Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Wisia – Królowa Rosołu

marzec 2007

Kraków, początek lat siedemdziesiątych, Plantami w stronę ulicy Garbarskiej maszeruje młode pacholę rodzaju męskiego, wyposażone w siatkę z plastikowymi uszami. W ręce ściska aluminiową „piątkę” z rybakiem. To właśnie ja


Ciocia Wisia czyli Królowa Rosołu

Kraków, początek lat siedemdziesiątych, Plantami w stronę ulicy Garbarskiej maszeruje młode pacholę rodzaju męskiego, wyposażone w siatkę z plastikowymi uszami. W ręce ściska aluminiową „piątkę” z rybakiem. To właśnie ja.

Jak co tydzień, zmierzam do najlepszej krakowskiej piekarni, po jedyne w swoim rodzaju bułki. Wchodzę do nagrzanego, pachnącego drożdżami i kminkiem pomieszczenia. Za solidną, pamiętającą czasy Franciszka Józefa ladą, stoi uśmiechnięty właściciel. Na półkach wspaniały żytni chleb z trzeszczącą skórką, podłużne bułki zwane u nas „wekami” i kosze ze wspaniałymi bułkami „kręconkami” i „składankami”. Za całą „piątkę” kupuję ich dwanaście, miły piekarz daje mi zawsze jedną „na drogę”, ale jestem grzecznym chłopcem i zawsze donoszę do domu wszystkie dziesięć.

Mijają lata, przybywa doświadczenia, wspomnień, kilogramów, ubywa niestety tylko włosów na głowie. Ciepły październikowy poranek 2001 roku. Już bez siatki w ręce, ale ze smakiem w ustach idę w ciemno, jak „koń dorożkarski”, do mojej piekarni. Wchodzę i oczom nie wierzę, zniknęły lady, zniknął piekarz, ulotnił się gdzieś niepowtarzalny zapach. Za nowoczesnym pulpitem, młode dziewczę, w kusej spódnicy sprzedaje chleb, jakiś taki inny, półki wypełnione różnymi delikatesami, przeważnie wyprodukowanymi nad Renem. Zaczynam grzecznie - „Wie pani, tu była kiedyś taka piekarnia ….”. Z przyklejonym na twarzy uśmiechem, dziewczę młode rzecze do mnie - „Proszę pana, pan się myli, tutaj nigdy nic takiego nie było, wiem dobrze, JA przecież pracuję tutaj trzy lata”.

Opuszczam piekarnię, myślę o powieści „Stracone złudzenia”, przypominam sobie lekarza z czeskiego serialu i jego słynne powiedzenie „Gdyby głupota mogła latać, to pani fruwałaby jak gołębica”. Przecież Kraków od wieków gołębiami stoi, więc gołębice w krótkich spódniczkach pasują do niego jak ulał. Idąc powoli w stronę krakowskiego Rynku podejmuję zobowiązanie, nie wracam do wspomnień, choćby nie wiadomo jak miłych, aby nie legły w gruzach jak te po „kręconkach”. To boli, bo nie wybiorę się na kremówki do Hotelu „Cracovia”, nie odwiedzę małej cukierenki na ulicy Koletek, aby wrzucić w siebie ciastko ponczowe, nie pójdę na pączki do Janasa na ulicę Felicjanek - ale zachowam wspomnienia.

Na szczęście na mojej mapie kulinarnych wspomnień jest niepozorne miejsce, które oparło się upływowi lat. W Bochni, niedaleko tamtejszej kopalni soli ( nieprawdopodobne, ale starszej niż jej sławna siostra w Wieliczce), stoi malutki drewniany domek, a w nim jak w dobrej bajce mieszka moja „przyszywana ciocia” Wisia. Wisia to koleżanka mojej mamy z licealnej ławy, bezsprzecznie (moim skromnym zdaniem) jedna z najlepiej gotujących kobiet świata. W czasach, gdy poziom smaku przeciętnego człowieka wyznaczają giganty w stylu McDonaldsa, przepisy, smak i przywiązanie do tradycji jej podobnych kobiet, należy ocalić od zapomnienia. Każda potrawa, którą jadłem u niej na przestrzeni minionych 35 lat, była swego rodzaju przeżyciem, natomiast sztandarowym daniem o nie zmienionym od lat smaku, jest królowa zup - rosół.

Wyobraźcie sobie zupę, gotowaną na leciwej węglowej kuchni, z dobrej klasy „wołowego z kością”, woda do niej pochodzi z pobliskiej studni. Gotuje się z dodatkiem marchewki, paru brukselek i innych przypraw, które na zawsze pozostaną tajemnicą cioci. Pod koniec następuje rytuał barwienia rosołu przypaloną „na blasze” cebulą, a wjeżdża on na stół podany w głębokich śnieżnobiałych talerzach z dodatkiem grochu „jaśka” i domowego, cieniutko pokrojonego makaronu. Zawsze mam ochotę poprosić o drugi talerz, ale wiem, że to co nastąpi dalej, czyli drugie danie ma także niepowtarzalny smak.

Jedno jest pewne, dopóki „sucha kostucha, ta miss wykidajło, nie wyłączy mi prądu w środku dnia”, jak pięknie napisała Agnieszka Osiecka, a zaśpiewała Maryla Rodowicz – w czasie każdej wizyty w Polsce zaglądnę do bajkowego domku, aby przeżyć i przeżuć ten rosół jeszcze raz. Wisia gotuje doskonale, ale w bardzo dyskretny sposób strzeże swoich przepisów. Mnie za długie lata, udało się wyciągnąć z niej parę, jednym z nich się z Państwem podzielę.

Andrut a'la Wisia (przepis cukiernika z Tarnowa)

Składniki: wafle tortowe, masło niesolone (200g), dwa jajka, niecała szklanka cukru ciemnego, trzy łyżki kakao, 50 ml spirytusu, powidła śliwkowe.

Dwa całe jajka razem z cukrem podgrzać, cały czas mieszając do momentu całkowitego rozpuszczenia się cukru (chwila nieuwagi i mamy słodką jajecznicę, więc uwaga). Ostudzić. Włożyć masło i ucierać do momentu, aż masa ładnie „stanie”. Dodać kakao, spirytus i dalej ucierać. Masę podzielić na cztery części, każdą z części rozsmarowujemy na waflu i przykładamy następnym. Dla polepszenia smaku (dodatek mój) jeden wafel zamiast masą smarujemy dobrym polskim powidłem. Gotowego andruta przyciskamy na noc dostarczonymi przez Telstrę książkami „Yellow Pages”.

Następnego dnia, gdy masa delikatnie namoczy wafle, kroimy w kawałki i podajemy na stół. Zawsze gasimy światło, gdy na talerzu pozostaje ostatni kawałek.

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011