Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Potrzebuję pomocy!

Panorama, styczeń 2005

Chciałabym aby teraz przyszli, posiedzieli, popatrzyli i powiedzieli „o, jak tu fajnie!”.


Barbara Satrazemis

Pani Barbara Satrazemis, prezes Centralnego Domu Polskiego w Adelaide, wcale nie ukrywa, że potrzebuje pomocy dla najładniejszego, jej zdaniem, ośrodka w Australii. Żadna bowiem nacja nie ma takiego domu jak my, Polacy w Adelaide. W samym centrum! Solidnie wybudowanego, przestronnego, w którym starsze pokolenie Polonusów pozostawiło swój czas, ciężką pracę i niewątpliwe chwile radości. Pani prezes zapewnia, że z tego Domu możemy być naprawdę dumni.

Wszyscy mówią, że zaczęła pani swoje urzędowanie od sprzątania.

— Bo ono było najważniejsze. Prowadzę firmę zajmującą się sprzątaniem, normalne więc, że to robię (śmieje się). Ale poważnie mówiąc... Żeby czegokolwiek dokonać, trzeba zacząć od początku: od struktury zarządu, rozłożenia obowiazków na poszczególnych jego członków, od zastanowienia się, co jest najwazniejsze. A ja dobrze wiem, jak bardzo ważne jest pierwsze wrażenie. Jeśli poczujemy zapaszki z toalet, to nie wyobrażam sobie, żeby ktoś zechciał wynająć salę na wesele, chrzciny albo jakąkolwiek inną imprezę. Pracuję między innymi w klubie golfowym: Uuuu! Brzydki budynek. Stare krany, stare ubikacje, paskudna podłoga... Ale tego nikt nie widzi! Tylko kwiaty, świeże ręczniki i te cudowne zapachy róż i świeżości.

Nasz Dom jest piękny. Pomyślałam więc, żeby zacząć od tego, co go szpeci. Od toalet. Przyniosłam farbę z domu i co mogłam to odświeżyłam. Panowie to zauważyli i wstyd im się chyba zrobiło. Zadzwonili, że też są gotowi do pracy.

Myślę, że pachnące toalety, choć są naprawdę ważne, nie wystarczą, żeby zarabiać na tym Domu.

— Oczywiście, że nie! Dlatego winda śni mi się po nocach. O windę pytają ci, którzy chcą wynajmować sale. Takie są zresztą wymogi. Z tego urządzenia korzystają nie tylko osoby niepełnosprawne, ale także ci wszyscy, którzy wnoszą na górę jakikolwiek sprzęt. Wnoszą go teraz po schodach wyłożonych wykładziną i niszczą ją. Na zainstalowanie windy jest odpowiednie miejsce na zewnątrz budynku i wstępny plan. Może przy tej okazji powiem, że jeśli ktoś z Polaków jest architektem i zechciałby zrobić odpowiedni projekt, byłoby wspaniale. Według wyceny, moim zdaniem zawyżonej, jej koszt wyniesie około 80 tysięcy dolarów. Jakby nie liczyć, duże pieniądze są potrzebne. Dwie osoby już złożyły mi po 500 dolarów na budowę windy. Marzę, by każdy dał tyle, na ile go stać.

A może ustawić w naszym Domu wielką przeźroczystą skarbonkę?

— Też myślałam o tym. Będę wdzięczna za wszystkie sugestie i pomysły. Własnymi tylko rękami i myślą nie zrobię niczego. Bardzo potrzebuję pomocy! Zachęcam też do kupowania akcji Centralnego Domu Polskiego. Przecież ja jestem przedstawicielką akcjonariuszy! Jeżeli mnie wydelegowaliście na prezesa Centralnego Domu Polskiego, to zrobię wszystko, by dom zarabiał pieniądze. Dlatego proszę o poparcie, o kupowanie akcji, o darowizny na zakup windy. Jeśli jej nie zbudujemy, to za jakiś czas będziemy bardzo tego żałować. Tak myślę.

I co jeszcze jest w Domu ważne? Czy tylko toalety i winda?

— Wymiana podłóg. W głównym hallu na dole najlepsze byłyby odpowiednie płytki ceramiczne, rozjaśniające wnętrze i łatwe do sprzątania. Na schodach i na piętrze pozostawiłabym wykładzinę dywanową, bo jest „wejście”. Potrzebne są też silniejsze żarówki w żyrandolach, żeby w Domu było jaśniej.

Do tej pory CDP słynął z tego, że pracowali w nim ludzie, którzy za swoją pracę w biurze, kuchni, za sprzątanie... nie brali pieniędzy. Często słychać było opinie, że poprzedni prezes, pan Jerzy Syrek, długo na wolontariuszach nie pociągnie. Co pani o tym myśli?

