Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Smakołyki strzechą kryte (1)

lipiec 2007

Pozwalam sobie zabrać szanownych czytelników na wiejską wycieczkę kulinarną. Pomimo, że nasza „macocha” Australia ma generalnie więcej plusów niż minusów, to wiele wspomnień o naszej „matce” Polsce nigdy nie znajdzie równoważnika na największej wyspie świata.


Zamykamy oczy – jest ciepły sierpniowy dzień, idziemy wiejską dróżka pomiędzy polami, gdzieś w oddali słychać szczęk kos, śmiechy młodych dziewcząt kręcących powrósła, wysoko nad głową słychać trel skowronka. Ciężkie sierpniowe powietrze (przed burzą) pachnące kłosami zbóż, kwiatami, świeżo ściętą trawą. W oddali przed nami, tuż obok stojącej na skrzyżowaniu wiejskich dróg kapliczki, mały chłopiec prowadzi na postronku krowę na sąsiednią łąkę, niedaleko wiejskie dziewczynki na miedzy, plotą wianki z białych stokrotek, wplatając w nie od czasu do czasu kwiat, może nie najpiękniejszy, ale jakże dla emigrantów, szczególnie pamiętających zawieruchę ostatniej wojny, drogi – czerwony mak. Nad łąką unosi się delikatne brzęczenie pszczół oraz specyficzne dźwięki wydawane przez inne owady. Pod ustawionym snopkiem świeżo zebranego żyta, siedzi mężczyzna z olbrzymią pajdą wiejskiego chleba w ręce, a młoda dziewczyna (może córka) nalewa mu do kubka zsiadłego mleka z dużego kamionkowego garnca.

„Chłopskie Jadło” Jana Kościuszki

Ten niepowtarzalny klimat polskiej wsi potrafił przenieść do swojej krakowskiej restauracji „Chłopskie Jadło” Jan Kościuszko. Już, gdy byliśmy w Polsce w 1994, obiło mi się o uszy, że w „kapitalistycznej” Polsce, początku lat 90-tych, gdzie sznytu dodawało chodzenie na hamburgera do McDonalda, czy też zajadanie się specjałami kuchni włoskiej, tunezyjskiej czy też greckiej, gdzie punktem honoru każdej gospodyni było podanie obiadu z „grilla””, najlepiej na działce poza miastem – niedaleko Krakowa w Głogoczowie znalazł się „wariat”, który kupił tam starą, wiejską chałupę, porządnie umył podłogi szczotą ryżową, pobielił ściany i przy siermiężnych drewnianych stołach podaje najprostsze wiejskie potrawy – chleb ze smalcem, twaróg z cebulą i rzodkiewką, jajecznicę z pięciu jaj na wędzonce, ziemniaki z jajem sadzonym i kwaśnym mlekiem, żur z ziemniakami, kiełbasą i jajkiem na twardo oraz inne specjały, przez lata przechowane w pamięci wiejskich gospodyń. Najciekawsze było w tym fenomenie to, że ludzie na te zapomniane wiejskie frykasy walili drzwiami i oknami. Sukces pierwszej restauracji spowodował otwarcie następnej, już w samym centrum grodu Kraka. Tym to sposobem kaganek smaku, powędrował spod strzechy na zamek (restauracja przy ulicy Świętej Agnieszki znajduje się 300 metrów od Wawelu).

