Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Smakołyki strzechą kryte (2)

wrzesień 2007

W moim poprzednim artykule po raz pierwszy zapoznaliśmy się z niepowtarzalną w kształcie i pomyśle restauracją „Chłopskie Jadło”. Od czasu, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem jej progi, jestem ogromnie łasy, nie tylko na wspomnienia potraw tam podawanych, ale także na wszystkie informacje (dobre, czy też złe) na jej temat.


Chciałem poinformować szanownych czytelników, że gdy ambitne plany Jana Kościuszki się powiodą, to w czasie następnych wakacji w dalekiej Ojczyźnie będą mogli napełnić żołądki staropolsko-chłopskimi specjałami, nie tylko w Krakowie, ale podejrzewam na terenie całej Polski. Po wydaniu wojny wszystkim zagranicznym dziwolągom kulinarnym, niezłomny naczelnik staropolskiego smaku planuje ekspansję na terytoria, gdzie zawsze chłopi żyli i byli, zawsze cienko przędli, słabo jedli i nadszedł czas, aby też to docenić. W wywiadzie, udzielonym polonijnej gazecie, Jan Kościuszko odkrywa pomysł stworzenia karczm w stylu „Chłopskiego Jadła” na terenie całej Polski. Pomysł jest przedni, zamiast posypanych sezamem bułek-wat bez smaku, zaopatrzonych w niewiadomego pochodzenia płaski kawałek „mięsa” z dodatkiem pokrojonej sałaty, utytłanej w czymś, co nawet nie stało koło majonezu, zakupionej w barze spod słynnego na cały świat znaku „M”, będzie można posilić się pajdą wspaniałego, wiejskiego chleba, posmarowanego grubo smalcem wytopionym z podgardla wieprzowego (skwarki wielkości połowy pudełka zapałek). Dla głodnych, z wysokim cholesterolem, posmarowanego wiejskim twarogiem z dodatkiem cebulki, drobno pokrojonej rzodkiewki i poprószonego czarnym pieprzem.

Nie wiem, jak ten kulinarny pojedynek polsko - amerykański się zakończy, obserwując jednak zaangażowanie i pomysłowość Jana Kościuszki na pewno odbędzie się to z korzyścią dla klienta oraz dla przeciętnego Polaka, zwłaszcza z rejonów ogarniętych 18-procentowym bezrobociem.

Gdy w Głogoczowie powstawała pierwsza karczma, doprowadzono do użytku stojący w niej piec chlebowy, po latach przerwy zabytek zaczął wydawać z siebie przaśne bochny chleba, połykane w kawałkach, najpierw przez zagranicznych turystów, a potem też przez tubylczego smakosza. Niebawem okazało się, że jeden piec to za mało, zadziałał system znany z serialu dla dzieci „Pomysłowy Dobromir”, karczma zakupiła za grosze upadającą starą piekarnię w Skale koło Krakowa. Piekarnia działa do dzisiaj zużywając zboże, które zalewa Polskę w ramach klęski urodzaju od przedwojnia (materiał źródłowy „Kariera Nikodema Dyzmy”), dając pracę okolicznym mieszkańcom oraz będąc dowodem na to, że na tych terenach pieczono chleby wspaniałe na długo przed momentem, gdy Kolumba zepchnął w nieznane wschodni wiatr. W tym miejscu widzę potencjalną siłę tego przedsięwzięcia, sieć staropolskich restauracji obsługująca rzesze głodnych, a jednocześnie zużywająca nieskończoną ilość żywności wyprodukowanej na polskich wsiach.

Z dalekiej Australii, zasyłam typowo polskie życzenia „good luck”.

Z początkiem listopada 2001, miałem okazję po raz kolejny pożywić oczy i trzewia w mojej ulubionej karczmie. Tym razem, na pożegnalną kolację zaprosiłem moją Mamę, Małgosię - matkę chrzestną naszego syna Rafała (czyli po staropolsku naszą kumę) oraz mojego serdecznego kolegę, a męża Małgosi - Bogusia. Znamy się z Bogusiem jak stare konie, dokładnie od 1974 roku i chociaż czasem mieliśmy na różne tematy odmienne zdania, przyjaźń nasza przetrwała lata i za każdym razem, gdy się z Nim widzę, odżywają wspomnienia minionego ćwierćwiecza. To właśnie z Bogusiem, w czasach nieprzyzwoitej zdolności przyswajania potraw (schyłkowe liceum) odbywaliśmy na zakończenie półrocza, a tuż przed wyjazdem na kolejne zimowisko, „krakowskie rajdy obżarstwa”. Zaczynaliśmy od „Coctail-Baru” przy ulicy Karmelickiej w Krakowie. Zestaw kremówka plus wuzetka, popchnięty paroma mlecznymi koktajlami owocowymi (ponad litr na głowę), był tylko przystawką przed daniem głównym czyli pizzą, w słynnej na cały Kraków, pizzerii na Małym Rynku. Zdarzało nam się, w dobrych czasach, zjeść po trzy na głowę, czym wprawialiśmy w zachwyt obsługujące nas kelnerki oraz doprowadzaliśmy do głośnego zgrzytu zębów, oczekujących na kolejne wypieki, głodomorów.

