Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Przyjechałem, zobaczyłem, zjadłem…

marzec 2007

Pomimo, że jem mniej niż na to wyglądam, wszyscy znajomi wiedzą, że jeść i gotować lubię, a nawet potrafię, co nie zawsze idzie w parze. Z tego też powodu, w czasie wizyty w rodzinnym Krakowie, pozwalam sobie na „Krakowską Wycieczkę Kulinarną”.


Przemek Osuchowski

Moim przewodnikiem jest zawsze Przemek Osuchowski, kolega ze szkolnej ławy, doskonały dziennikarz, producent najpopularniejszego w Polsce programu kulinarnego „Kulinarne podróże Roberta Makłowicza”. Na ten jeden wieczór wyrywam się od „wiktu i opierunku” zapewnionego przez mamę i oddaję się niezapomnianym przeżyciom smakowym.

Jedną z naszych podróży rozpoczęliśmy w „Barze Mleczki”, pubie prowadzonym przez córkę słynnego krakowskiego rysownika Andrzeja Mleczko. Lokal usytuowany w bardzo dobrym punkcie Krakowa (ulica Pijarska 11 – nazwa ulicy nomen-omen) i fantazyjnie zaprojektowany przez Mleczkę – tatę. Co ciekawe, otwiera swoje podwoje, gdy zamykają się drzwi komnat i muzeów wszelkiego rodzaju. W sali pod nazwą roboczą „Piekło” (gdzie mogłyby usiąść dwa podstarzałe diabły, przed pójściem w kurs?) wypiliśmy po „Tatance” (żubrówka z lodem i sokiem jabłkowym) – drink ten jest o tyle lepszy od szarlotki, że nie trzeba go gryźć – i sporządziliśmy plan wycieczki.

Tym razem, mój przyjaciel zaproponował spędzenie wieczoru w jednej z żydowskich knajpek, na krakowskim Kazimierzu. Rozgrzani jabłecznikiem w płynie, udaliśmy się tam spacerkiem, korzystając z tego, że w Krakowie wszędzie jest blisko. Kazimierz zmienił się za ostatnie parę lat, z dzielnicy lumpów i śmierdzących moczem bram, stał się kulinarną i kulturalną enklawą narodowości żydowskiej w mieście Kraka. Po japońskim (wejść, zobaczyć, wyjść) zwiedzeniu chyba z dziesięciu małych restauracyjek, zasiedliśmy przy stoliku w uroczym „Arielu”. Zapach, wystrój i nastrój dobrych lat 20-stych, czy to w Łodzi czy w Lubartowie.

Na przystawkę wzięliśmy karpia, nie na darmo nazywanego „po żydowsku”, bo kto jak kto, ale Żydzi potrafią go przygotować i podać jak należy. Potem na stół wjechał „Kawior po żydowsku” oraz „Szyjki gęsie faszerowane”. Kolację zakończyła herbata, która według obsługującego nas kelnera, powinna być „czarna i słodka jak kobieta”.

Następny etap to kawiarnia „LePianka”, w której to urocza barmanka umiejętnie wlewała w nas „Przepalankę Krakowską”, podsycając tematy do długich, nocnych rozmów Polaków. A gdy brzask był niedaleki i jak to u Wysockiego „… na portierni, spać się kładł nocny stróż …”, mój przewodnik zabrał mnie na ostatni etap naszego wypadu. Znowu spacerkiem udaliśmy się pod Halę Targową, gdzie w towarzystwie innych, którym zamknięto stacjonarne przybytki rozpusty, spożyliśmy wspaniałą kiełbasę z rożna. Pod wpływem jej zapachu i smaku odżyły wspomnienia ognisk, wycieczek, dzieciństwa - krainy do której, niestety, nie ma już powrotu.

Nagle z krakowskiej mgły, niczym Wernyhora w pobliskich Bronowicach sto lat temu, pojawił się mały człowieczek z buraczanym nosem i zapytał z krakowskim akcentem: - „Panowie, do kiełbaski sobie życzą ..?” Skinęliśmy bezwiednie głowami. Natychmiast na straganie, służącym nam za stół, pomiędzy tackami i resztkami jedzenia, pojawiły się dwie kryształowo czyste literatki ze zmrożoną polską wódką. Wypiliśmy do dna, za spotkanie w magicznym Krakowie, za przyjaźń, która przetrwała czas i odległość, za czytelników... w Adelajdzie.

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011