Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Podróż do źródeł życia (4)

listopad 2010

Chania i okolice

Kreta pozwoliła nam czuć się jak w domu. Apartament był wspaniały pomimo swojego ograniczonego metrażu, taras pozwalał nam przeżywać ciepłe, miękkie jak kocia łapa wieczory, szef kuchni dał się poznać z tej strony, że wiele w życiu widział, czytał a co najważniejsze wiele w życiu ugotował. Najbardziej smakowały nam obiado-kolacje zjadane na tarasie pod wciąż niebieskim, ale już nie tak parzącym, kreteńskim niebem. Grecy, jak to oni mają w zwyczaju, jedzą olbrzymie ilości pomidorów, ogórków, papryki, oliwek – czasem nawet mieszają to razem, podrajcują wszystko doskonałym serem feta i podają jako grecką sałatkę. Jedzą też mięsa w szczególności baraninę, która smakuje jak nasza australijska bo przecież greckie owce też przez dziewięć miesięcy w roku gryzą, chcąc czy nie chcąc, trawę koloru żółtego, spaloną na wiór słońcem. Baraninę umieją przyrządzić wzorowo, natomiast klasyczny wczasowo-grecki Polak wychowany na świninie w każdej postaci, łaknący chleba żytniego posmarowanego smalcem na palec grubo, czy też kotleta z karkówki, przerastanego, smażonego z ziemniakami i koniecznie z kapustą, czegoś takiego jak baranina do ust nie weźmie. Patrzyli na nas jak na „oszołomów” gdy zajadaliśmy się stekami baranimi, małymi goloneczkami baranimi w naturalnym sosie czy też rozpływającymi się w ustach baranimi gulaszami. A dobrze Wam tak, na drugi raz jedźcie na wakacje do krajów spożywczopodobnych. Proponuję do Niemiec. Tylko proszę nie zabierać dzieci, bo jak śpiewał dawnymi czasy Andrzej Rosiewicz „…kto przy dziecku mówi po niemiecku?”.

Posileni należycie każdego słonecznego ranka poznawaliśmy okolicę – poszliśmy na „piaszczystą” plażę położoną w spacerowej odległości od ośrodka, ponieważ piasek był jakby bardziej granulowany niż na przykład u nas w Adelajdzie, odczuwając ból gołych stóp położyliśmy się jak amerykańscy milionerzy na drewnianych leżakach pod kolorowymi parasolami. Wokół nas, jak sęp, krążył przystojny, opalony Grek odziany tylko w małe granatowe kąpielówki nazywane w Australii „budgie smugglers” a prawdę mówiąc coś tam dużego szmuglował, co dało się zauważyć na pierwszy rzut oka. Krążył, krążył i zniknął. Na popołudniowym spotkaniu z polską rezydentką okazało się, że przyrządy do leżenia i osłony przed słońcem są w Grecji płatne, z drobnych kalkulacji wyszło na to ze nasz „przemytnik” przez nas był z 10 euro lżejszy – no ale koniec języka za przewodnika, nie zapytał się – stracił.

Drugiego dnia pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka o wdzięcznej nazwie choć mało ortograficznej Chania. Pojechaliśmy autobusem bo „taksówki na Krecie są piękne, ale rzadko która posiada kasę fiskalną chociaż obowiązują od 2007 roku, nawet jak ma kasę fiskalną to i tak kierowca jej nie włącza a jeżeli ją włączy to i tak na końcu trasy zażyczy sobie tyle ile chce a nie tyle co pokazała kasa…” – był to cytat z sesji informacyjnej z rezydentką. Wysłuchałem i pomyślałem, że natychmiast trzeba przerobić przysłowie na „Polak Grek dwa bratanki i do szklanki i do oszukanki”. Podróż do Chani była krótka, to tylko 5 kilometrów – na miejscu było cacane miasteczko, które wybudowali Wenecjanie (było to widać), zburzyli Turcy (było widać czasem), zaśmiecili w sposób niepowtarzalny Grecy (było widać wszędzie). Piękne kolorowe kamieniczki tulące się do siebie okiennicami pomalowane tutejszym graffitti na półtora metra od ziemi (wysokość tutejszego chuligana), wyżej kamieniczki dekorowali autochtońscy monterzy klimatyzacji wieszając kompresory bez ładu bez składu – gdzie po prostu popadnie, gdzie mu się drabina postawiła… A co? W końcu upał i człowiek się męczy przestawiając. Niemniej w sumie jak włączy się malutki filtr optyczny Chania jest śliczna – szczególnie okolice portu, kilkuset metrowy bulwar gdzie co krok to restauracja przed która stoją jak naganiacze młodzi Grecy proponując posiłki, nie znający słowa honor ale na ich wytłumaczenie powiem, że jak już jego znaczenie poznają to ich to drogo kosztuje.

