Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Zdrowie Wasze, w gardła nasze…

listopad 2007

Tym słynnym toastem Lecha Wałęsy, (wygłoszonym, jeżeli dobrze pamiętam, zaraz po wygraniu wyborów prezydenckich w 1990 roku), który spowodował radość zebranych i panikę wśród tłumaczy oficjalnych gości, rozpocząłem wspomnienia mojego życiowego „alkoholizowania się”


Przyjaciele - Przemek Osuchowski i Jacek Ścieżka

Czas wybrany nad wyraz dobrze, bo z jednej strony listopad sprzyja wznoszeniu kielichów (imieniny między innymi Januszów i Andrzejów), aby szybko zdążyć przed adwentem, z drugiej strony po raz pierwszy w historii, w naszej Ojczyźnie obniżono i to znacznie ceny alkoholu. Jest to wydarzenie epokowe. Od kiedy pamiętam, ceny alkoholu poruszały się tylko w jednym kierunku – w górę. Lata 90-te doprowadziły do wyśrubowania tych cen ponad normy światowe. Niestety, w ślad za podwyżkami cen i zwiększeniem się ilości przepięknych opakowań, nie szła poprawa jakości produkowanych alkoholi.

Oczywiście Polska XXI wieku, stoi niesamowitą rozmaitością piw, (warzonych według prastarych receptur) oraz rodzajów wódek, ale ma się wrażenie, że ciecz w wielu przypadkach jest ta sama, zmienia się tylko szkło. Nie ma jednak co narzekać, bo zaczynam przypominać ojca mojego kolegi, który w lata dziewięćdziesiąte wszedł w posiadaniu rozlatującego się małego fiata oraz fatalnego mieszkania spółdzielczego, teraz po 12 latach jeździ dobrym niemieckim samochodem, ma trzy mieszkania, z których dwa wynajmuje. Nie powstrzymała go jednak ta zmiana od tego, że w czasie wyborów wrześniowych anno domini 2001 głosował na lewicę, bo „kiedyś w Polsce było lepiej”. Było lepiej z prostej przyczyny, czy ja, czy on, czy też inni, byliśmy po prostu o dwanaście lat młodsi, a czasem literatka ciepłej „Bałtyckiej” wypijana szybko w bramie, smakowała lepiej niż teraz czarny „Jasiu Wędrowniczek” z kostkami lodu, szemrzącymi na dnie kryształowej szklaneczki. Dodatkowo, jako chłopy, jesteśmy w tej nieszczęśliwej sytuacji, że z alkoholem w przypadku mężczyzn jak z kobietami. Jak człowiek młody, pije się dużo i szybko, z upływem czasu stajemy się koneserami, zwracamy uwagę na rocznik, warunki dojrzewania i kształt opakowania tego co pijemy (też).

Alkohole? Są tylko „dobre” i „bardzo dobre”

Moją przygodę z alkoholem rozpocząłem w towarzystwie uznanego tuza w branży – kolegi z liceum Przemka Osuchowskiego. To właśnie z nim zapoznaliśmy się w 1978 roku w małej bułgarskiej miejscowości Pomorie, popijając jedno z lepszych białych win (tak mówią wspomnienia) „Monastirskaja Izba”. Zawsze w czasie pobytu w Polsce rezerwuję sobie co najmniej jeden wieczór na spotkanie, przy którym zawsze „parę książek przeczytamy”. Mam zawsze wrażenie, że obcuję z fachowcem od pokoleń. Zza każdego wypitego kieliszka wódeczki (ulubiony gatunek literacki mojego przyjaciela) czuję, że patrzy na nas historia. Nie kto inny jak Przemka dziadek mawiał, że alkohole dzielą się na „dobre” i „bardzo dobre”. „Dobre” to spirytus i pieprzówka, reszta należy do kategorii „bardzo dobre”. Niestety, czas gdy zdobywaliśmy z Przemkiem ostrogi w temacie napitków, przypadł na siermiężne w tym temacie czasy w kraju. Nie, nigdy tam alkoholu nie brakowało (chociaż były czasy, gdy wprowadzono system reglamentacji), ale na drodze pomiędzy oranżadą a wódką, nie było na rynku prawie nic co miało pośrednie procenty. Wino produkowano tylko w okolicach Tarnobrzega (tereny bogate w minerały podnoszące walory smakowe i rocznikowe win „Made in Poland”), od zawsze funkcjonowały słynne browary „Okocim”, „Żywiec” (że wspomnę o Polsce południowej), ale nabycie ich wyrobów graniczyło z „cudem nad Wisłą”. Półki sklepów (nawet spożywczych) uginały się pod ciężarem butelek z piwem „Barbakan”, „Marcowe”, itp. Napoje te, (w kolorze zbliżone do prawdziwego piwa) miały dwa minusy, po pierwsze nie powstawała na nich piana (co w przypadku piwa, czasem się przydaje), po drugie miały smak kocich szczochów (w oryginale nie próbowałem, takie skojarzenia przychodziły mi do głowy w czasie konsumpcji).

