Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Słodkie szaleństwo (2)

październik 2007

Dziś polecam atrakcje Galicji i okolic


Urodziłem się w 1960 roku – patrzę chłopak, nie jest źle (fragment mojego ulubionego tekstu Jana Pietrzaka) - w Krakowie. Tam zamieszkiwałem spokojnie, bez żadnych szaleństw do 1990 roku.

Trzydzieści lat, to szmat czasu. Lwia cześć tego okresu przypada na lata dzieciństwa, młodości. A co pamiętają dzieci? Świętego Mikołaja, koniec roku szkolnego i słodycze. Tylko tyle, i aż tyle.

Pomijając słodycze tak zwane sklepowe – czyli cukierki, czekoladki i inne łakocie dostępne w sklepach z szumnym napisem „Słodycze”, najczęściej wspominamy słodkości z tak zwanych cukierni. Było ich w Krakowie bez liku. Ponieważ okres dzieciństwa oraz młodości „durnej i chmurnej” spędziłem w ścisłym śródmieściu Krakowa (przypadł mi w udziale zaszczyt mieszkania w kamienicy „Pod lwem” przy ulicy Grodzkiej 32, dwieście metrów w linii prostej od pomnika Adama Mickiewicza), wspomnień tego typu mam bez liku.

W czasie, gdy sypialnie Krakowa – Nowa Huta, Kozłówek, Azory czy też inne dzielnice satelitarne, wcinały ciasta z „samu” lub też placki, pieczone domowymi sposobami, centrum Krakowa mogło w cukierniach wybierać i przebierać. Na marginesie uwaga, cukiernia w naszym galicyjskim żargonie, było to miejsce, gdzie można było kupić ciastka na sztuki i na wagę, usiąść przy stoliku, aby napić się wody sodowej oraz w okresie letnim uraczyć się wspaniałymi w smaku lodami „w kulkach”. Wystrój wnętrz był typowo przedwojenny, stare pamiętające dobre czasy przeszklone lady, stare drewniane stołki z oparciami oraz okrągłe lub kwadratowe stoliki. W gablotach poustawiane, jak żołnierze w czasie musztry, kusiły wzrok – napoleonki, kremówki, ptysie, bajaderki, piszyngiery, ciastka pączowe, grzybki, karpatki i inne delikatesy. Na ladach, służących do obsługiwania klientów, stały blachy z ciastkami niższej kategorii – placki drożdżowe z serem lub przy sprzyjającej porze roku ze śliwkami lub rabarbarem. Obok ciasta na wagę – babki drożdżowe i piaskowe, serniki wiedeńskie i krakowskie (z charakterystycznymi paseczkami ciasta układanymi po przekątnych na wierzchu – moje ulubione), krajanka, makaroniki - do wyboru, do koloru.

Chłonęliśmy te słodycze oczami, każdy z nas czy to mały, czy też większy, już wiedział, że jak dorośnie będzie pracował w cukierni. Gdy nadchodziło lato, oferta dla naszych milusińskich powiększała się o lody waniliowe, owocowe, kakaowe, kawowe i pistacjowe (cukiernia przy ulicy Skałecznej). Sprzedawano je „w kulkach” nakładanych na wafle lub w niektórych cukierniach wkładano pomiędzy dwa kwadratowe kawałki andruta.

Być dzieckiem w latach sześćdziesiątych, czy też na początku siedemdziesiątych, to było coś wspaniałego. A gdzie? Szczególnie w Krakowie. Ponieważ w dziecięcych, a szczególnie młodzieńczych latach, szlifowałem krakowskie bruki z niesamowitą ochotą, zabieram czytelników na mały spacer.

Spacerkiem po Krakowie

Zaczynamy naszą wędrówkę od kamienicy Grodzka 32, idziemy w stronę Małego Rynku. Przy ulicy Stolarskiej – ważnej, bo tam mieści się większość konsulatów w Krakowie, mała cukierenka, gdzie sprzedawali najlepsze w Krakowie placki drożdżowe. Towarzyszyły tym plackom duże ilości pszczół, ale ponieważ Hollywood dopiero przygotowywał się do kręcenia filmu „Rój” nikomu to nie przeszkadzało. Zaopatrywał się w nie i krakowski radca i przypadkowy przechodzień. Cukiernia kwitła w latach 70-tych, gdy otworzono Konsulat Amerykański. Rzesze chętnych zobaczenia zabytków Stanów Zwariowanej Ameryki, rosłych górali z Podhala i okolic, po zjedzeniu paru placków starało się przekonywać Konsula o tym, że do „Hameryki” jadą turystycznie, ich zawód wyuczony to pianista, a „graby” napuchły im nie od murarki ale właśnie od tych placków drożdżowych połkniętych przed wejściem.

