Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Zachwycające Złote Wybrzeże

marzec 2008

Australijską wiosną czy też polską jesienią (co na jedno wychodzi), czyli w październiku 2007 roku po raz kolejny odwiedziliśmy Gold Coast, czyli australijskie Złote Wybrzeże.


To miejsce dla naszej rodzinki szczególne. Bardzo lubimy tam jeździć, by korzystać z tych chwil urlopowych, gdy nigdzie się człowiekowi nie spieszy i wszystko – mimo, że kosztuje trzy razy drożej, to jakby kosztowało trzy razy taniej – biorąc pod uwagę ochotę do wydania paru dolarków. To już nasz kolejny wyjazd w tamte strony, pierwszy raz byliśmy w 1995 roku tylko z Rafałem, natomiast ostatnie cztery pobyty to już wyjazd jakby na brydża, czyli we czwórkę...

Od kilku lat mieszkamy w malutkim ośrodku wypoczynkowym Trickett Gardens, który może nie jest oazą całkowitego szpanu i luksusu, ale jest kapitalnym rodzinnym pensjonatem posiadającym wystrój trzygwiazdkowy ale położenie co najmniej pięciogwiazdkowe. W kierunku wschodnim – 150 metrów do pięknej plaży Surfers Paradise; w kierunku północnym – 150 metrów do Cavill Mall czyli tamtejszego odpowiednika adelajdzkiego Rundle Mall – miejsca tętniącego życiem niemalże jak linia AB w Krakowie czy też ulica Piotrowska w Łodzi. Tam, w tym akurat miejscu, znajdujemy coś co zostało na największej wyspie świata zagubione ale czasem za tym tęsknimy – ten wielkomiejski ruch i rwetes, który być może jest męczący 365 dni w roku, ale obserwowany przez dwa tygodnie raz na dwa lata dziwnie koi nasze nerwy – nerwy europejczyków pełną gębą. Zapominamy tam o cotygodniowych zakupach, żywność kupuje się codziennie bo do najbliższego sklepu odległość bardzo skromna. Dla przykładu podaję, że gdy przygotowując jajecznicę wlałem na patelnię masę jajeczną i zauważyłem, że nie mamy soli, poprosiłem Rafała aby poszedł do sklepu i kupił. Wrócił zanim się jajka ścięły. Znaczy blisko było...

Wielkie atrakcje

Nasze częste wyjazdy na Złote Wybrzeże są spowodowane także tym, że lubimy to miejsce i lubimy odwiedzać tamtejsze parki rozrywki.

„Wet and Wild” proponuje niesamowity zestaw basenów, zjeżdżalni czy innych atrakcji z wodą w tle.

„Sea World” oferuje bardzo bliski kontakt z fauną i florą otaczających Australię oceanów.

Oddzielnym przeżyciem jest wizyta u białych polarnych niedźwiedzi, które czują się doskonale w specjalnie dla nich przygotowanym miejscu.

Lubimy „MovieWorld” reklamujący się jak Hollywood, na Gold Coast. Tam zmienia się najmniej. Podziwiamy aktorów i kaskaderów występujących od ponad 15 lat dwa razy dziennie przez 365 dni w roku w widowisku „Police Academy” – niemniej zawsze idziemy zobaczyć to widowisko bardziej z przyzwyczajenia niż z zainteresowania.

Od lat naszym ulubionym parkiem jest „Dreamworld” gdzie zawsze spędzamy dwa dni. Dzieci nam rosną (szczególnie dotyczy to naszej małej) i w tym roku mieliśmy okazję pochodzić i posiedzieć spokojnie z żoną w pięknych miejscach, gdy w tym czasie nasze dzieci objeżdżały wszystkie możliwe jazdy na terenie parku.

