Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Tamarka

listopad 2006

Ewa Bartkowiak: – To był rok 1940. Nigdy go nie zapomnę


Ewa Bartkowiak

Wojna. Rosjanie weszli do mojego rodzinnego Lwowa.

Dla majora Wani Kalcowa, „wynajęto” pokój w naszym domu przy ul. Wuleckiej. Wprowadził się do niego wraz z żoną i córeczką Tamarą. Nie przeszkadzało im, że pokój był przejściowy, że były tam nasze rzeczy, które matka po kryjomu wynosiła pod nieobecność nieproszonych gości.

Tamarka, jeśli dobrze pamiętam, miała ze dwa latka. Śliczna czarnulka. Włosy krótko przystrzyżone, równo przycięta grzywka i czarne jak węgle oczy.

Któregoś dnia pani majorowa zniknęła! Po prostu opuściła męża i dziecko i ruszyła w siną dal za jakimś „liotczykiem". Zdradzony mąż i zrozpaczony ojciec zwrócił się więc do mojej matki z prośbą o opiekę nad córką. Nie miał wyjścia, pracował przecież. A mała i tak mieszkała z nami. Teraz moja mama karmiła ją, myła, czesała... Zajmowała się nią jak własnym dzieckiem. Było to konieczne, bo dziewczynka była przez własną matkę bardzo zaniedbana. Była zima, a ona nie miała nawet ciepłego ubrania, tylko letnie sukieneczki. A do tego jeszcze była zawszona. Później pan major był chyba o córkę zazdrosny, bo ona potraktowała nas jak swoją rodzinę, a do mojej mamy też zaczęła mówić „mamo".

We Lwowie nastały trudne dni, a właściwie noce. Wywózki! A to była najgorsza zima jaką pamiętam. Siarczyste mrozy...

Którejś nocy ojciec, który spodziewał się takiej wywózki, a uciekać nie mieliśmy dokąd, kazał nam się ubrać ciepło, przygotować zawiniątka na drogę i czekać. To było straszne czekanie na to, że zawalą buciorami do naszych drzwi. Całą noc nie spaliśmy. Siedzieliśmy jak trusie, gotowi do drogi.

Przyszedł ranek, nikt po nas nie przyszedł i do drzwi nie zawalił.

No, tym razem udało się! Idziemy spać! Nagle usłyszeliśmy pukanie, więc zerwaliśmy się na równe nogi. Drzwi otworzyła moja mama. Na progu stał ordynans „naszego" majora Kalcowa. – Gaspadyni doma! Ucieszył się niezmiernie, był wręcz uszczęśliwiony, że moją matkę i nas wszystkich widzi. Zawrócił na pięcie, szybko zbiegł schodami w dół i tyle go widzieliśmy.

– Co się stało? O co chodzi? – byliśmy zaskoczeni. Najszybciej zorientował się ojciec i powiedział do mamy: – widzisz Wisiu? Kalcowa całą noc nie było, widocznie robił te wywózki i wyganiał ludzi z domów. My najpewniej też byliśmy na tej liście i on o tym wiedział. Przysłał więc ordynansa, by sprawdzić, czy jesteśmy w domu. Być może w jakiś sposób nie dopuścił do tego, żeby i nas zabrali. A ordynans sprawdzał, czy mu się to udało...

Tak więc major Kalcow najprawdopodobniej uratował naszą rodzinę przed wywózką do Kazachstanu. Mówię „najprawdopodobniej", bo do dziś nie wiem, czy major zwyczajnie nas polubił, czy też tylko martwił tym, kto zajmie się Tamarką. Przypuszczam jednak, że Tamarka nas uratowała.

W kilka miesięcy później, pod koniec wiosny, major zabrał ją od nas do swojej matki, która mieszkała w Moskwie i zajęła się wnuczką.

Tak więc nie „zasmakowaliśmy” zsyłki, ja jednak swoje młode lata zmarnowałam na robotach w Niemczech.


Lidia Mikołajewska

(Z cyklu: „Szanujmy wspomnienia”)


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011