Na szczęście lata studenckie obfitowały w wyjazdy zagraniczne do krajów demokracji ludowej. Czesi i Słowacy (wtedy jeszcze się kochali) gościli nas „Złotym Bażantem” i różnymi gatunkami „Pilznera”, Bułgarzy przodowali w produkcji niezłych koniaków – „Pliska” oraz „Słoneczny Brzeg”, natomiast jak zwykle niezastąpieni Węgrzy produkowali wspaniałe w smaku i procentach (70%) palinki, czyli destylaty owocowe. Wszystko to w czasie wieczornych studenckich posiadów wlewaliśmy w siebie strumieniami, których wartkość uzależniona była od zasobności portfela.

Mój osobisty ranking alkoholi

Piwo
  • III miejsce - nasze tasmańskie „Cascade Premium”, wypite po zjedzeniu solidnego plastra karczku wieprzowego pieczonego ze śliwkami
  • II miejsce piwo „Lech”, wypite po sześciotygodniowej karencji alkoholowej w jednostce wojskowej w Inowrocławiu.
  • I miejsce – bezapelacyjnie - „Srebrny Cesarz”, wypite na polu namiotowym w Wiedniu, 1979 rok (być może jakość piwa podniósł fakt wypicia dzień wcześniej z kolegą, pół litra spirytusu pomieszanego z napojem kapitalistycznym “Fanta”, proces przegryzania się produktu finalnego – trzy wstrząśnięcia).
Wina

Nie jestem smakoszem win, przedawkowanie (w sumie niezłego bułgarskiego „Cabernetu”) we wczesnych latach młodzieńczych, do dzisiaj zapala światełko w głowie, gdy tylko w kielichach zaczyna pojawiać się krwista ciecz. Z win białych chyba najlepsze było deserowe australijskie, z motylkiem na etykietce, niestety zniknęło z półek.

Wódki
  • IV miejsce - „Żołądkowa Gorzka”
  • III miejsce „Łącka Śliwowica”, od lat produkowana i spożywana w Łącku, jak głosi ustny przekaz wódka, która przesunęła miejsce powstania zapory z Łazowska do Czorsztyna i uratowała całą miejscowość przed zalaniem. Zmiany w planie zagospodarowania poczynił najdłużej urzędujący polski premier Józef Cyrankiewicz, kierowany przeogromną miłością do trunku produkowanego przez łąckich górali.
  • II miejsce - węgierska palinka (jabłkowa, gruszkowa czy też brzoskwiniowa), z którą wiąże się wesołe zdarzenie, nieopisane w tym miejscu na prośbę mojej żony.
  • I miejsce – domowa przepalanka. Nauki wytwarzania pobierałem u teścia, po latach prób i degustacji doszedłem do dużej wprawy. Butelka przepalanki „weselnej”, wyprodukowana w czerwcu 1984 stoi do dzisiaj u nas w domu. Po weselu zostawiliśmy sobie dwie butelki, pierwszą wypiliśmy na chrzcinach naszego syna Rafała, drugą mieliśmy wypić na chrzcinach naszej córki Natalii, ale zapomnieliśmy. Teraz nie pozostaje nam nic innego jak tylko bardzo uważać.
Przepalanka Teścia

Pół litra polskiego spirytusu (96%), laska wanilii, parę suszonych śliwek, 6 goździków, parę kawałeczków cynamonu, garść rodzynek, 4-5 łyżek cukru – najlepszy ciemny trzcinowy, 0.75l wody. Wodę wlewamy do garnka dodajemy śliwki, wanilię, goździki, cynamon, rodzynki. Gotujemy wszystko razem. Gdy się zagotuje, na patelnie wsypujemy cukier i na małym ogniu karmelizujemy go, cały czas mieszając. Gdy stanie się ciemny, zdejmujemy z ognia. Powoli dodajemy parę łyżek ugotowanego wywaru (uwaga, może pryskać), cały czas mieszamy, gdy przepalony cukier rozpuści się dokładnie mieszamy go z resztą wywaru. Pozostawiamy na noc do ostygnięcia. Przelewamy przez drobne sitko. Mieszamy ze spirytusem. Powinno być 1.25l, jeżeli jest mniej, dopełniamy przegotowaną wodą. Rozlewamy do butelek. Proces przegryzania powinien trwać minimum 6 tygodni, ale bez paniki, butelki zębów nie mają, można spróbować wcześniej. Zdrowie Wasze w gardła nasze!

Jacek Ścieżka


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011