Tegoroczny wyjazd był także bogatszy w pierwszą od dwunastu lat wycieczkę w otaczające Złote Wybrzeże góry Tamborin Mountains, gdzie podziwialiśmy wspaniałe lasy tropikalne, karmiliśmy wielobarwne papugi, które przylatują do jedzenia z większą ochotą niż gołębie na krakowskim rynku, piliśmy „Żywca” w polskim ośrodku, jedliśmy doskonałą w smaku golonkę w German House, pomimo 30 stopniowych upałów spokojnie wchodziliśmy do „Baru minus 5” gdzie spędziliśmy 30 minut w temperaturze jaką jeszcze wciąż pamiętamy znad Wisły, ale z tą temperaturą nie mieliśmy kontaktu od ponad piętnastu lat.

Wśród tych wszystkich atrakcji jedna wybiła się tym razem na miejsce bezapelacyjnie pierwsze. To

„Australian Outback Spectacular”

Już będąc na wakacjach w 2005 roku widzieliśmy, że opodal Dreamworld wyrósł nagle wielki obity po australijsku falistą, ocynkowaną blachą wiejski budynek. Przechodząc koło miejsc sprzedających bilety na różne atrakcje w oko wpadały barwne foldery zapraszające tam na imprezę. W tym roku otrzymaliśmy więcej informacji od właścicielki naszego ośrodka Wendy. Wendy, która już je zaliczyła powiedziała tylko: – „Wspaniałe” . Nie pytaliśmy o szczegóły, po prostu kupiliśmy bilety. Wieczorkiem podjechał po nas autobus i zawiózł nas o zmierzchu (ciemno się tam robi ze względu na brak zmiany czasu letniego na zimowy) około godziny 18.30. Po 30 minutach jazdy okraszonej podbieraniem innych wczasowiczów z innych ośrodków dotarliśmy do celu. Budynek, który z daleka wyglądał na szopę niemalże identyczną z tą, którą stawiał Harrison Ford w filmie „Świadek” pomagając gościnnym Mormonom budować gospodarstwo nowoprzyjezdnym, okazał się olbrzymim budynkiem w stylu australijskiej country. Wszystko wykonane precyzyjnie z drzewa, jakości prac nie powstydziliby się gazdowie „spod samiuśkich Tater”

W środku przy wejściu każdy z posiadaczy biletu otrzymał słomkowy kapelusz kowbojski. Połowa z żółtym otokiem, połowa z czerwonym. Otoki symbolizowały stacje wypasu bydła pomiędzy którymi miały toczyć się na arenie różnego typu zawody. Oczekując na wejście słuchaliśmy dobrej klasy muzyki country, popijaliśmy zimne piwo oraz kupowaliśmy różnego rodzaju pamiątki, których gdzie jak gdzie ale na Złotym Wybrzeżu nie brakuje.

Punktualnie o godzinie 19.30 otworzyły się olbrzymie drewniane odrzwia po obu stronach i wpuszczono nas do środka. Zajęliśmy miejsca po lewej stronie, bo przypadły nam w udziale żółte otoki na kapeluszach. Po wejściu na chwilkę zaparło mi dech, obudziły się instynkty uśpione przez lata, ale dziwnie czułe na budowle różnego typu. Przypomniałem sobie zajęcia z mechaniki budowli i innych przedmiotów konstrukcyjnych wkładane nam do głowy przez wykładowców Politechniki Krakowskiej.

Przed moimi oczami było Koloseum przykryte dachem w skali 1:10 w wydaniu australijskim. Olbrzymi owal otoczony z trzech stron widowni, a z jednej zamknięty przepierzeniem dzielącym arenę wysypaną piaskiem i trocinami od zaplecza gdzie miały miejsce dekoracje, zwierzęta i wykonawcy. Miejsca do siedzenia były sztuką samą w sobie.

Jedną z atrakcji miał być podany w czasie występu trzydaniowy wiejski obiad. Stąd każdy z nas musiał mieć wygodne miejsce do siedzenia, jedzenia i jeszcze dodatkowy pas po którym poruszali się kelnerzy. Zajęliśmy miejsca, a ponieważ siedzieliśmy w ostatnim ósmym rzędzie od areny, mogłem teraz zobaczyć jakie to wszystko jest ogromne... 1600 ludzi wygodnie siedzi, ogląda i jednocześnie konsumuje posiłek. Na stole wszystko jakby z książki było – metalowe kubeczki na herbatę (oczywiście Bushells), drewniane patyczki do mieszania, szklanki na napoje i kieliszki do wina z siermiężnego ciężko tłukącego się szkła – model a’la nasza musztardówka. Przed nami podkładki z programem i informacjami o widowisku, wszystko pasujące do siebie jak ulał. Przed każdym z nas stała już przykryta plastikowa przezroczysta pokrywką sałatka.