Idąc sobie portowym bulwarem zostaliśmy na początku spaceru zaatakowani przez Aristosa, który łamanym angielskim starał się nam wytłumaczyć, że jedenasta trzydzieści to idealna pora na południowy posiłek. Tłumaczę jak dziecku - godzinę temu skończyliśmy śniadanie, idziemy na spacer a jak będziemy wracać za dwie godziny, może trzy, przyjdziemy do niego coś zjeść. Uśmiechnął się trochę kpiąco i powiedział nie wrócisz tu, bo przed tobą dwustu takich jak ja i w końcu któremuś nie odmówisz... Powiedziałem mu obiecuję i poszliśmy dalej. Porobiliśmy setki zdjęć, spotkaliśmy rodaków mieszkających w Kolonii spędzających greckie wakacje, nawet zrobiliśmy im zdjęcia na tle Tureckiej Łaźni, pooglądaliśmy śliczną latarnię morską, przeszliśmy przez kilkadziesiąt sklepów z pamiątkami w których namówiłem moją żonę na śliczną złotą bluzkę z greckiej bawełny oraz moją córkę na typowo grecki podarunek, czyli okulary słoneczne firmy (ponoć) Prada. Koło czternastej trzydzieści zgłodnieliśmy i wróciliśmy do Aristosa. Zobaczył nas i stanął jak co najmniej żona Lota. Słony chyba nie był, nie próbowałem, ale miałem wrażenie, że zdarzyło mu się to po raz pierwszy w jego wprawdzie krótkim życiorysie. Dotrzymanie słowa kosztowało właściciela kafejki kilka euro – zanim dostaliśmy karty dań na stole stanęło ouzo z lodem i sokiem cytrynowym (na koszt firmy), a jak siedzieliśmy w oczekiwaniu na deserową baklaw,e znowu wjechały od właściciela lody dla Natalki i dwa kieliszki słodkiego deserowego greckiego wina w typie dobrego węgierskiego tokaju (też na koszt firmy). Obiad nam smakował. Grecki chłopak może dołożyć kolejny rozdział do greckiej restauratorskiej mitologii.

Chodząc po porcie zauważyliśmy chyba pierwszego dnia starą fregatę cumującą przy nabrzeżu – uwagę naszą zwrócił nie tylko statek jakim poruszali się zbójcy z Karaibów w odcinkach popularnej produkcji ale tez ogłoszenie, że codziennie o godzinie 19.30 fregata wypływa w romantyczny rejs przy zachodzącym słońcu. To było coś dla nas. Dwa dni przed wyjazdem do Polski zaokrętowaliśmy się na romantyczną podróż. Mieliśmy szczęście, koniec dnia był jeszcze piękniejszy niż dzień cały, ponieważ było jeszcze przed szczytem turystycznego sezonu na statek którym pływa średnio około 70-80 osób, weszło nas w sumie nieco ponad 20 osób – to nieco to była nasza Natalka. Popłynęliśmy niedaleko, minęliśmy wejście do portu w Chanii, opłynęliśmy dwie małe wysepki, kapitan rzucił kotwicę, odwrócił statek rufą na zachód i zaprosił nas na owoce, sery oraz kieliszek greckiego bimbru. Wszystko było dobre – kozie sery najlepsze, jednak bimber lepiej potrafią pędzić ludy jakby bardziej lodowcowe. Na pokładzie poznaliśmy Amerykanina z Teksasu zakochanego nieprzytomnie w Angielce, którym zrobiliśmy piękne zdjęcie na tle słoneczka topiącego się w Morzu Greckim. Sami też nie próżnowaliśmy czego efekty widać na załączonych zdjęciach.

I gdy już zakochaliśmy się w Grecji i Krecie, gdy już nam wydawało się, że nic piękniejszego nie ma na tych morzach, następnego dnia popłynęliśmy tam, gdzie piękno po prostu leży na ulicy… Na Santorini - Wyspę Piękności…

CDN

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011