Dalej idziemy ulicą Sienną do Rynku Głównego. W głębokiej bramie, tuż obok słynnego klubu „Pod Jaszczurami”, cukiernia symbol – Sherhardt. W środku dwa malutkie stoliczki, cztery krzesła i ciastka, chyba najlepsze w Krakowie. Cukiernia słynęła z „bajaderek” i „asów” - były to dwa trójkąty bezy przełożone marmoladą i kremem o niespotykanym nigdzie indziej smaku. Właściciel, który w dobrej formie przeżył okupację oraz rok 1968, obsługiwał klientów do końca lat siedemdziesiątych, w nieskazitelnym białym fartuchu i muszce. Pomagały mu młode dziewczyny, które bez względu na panujące „tryndy” w modzie miały na sobie białe bluzki, granatowe spódnice, białe chustki na głowach. Zmarł właściciel, cukiernia podupadała, podupadała aż upadła.

Dalej idziemy przez Rynek Główny ulicą Wiślną, w stronę Filharmonii. Przy ulicy Wiślnej cukiernia „Wintera”, niezwykłe w smaku makaroniki na wagę oraz pączki lukrowane, jakby w opozycji do krakowskiej specjalności pudrowanych. Mijamy Filharmonię, idziemy ulicą Zwierzyniecką, przy ulicy Felicjanek wchodzimy do słynnej cukierni Janasa. Nie było miejsca, gdzie pieczono tak dobry, mokry i wykwintny smakowo makowiec, pączki zawsze były w krakowskiej „pierwszej trójce”. Było to jedyne miejsce, gdzie do końca lat siedemdziesiątych sprzedawano paszteciki. Upieczone z francuskiego ciasta, wypełnione delikatnym mięsnym farszem, stanowiły przysmak na krakowskich stołach. Pieczone tylko na zamówienie, zapłacone tydzień naprzód, komponowały się wręcz idealnie z filiżanką czerwonego barszczu. Od „Janasa” już tylko krok do ostatniego przystanku naszej słodkiej wycieczki.

Hotel “Cracovia”, przy alei Puszkina, był symbolem elegancji i smaku Krakowa lat sześćdziesiątych. Pierwszy nowoczesny na skalę europejską hotel słynął z doskonalej obsługi, pięknych kobiet, przesiadujących na wysokich stołkach w hotelowym barze, dobrej kuchni oraz doskonałej cukierni. To właśnie wyroby z „Cracovii” - słynne kremówki (których receptury nie zdobyli chyba do dziś zazdrośni cukiernicy z „warszawki”), oprócz krakowskich obwarzanków i „Gazety Krakowskiej” pod redakcją Macieja Szumowskiego (lata wczesnej „Solidarności”) były na liście zakupów obowiązkowych, krakowskich ludzi interesu, jeżdżących porannymi pociągami „Krakus” na trasie Kraków Główny – Warszawa Centralna. Dwa razy do roku, cukiernia hotelowa produkowała słynne chałki. Ciasta kształtem zbliżone do makowca. Cienkie ciasto drożdżowe wypełnione było mieszanką bakalii – fig, rodzynek, migdałów, orzechów różnego typu, skórki pomarańczowej. Całość zespalał doskonałej jakości miód spadziowy z dodatkiem dobrej jakości rumu. Chałka była lukrowana jak makowiec i była to swego rodzaju „bomba kaloryczna”, zjedzenie kawałka 2 cm szerokości graniczyło prawie z cudem. Szczególnie, że podawana była na deser po obfitym posiłku.

Tak to w Królewskim Mieście Krakowie się dawnymi (rejestrowanymi oczami dziecka) czasami słodko podjadało. Pomyśleć, że działo się to w kraju, gdzie od 1976 roku albo i wcześniej, istniał system reglamentacji cukru, zdobycie bakalii było prawie niemożliwe, a łakocie się nie kupowało, ale załatwiało. Działo się to w czasach, gdy stworzono w Polsce ewenement na skalę światową, czyli tak zwane wyroby „czekoladopodobne”, o ironio też później objęte systemem kartkowym. Ten siermiężny kraj wychował ludzi, którzy to pamiętają i wspominają z łezką w oku. To jest prawdziwy „cud nad Wisłą”.

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011