Gdy wszyscy zajęli miejsca, pomiędzy rzędami widzów przeszli kelnerzy nalewając piwo, wino lub napoje i jednocześnie zdejmując pokrywki z sałatek... – Panowie do wioseł! – tak kiedyś krzyknął mój dobry znajomy na widok sałatki śledziowej leżącej na czarnym chlebie i drażniącej jego nozdrza niezbyt delikatnie... W czasie gdy walczyliśmy z liśćmi sałaty oprószonymi „outbackowymi” przyprawami i okraszonymi oliwą z pierwszego tłoczenia, przed naszymi oczami rozgrywały się sceny jakby żywcem wyjęte z filmu „Man from the Snowy River”. Jeźdźcy na koniach w płaszczach z australijskimi flagami w dłoniach dali pokaz w skali mikro otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Sydney. Potem zobaczyliśmy codzienne życie stacji bydła, atrakcje jakie mają albo raczej stwarzają sobie pracujący tam ludzie – zawody, pokazy zręczności, woltyżerki na koniach naprawdę godne częstych oklasków, którymi nagradzaliśmy jeźdźców.

Ja z powodów czysto organizacyjnych czekałem na wydanie obiadu. Zastanawiałem się jak oni to zrobią... 1600 ludzi w jednym miejscu! Trzeba w miarę szybko wydać im posiłek, który na naszym stole powinien być gorący. W menu wyczytałem, że będzie (oczywiście!) stek z pieczonymi warzywami, ziemniaczkami tłuczonymi, wszystko polane sosem, a z boku klasyczny damper czyli chlebuś wiejski podawany po to, by umiejętnie „wylizać” nim sos z talerza.

Z areny zjechały konie, krowy i owce. Ich miejsce zajął następny przedmiot kultu wśród australijskich farmerów czyli samochód typu Ute. Na nim stał człowiek, który smażył coś na typowym grillu i jednocześnie śpiewał wpadającą w ucho skoczną piosenkę z tamtych stron. Przed samochodem siedzieli na ziemi młodzi ludzie, zmęczeni całym dniem pracy na farmie, dziewczyny droczyły się z chłopakami, wszyscy razem dużo rozmawiali i śmiali się z opowiadanych dowcipów. Nagle muzyko-kucharz położył w kąt samochodu gitarę wziął w dłonie olbrzymi metalowy trójkąt i uderzył w niego krzycząc: – „Obiad gotowy!”. W tym momencie otworzyło się jednocześnie chyba z 12 wielkich drzwi i gęsiego zaczęli wychodzić z nich kelnerzy trzymający w dłoniach nosiłki z ośmioma talerzami na każdej z nich. Wchodzili pomiędzy gości i powoli ale regularnie podawali obiad na stoły. W ciągu 15 minut 1600 głów z których zdjęto kapelusze schylało się nad talerzami. A ja? No cóż... Pochyliłem głowę nad pomysłowością i zmysłem organizacyjnym kogoś, kto złożył to w całość. Miałem cały czas w pamięci obiad z okazji 50-lecia Stowarzyszenia Polskich Kombatantów wydany w Centralnym Domu Polskim kiedy na sali było 500 osób. Przystawkę wydano o godzinie 18.00 a ostatnie osoby (którym się chciało czekać) dostały deser około 21.30.

Po obiedzie z małpią zręcznością kelnerzy zebrali talerze i pozbyli się resztek jedzenia. Na deser była Pavlova, ulubiony deser australijczyków.