W czasie mojego ostatniego pobytu miałem okazję parokrotnie odwiedzić „Chłopskie Jadło” i za każdym razem korzystać z bogatej karty dań. Pierwsza wizyta to był swego rodzaju szok, biorąc pod uwagę wystrój karczmy. Wielkie, ciężkie dębowe drzwi odgradzają dwa światy, kulturowe i kulinarne. Wchodząc, przed drzwiami zostawiamy stary, piękny Kraków ze swoją konserwatywną flegmą oraz „cały ten zgiełk” spowodowany ludźmi, turystami, gołębiami, tramwajami i nieskończoną ilością samochodów (przeważnie „zagranicznych”) jeżdżących nieskończenie wąskimi uliczkami dawnej stolicy Polski. Za prostymi odrzwiami odnajdujemy klimat starej galicyjskiej wsi, w której czas zatrzymał się nie wiadomo kiedy. Proste deski na podłodze, noszące ślad częstego szorowania, bielone ściany, niskie sufity i jeszcze niższe futryny drzwi pomiędzy kolejnymi izbami, różnego rodzaju ławy, stołki, fotele ustawione na pierwszy rzut oka bez ładu i składu, wokół stołów o różnych wymiarach i o różnych wysokościach. Część gości może spożywać „wiejskie dary niebios” zasiadając z rozmachem w przerobionych na stoliki starych saniach oraz wozach drabiniastych. Wszędzie pełno leciwych beczek różnych rozmiarów służących za pojemniki na kapusty kiszone, ogórki kwaszone, jabłka, gruszki. Pod ścianami i na ścianach warkocze suszonego czosnku, cebuli, grzybów i ziół wszelakich, feeria kos, grabi, kamieni młyńskich, uprzęży końskich, pomiędzy którymi wiszą chłopskie makatki – „Myj się zimną wodą, będziesz piękną i młodą” i inne w tym rodzaju – sąsiadując ze „świętymi” obrazami w złotych ramach. Cała ta mieszanka, mająca w sobie więcej ognia niż wszystkie powstania chłopskie razem wzięte, zmusza nas do ochłonięcia z emocji w pozycji siedzącej.

Zaraz też zjawia się kelnerka, podając nam kartę dań, która sama w sobie jest tematem na osobne opowiadanie. Niestety, reklama naszej karczmy została „w krzokach” i pomimo różnego rodzaju negocjacji, nie można tego dzieła sztuki kupić za żadne pieniądze, a podejrzewam, że z autografem właściciela znalazłoby wielu chętnych wśród podobnych jak ja, maniaków dobrego smaku. W czasie mojej pierwszej wizyty zasiadłem z fasonem w „saniach” i posiliłem się olbrzymią michą żurku, podanego – jak Pan Bóg przykazał – z kawałkami kiełbasy i gotowanego jajka oraz z gotowanymi ziemniaczkami, okraszonymi suto skwarkami na talerzu obok. Na drugie danie, ponieważ nie byłem zbyt głodny, zawinszowałem sobie „Mieszankę pierogową”. Jak poinformowała mnie miła kelnerka, jest to tuzin pierogów z serem i różnego rodzaju owocami. Ponieważ działo się to z początkiem listopada moja ciekawość nie miała granic, jakie to owoce podają w „Chłopskim Jadle”, gdy temperatury na zewnątrz niskie, a śniegiem co raz to prószy. Podejrzewałem owoce z puszki, co biorąc pod uwagę charakter restauracji, byłoby swojego rodzaju kulinarnym harakiri. Pierogi były doskonałe, miękkie ciasto, niesamowity smak owoców (śliwka, morela, gruszka) idealnie słodka śmietanka i ani kropli wody, wypływającej ze środka pieroga po rozkrojeniu. Biorąc pod uwagę moje poprzednie doświadczenia z tego rodzaju potrawami, coś tu nie grało. Ale nie mnie, starego wróbla „na końskie gówna brać”, oprócz rachunku zażyczyłem sobie do stolika kucharza, autora tego kulinarnego arcydzieła prostoty. Młody kucharczyk bez stosowania tortur wymyślnych, wyrzucił z siebie zeznania. Dzięki temu mamy następny przepis dla czytelników.

Pierogi z owocami a'la „Chłopskie Jadło”

Ciasto takie jak na każde pierogi. Bierzemy garść suszonych śliwek bez pestek, garść suszonych moreli, garść suszonych gruszek.

Suszone owoce wysypujemy na blachę, dodajemy wody, tyle, aby przykryć te owoce, dodajemy parę łyżek miodu oraz parę kieliszków rumu. Przykrywamy folią aluminiową i wstawiamy do piekarnika – około 160 stopni. Co dziesięć, piętnaście minut mieszamy, trzymamy do momentu, gdy suche owoce zabiorą wodę wymieszaną z miodem i rumem. Wyjmujemy, studzimy. Używamy do nadziewania pierogów.

Pierogi gotujemy, polewamy masłem z tartą bułką (słodka śmietanka – opcja numer dwa), zjadamy, podziwiamy. Chłop potęgą jest i basta. Smacznego.

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011