Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Słodkie szaleństwo (1)

październik 2007

„Cukier krzepi” mawiał Melchior Wańkowicz. „Cukier - biała śmierć” mówią lekarze każdej specjalizacji. „Cukier tuczy” - mówią do nas najlepsze przyjaciółki, szczególnie jeżeli jesteśmy kobietą i ostatnio widoczna jest nasza „ciąża spożywcza”.


Ale pomimo tych całych jego wad, spożywamy go codziennie i przeważającą jego ilość nie dlatego, że musimy, ale dlatego, że chcemy. Każdy z nas przeżył w swoim życiu, nawet wielokrotnie, sytuację gdy po zjedzeniu zupy, przystawki oraz obfitego drugiego dania, w momencie gdy już „szwy nam puszczają” na stół wjeżdża porcja słodkości, którą na początku ignorujemy, potem delikatnie próbujemy, potem pochłaniamy, a na końcu żałujemy, że była tylko taka malutka, ot tyle, co „kot napłakał”.

W moich wędrówkach kulinarnych nie może zabraknąć krótkiej podróży po deserach, słodyczach i im podobnych przyjemnościach. Wkrótce zabiorę czytelników do słodkiego Krakowa, ostatnich 30 lat, gdzie słodycze pochłaniałem masowo i dokładnie. Dzisiaj skoncentruję się na tych wszystkich skonsumowanych i zapamiętanych słodkościach naszej macochy Australii, a w szczególności jej południowego odłamu.

Krótki przewodnik po słodkościach

Pomiędzy sądem na Victoria Square i hotelem Hilton umiejscowiła się cukiernia „Swiss Glory”, a w niej niesamowite bogactwo artykułów, co krzepią ducha i czyszczą kieszeń. Każdy wypiek jest drogi, ale każdy jest wart ceny.

Polecam makaronik orzechowy (orzechy laskowe) – po prostu niebo w gębie. Okrągłe, popękane ciastko, kruche i twarde z wierzchu, z ciągnącą się masą orzechową w środku. Tam też można nabyć różnego rodzaju wyroby czekoladowe. Szwajcarzy słyną z nich od lat. Co ciekawe, jak bliżej poznać życiorysy potentatów, zauważymy, że zawierają często polskie dzieje, niemniej przykryte dominującym cieniem Manory.

Dalej, na stoisku 50 (moje ulubione) „Marzipan Twist” oraz „Cheese Twist”, niedrogie, a zaspokajające gusta każdego podniebienia. Jeżeli dołożymy do tego makowiec „Od Kaśki” zakupiony na Standomie oraz Sernik Wiedeński ze stoiska „Seven Hills”, to zobaczymy, że za jedyne $25.00 możemy przygotować wspaniałą feerie deserów, nie stojąc przy kuchence, nie taplając się w mące, nie znosząc jajek oraz nie martwiąc się czy ciasto wyrośnie czy też nie. A jak już wyrośnie to czy opadnie, czy też nie. Samo życie.

Pączki od Kasi

Jest w Adelajdzie kobieta - słodka instytucja. Obojętnie jakie metki znajdę na jej wyrobach, czy to będzie „Polknit”, czy to będzie „Polcake”, wiem jedno, to są wyroby „od Kaśki”. Każde ciasto, jakie miałem w ustach, czy to makowiec, czy to jeden z paru gatunków serników czy też sztandarowa pozycja w jej asortymencie pączki, są cukierniczym dziełem sztuki. Gdy kroję kawałki ciasta, czy też gdy wbijam zęby w pączka i czuję kawałeczki lukru lecące mi po piersiach wiem, że zrobiła je ręka fachowca i to wysokiej klasy. Jej pączki idealne w kształcie, idealne w smaku i kuszące kawałeczkami kandyzowanej skórki pomarańczowej na szczycie, można nabyć w wielu miejscach („Seven Hills”, „Standom”, stoisko 50 Central Market), ale nigdzie nie smakują tak, jak na dobrej polskiej zabawie, kupione jeszcze ciepłe w bufecie i spożyte pod filiżankę kawy, gdy w tle znajomi i nieznajomi bawią się w rytm polskich nagrań.

* * *

Jak większość czytelników wie, od wielu już lat pracuję w Polskiej Kasie Kredytowej, która niczym noworodek z matką, połączona jest pępowiną lokalową z Centralnym Domem Polskim. Aż nie do uwierzenia, ale dzień w dzień oglądam ten przybytek polskości w Południowej Australii, byłem świadkiem jego wzlotów i kontrolowanych upadków. Od lat można w Domu Polskim dobrze zjeść i od lat, choć teraz nie tak często, jak drzewiej bywało, pieką tam słodkości według staropolskich receptur.

Makowiec Halinki

Pamiętam wczesne lata dziewięćdziesiąte, gdy kuchnia pod przywództwem pani Haliny Duluk produkowała niezrównane w smaku i kształcie makowce. Pamiętam jak dziś, jak młodsza o dekadę pani Halina, pieczołowicie co sobotę wałkowała drożdżowe ciasto, potem napełniała go cudowną mieszanką, potrójnie zmielonego maku z dodatkiem bakalii, miodu i innych sobie znanych komponentów. Były to makowce olbrzymy, około pół metra długie, prawie 20 cm szerokie, w „kłębie” parę centymetrów też miały. Powleczone ciemnobrązową chrupiącą skórka, ech …. Zjadłby człowiek i teraz. Kupowałem pół takiego makowca, nasza cukierniczka kładła mi go na kawałek tektury, aby mi makowiec nie pękł na pół w czasie transportu. W domu spożywaliśmy dwu centymetrowe plastry, mokrego jak marzenie makowca (spomiędzy przepysznej masy makowej, wyglądały nieśmiało cieniutkie paseczki ciasta drożdżowego - proporcje lepsze niż wymiary Miss Świata) w towarzystwie drugiego miłośnika maku, mojego Teścia. Teść przebywał na rocznym zesłaniu „za dobre sprawowanie”, do dziś pamiętam kawkę, kawałek makowca i dymek tlący się z Teścia papieroska. Ten kolejny zabójca miał smak inchalacji zdrowotnej, ze względu na to, że pozbawiony był czujnego spojrzenia teściowej. Ach, były czasy – to se ne wrati.

Bułeczki od Czesi

Potem palmę pierwszeństwa w wypiekach przejęła pani Czesia. Piekła doskonałe serniki, makowce i świeżutkie bułeczki drożdżowe z serem, dżemem, brzoskwiniami czy też z kruszonką. Po bułki te w sobotnie przedpołudnia zjeżdżały się z całej Adelajdy gromady głodomorów, niektórzy z nich ich smak czują w ustach do dziś.

Pierniki Tereski

Następnie przyszedł czas „piernikowej mistrzyni” czyli pani Tereski. Piekła ona wspaniałe, najlepsze jakie jadłem poza granicami Polski ciasta z których zasłynął Toruń. Wilgotne, korzenne, brązowe w kolorze. Na życzenie oblewała je czekoladą, a na moje życzenie przecinała i przekładała warstwą dobrego polskiego powidła i dopiero wtedy oblewała brązowym szaleństwem. To były jednak wyroby, których „żywot trwał tyle, co życie motyli” - jak mawia w swoich programach Bobek Makłowicz.

* * *

Oczywiście byłoby grzechem napisać, że mamy tu Polacy jakiś monopol na najlepsze słodycze. Ale opisałem te, co bliskie naszemu polskiemu duchowi i podniebieniu. Niemniej inne nacje też produkują i całkiem im to dobrze idzie.

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011