Aby tradycji stało się zadość podaję przepis:

Oddzielamy 4 albo 5 białek, które ubijamy na sztywną pianę z dodatkiem cukru oraz odrobiny soli i octu. Całość wykładamy na dobrze posmarowanym masłem arkuszu papieru do pieczenia. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 160 stopni na 10-15 minut. Musimy patrzeć aby na wierzchu zrobiła się lekko żółta „skórka”. Wyjmujemy z piekarnika i studzimy. W międzyczasie myjemy truskawki, które dzielimy na trzy grupy:

  • 6-8 najpiękniejszych truskawek, z których nie obrywamy zielonych ogonków, bo bez nich będą wyglądać mało podniecająco (jak kobieta całkowicie naga). Myjemy je i osuszamy;
  • garść truskawek gorszego sortu – kroimy w plasterki;
  • dużą garść najgorszych, które miksujemy z cukrem pudrem (łyżka lub dwie) i dodajemy trochę słodkiej śmietany. Odstawiamy tę miksturę do lodówki.

Ubijamy śmietanę z cukrem (niezbyt dużo cukru). Smarujemy ostudzony białkowy placek powidłem albo konfiturą z mirabelek, śliwek... co tam mamy pod ręką. W innych porach roku można przyrządzać to „niebo w gębie” z dodatkiem innych owoców – wiśni z kompotu, brzoskwiń z puszki, malin mrożonych... Ale tak naprawdę najlepszy smak nadaje Królowa Czerwca.

Rozsmarowujemy na placku 80 procent ubitej śmietany. Teraz położymy warstwę pokrojonych truskawek (z 80 procent porcji). Na truskawki musimy wylać zmiksowane passionfruit (można kupić w supermarkecie). W środku są takie czarne pesteczki świetne jak się przegryzie.

Całość musimy zwinąć w roladę. W tym momencie rozumiecie dlaczego papier trzeba dobrze nasmarować, ale jak się gdzieś przyklei to trudno, gorsze tragedie ludzie przeżyli. Zwiniętą roladę delikatnie smarujemy resztą śmietany aby „zamakijażować ubytki” oraz kładziemy na wierzchu resztę pokrojonych truskawek. Wkładamy do lodówki na parę godzin aby się przegryzło. Jeżeli położymy gdzieś daleko od czosnku, kapusty kiszonej i kiełbasy swojskiej sto razy wędzonej będzie cudownie. Po wyjęciu z lodówki odkrajamy ostrym nożem piętki na obu końcach. Dajemy mężowi lub żonie aby spróbowali. Nie otrują się, a tak naprawdę poczują, jak bardzo ich kochamy używając ich jako królika doświadczalnego.

Teraz kroimy roladę w plastry grubości około 2-2.5 cm. Na białym talerzu (koniecznie śnieżnobiały) nakładamy na środek dużą łyżkę zmiksowanej masy (truskawki „ostatniej kolejności odśnieżania” plus cukier plus śmietana). Rozprowadzamy masę na kształt koła o średnicy powiedzmy 10 cm. Na środek kładziemy na płasko plaster „Pavlovej”. Na wierzch – jedna z tych truskawek „prima sort”. Wszystko razem delikatnie oprószamy cukrem pudrem.

„Pavlova” to nazwa rolady na cześć rosyjskiej primabaleriny, która zjechała na występy do Sydney lata temu i jakiś cukiernik ponoć wymyślił ten przepis na jej cześć. Pewnie tyle w tym prawdy co w legendzie o smoku wawelskim, ale brzmi dobrze. Ten rarytas podajemy rodzinie, gościom... komu tam chcemy. Zanim podamy prosimy aby poprawili sobie sznurowadła. To tylko po to, aby im buty daleko nie spadły, co może zdarzyć się dwukrotnie. Po raz pierwszy gdy zobaczą, po raz drugi gdy spróbują.

* * *

W imieniu wszystkich, którzy tak pięknie pracują aby uprzyjemnić turystom czas na Złotym Wybrzeżu serdecznie tam zapraszam. Bali czeka, Nowa Zelandia czeka... Czeka też nasza australijska perła turystyki – jedźcie, zobaczcie, nie pożałujecie.


Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011