Lata minęły, pozostały wspomnienia, poczucie humoru oraz koński apetyt. Na dzień dobry, uraczyliśmy się piwem „Zagłoba”, panie miały tak zwane piwo z bombą. Pół litrowy kufel piwa, podawany jest z dodatkiem 50 ml doskonałej polskiej wiśniówki. Kelnerka stawia przed delikwentką kufel piwa i wrzuca do środka kieliszek wiśniówki. Kielich opada na dno, a gaz z piwa powoli, z namaszczeniem wyciąga czerwoną, z posmakiem pestek, słodycz i miesza go z piwem. Na stół wjechała deska czyli przystawki – plastry wędzonej szynki, krojone metodą na Kmicica, pasztet, salceson biały i czerwony, pajdy chleba, nieodłączny smalec i twaróg. Gdy po pochłonięciu tych specjałów nasze panie robiły się coraz słabsze, a my z Bogusiem dopiero co „pozatykaliśmy dziury w zębach”, na stół wjechało danie główne. Mama moja raczyła się „Prażonką po chłopsku”, która okazała się dobrze zrobioną zapiekanką z ziemniaków, mięsa, cebuli, ziół i innych przypraw. Małgosia pomimo, że nadal ma w pasie 66 cm, połknęła „Michę pierogową” (opis w poprzednim numerze), co mąż jej skwitował stwierdzeniem „mała, ale pojemna”, Boguś nie bez problemów spożył trzy gatunki mięs smażonych, w towarzystwie ziemniaków, sałat i pod koniec pierogów, podrzucanych umiejętnie przez małżonkę, ja natomiast spożyłem klasyczne „Łazanki po chłopsku”, które po prawdzie były najsłabszym z dań serwowanych mi w „Chłopskim Jadle”. Na zakończenie, po kieliszku „Gorzałki z przerębli”, pod garnek herbaty z konfiturami wiśniowymi i było nam naprawdę dobrze.

Nie do wiary, ale gdyby wypaliły plany Jana Kościuszki, to niedługo wszyscy polonusi z naszej kochanej Adelajdy będą mieli podobne wspomnienia z wyjazdów do Ojczyzny. Tym wszystkim, którym wydaje się, że ten klimat i zestaw dań można przeżyć tylko w Polsce uprzejmie informuję, że w kwietniu i sierpniu 2000 w Centralnym Domu Polskim odbyły się organizowane przez autora, „Uczty Staropolskie”, w czasie których stoły uginały się pod ciężarem pieczonej wieprzowiny i wołowiny, pasztetów, śledzi w śmietanie, kiełbas, kabanosów i kiszek wędzonych, smalcu wieprzowego, ogórków kiszonych, jajek w majonezie i innych typowo polskich specjałów Do tego chrupiące bułeczki i chleb ze stoiska numer 42. Najedzeni goście, gdy smakołyki należycie ułożyły się im w żołądkach, ruszali w tany, zaczynając zawsze polonezem. Łza się w oku kręci, a może „to se wrati?”

Krakowska sałatka śledziowa

250 gramów śledzi w oleju, pęczek młodej cebulki, 5 jajek na twardo, 4 ogórki kiszone twarde, 125 g tartego sera najlepiej parmezanu – w oryginale góralski oscypek, majonez – ja używam domowy, z osiągalnych w sklepie “S&W”, czarny pieprz do smaku. Butelka zamrożonej czystej polskiej wódki. Śledzie wyjmujemy z oleju osuszamy i kroimy na małe kawałki, jajka gotowane kroimy na małe kawałki, ogórki obieramy kroimy na kawałki, podobnie pół pęczka cebulki. Wszystko mieszamy razem, dodajemy majonez, aby salatka byla raczej wolna, na końcu dodajemy mielony pieprz do smaku, można dodać słodkiej mielonej papryki. Wstawiamy miskę do lodówki, gdy przez noc majonez połączy wszystkie smaki, zjadamy w towarzystwie czarnego chleba z masłem oraz kieliszka zmrożonej wódki. Wypijamy drugi kieliszek, zjadamy drugą porcję sałatki, wypijamy trzeci kieliszek, zjadamy trzecią porcję sałatki – piękny jest ten świat.

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011