich. Rozszyfrowaliśmy ich na pokładzie a potem przez tydzień podziwialiśmy w akcji, był to gotowy scenariusz filmu grozy „Ostanie lato lowelasa”. Po dwóch godzinach spokojnego lotu wylądowaliśmy w Chanii na Krecie – pasażerowie nagrodzili pilota gromkimi oklaskami co dla niektórych jest pięknym gestem kultywowanym tylko przez polskich turystów według innych jest prostactwem absolutnym.

Autobus zawiózł nas do ośrodka wypoczynkowego – wokół pachniało cudnie, jeszcze było widać słońce zatapiające się w morzu, zmęczone całodziennym grzaniem, bryza lekka dmuchała w twarz… Z okien autokaru widzieliśmy setki malutkich restauracyjek, ludzi siedzących prawie na ulicy, greccy emeryci z sumiastymi wąsami popijali czarną i diabelnie mocną kawę parzoną w malutkich kokilkach w piasku o temperaturze około 200 stopni. Restauracje były w stosunku do polskich ubogie w wystroju ale zapełnione ludźmi, miały w sobie coś, coś co zrozumieliśmy za dni kilka. Ośrodek „Sirios Village” był taki jak marzyliśmy – zamiast ton stali i szkła połączonego w całość przy pomocy dobrej jakości kleju – malutkie śródziemnomorskie bungalowy, w każdym pięć mieszkań, wszystko rozrzucone po bardzo dużym terenie, pomiędzy domkami dużo drzew, kwiatów i krzaków, które akurat obsypały się kwieciem jakby na zamówienie. Zupełnie przez przypadek trafiliśmy do Grecji w bardzo dobrym okresie. Ziemia przygotowująca się na kilka miesięcy spiekoty i lejącego się z nieba żaru jeszcze oddychała nagromadzonymi zimą i wiosną deszczami stąd nawet uliczki naszego ośrodka wyglądały jak wyposażenie dobrej jakości ogrodu botanicznego. Trzecia część pasażerów samolotu miała wykupiony pobyt razem z nami, rozmieszczenie po pokojach poszło sprawnie pomimo, że prawie nikt nie mówił w innym języku niż polski, niemniej w „miganiu” jak coś chcemy nie mamy sobie równych w świecie. Obsługa była na tyle miła, że pomimo późnej pory czekała na nas zimna kolacja, którą prawdę mówiąc po kilku godzinach przerwy w dożywianiu wchłonęliśmy bardzo szybko. Przy kolacji nawiązaliśmy pierwsze znajomości – wspólne siedzenie przy stoliku i nasza pomoc w sprawach językowych (Grecy dobrze mówią po angielsku) była tą pierwszą nicią porozumienia.

Po kolacji rozeszliśmy się po domkach nawet nie wiedząc że już prawie północ. Idąc do naszego bungalowu cicho nuciliśmy piosenkę „Oi mortez”, która brawurowo zaśpiewana przez Angelle Zilla w 1967 zdobyła Bursztynowego Słowika na Sopockim Festiwalu – „…już północ a nam się wcale nie che spać, czerwone wino będziemy sączyć aż do dna….” Natalka udała się na zasłużony wypoczynek a my z Grażynka siedzieliśmy sobie jeszcze na tarasie naszego apartamentu, słuchaliśmy ciszy, patrzyliśmy na granatowe niebo na którym jakby przed chwilą, jakby na zamówienie, jakby w celu spełnienia długo oczekiwanego czyjegoś marzenia, ktoś zapalił Wielki Wóz. Wśród kreteńskiej ciszy przerywanej cichymi skrzekotami cykad usłyszałem słowa mojej żony – „Chciałabym aby czas się zatrzymał”. Też bym chciał ale tak jakby na dłuższą chwilkę – przed nami przecież zwiedzanie Krety, wyjazd na Santorini oraz inne przewidziane atrakcje.

Chwilo trwaj!

CDN

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011