— Wolontariusze są wciąż potrzebni. Miałam kilka telefonów, które mnie naprawdę uszczęśliwiły i podtrzymały na duchu. Pierwsza moja wędrówka przez ten bałagan była ciężka. Nie wiedziałam w co ręce włożyć i od czego zacząć... I nagle słyszę: — „nie byliśmy jeszcze w domu polskim. Czy możemy z mężem przyjść? W czym możemy pani pomóc?”. I to jest takie cudowne! Potrzeba było w tym domu nowego bodźca, żeby powiedzieli: „ OK! She can  do it, I can do it too”.

Uważam jednak, że ci wszyscy, którzy już się napracowali, powinni sobie teraz usiąść, odpocząć i popatrzeć. Pomyśleć też, że oto przyszedł czas na nową generację. Mówię „nową”, nie „młodą”. Bo niestety, nasze dzieci jeszcze nie przyjdą do nas dopóty, dopóki nie zrobimy tu czegoś lepszego. Myślę, że nasza generacja „ludzi, którzy mają ochotę i siłę do pracy”  powinna tym Domem się zająć. Nie chcę powiedzieć, że siedemdziesięciolatek  jest nam niepotrzebny. Wręcz przeciwnie. Jest tak wiele pracy dla takich jak on! Ale do prac fizycznych, do malowania, dźwigania, zdzierania wykładziny, układania podłogi... niech przyjdą młodsi. Potrzebni są nam ludzie, którzy dysponują przyczepami samochodowymi, bo jest w tym obiekcie bardzo dużo zbytecznych rzeczy do wywiezienia: stoły, krzesła, jakieś lodówki, zużyte dywany...

Czym ten Dom powinien być dla nas – Polaków?

— Dla każdego z nas powinien być otwarty 24 godziny na dobę. Dla każdej polskiej organizacji społecznej działać 365 dni w roku.

Przecież nie zrobi pani tego siłami wolontariuszy!

— Niestety, nie. Uważam jednak, że na Polakach nie możemy i nie powinniśmy robić biznesu. Oni ten Dom powinni mieć za darmo. Zarabiać natomiast możemy na tych wszystkich, którzy będą organizować tu swoje imprezy. Dlatego ta winda – wracam do niej z uporem – jest taka ważna.

A czy Polacy we własnym Domu nie mogliby robić własnych biznesów? Czy jest pani przygotowana na to, że ktoś przyjdzie i powie: — chcę otworzyć kawiarenkę, albo: — proszę o wynajęcie pomieszczenia na mój biznesik?

— Tak, tak! Ale z tego Domu – jak myślę – najwięcej będą korzystać Australijczycy i ważne jest, żeby do nas przyszli. To oni przede wszystkim przyniosą niezbędne na generalny remont piemiądze. Konieczna jest naprawa dachu, elektryczności, odnowienie kuchni i nowe maszyny do niej. Istniejące urządzenia mają po 30 lat! Nawet na faksie nie zrobimy porządnych kopii.

Czy czeka pani na konkretne oferty, czy też może występuje na zewnątrz z informacją, że oto mamy taki obiekt i czekamy na gości...

— To nasze plany na ten rok. Stanąć silnie na własnych nogach i wyjść z ofertą. Mam nadzieję, że w piątki i soboty będą się tu odbywały imprezy, na których Dom będzie zarabiał. Ale coniedzielne polskie obiady dla całej rodziny pozostaną w naszej tradycji. Chciałabym, aby ten dom znany był nie tylko w Australii, ale i na świecie. Bo to jest naprawdę przepiękny  ośrodek! Byłam w innych domach: w greckich, bułgarskich... Te nacje mają niewiele, ot tyle, że im wystarcza. Na większe imprezy wynajmują sale i płacą ogromne pieniądze.

Trudno mi w to uwierzyć. Przecież Grecy należą do bogatej części społeczeństwa w Australii?

— Oni dbają o rodzinę i własne biznesy. Nie są wolontariuszami. A my Polacy lubimy sobie pomagać i nawet cieszymy się z tego. Wiem co mówię, bo moim mężem jest Grek urodzony w Polsce. Mieszkałam w Grecji przez dwa lata, znam grecką mentalność, bawiłam się na greckich zabawach, znam grecki dom, jego kuchnię.... My Polacy nie dość, że mamy lepszą kuchnię od greckiej, to jesteśmy nawzajem bardziej życzliwi. Naprawdę!  Tu w Australii to jeden drugiemu często oddałby wszystko. Wiem sama po sobie, po znajomych, że jak ktoś nowy tu przyjeżdża z Polski i zaczyna się urządzać, to mu się po prostu pomaga. My tu żyjemy dłużej, mamy to co mamy, wystarczy. Milionerami już nie będziemy. Może niektórzy tak myślą, ja nie. Mam  co mam, nie głoduję, dałam dzieciom co mogłam... I co? Patrzeć w telewizor? O, nie! Ja do zarządu Centralnego Domu Polskiego weszłam dlatego, że wyprowadziłam swój biznes na taką pozycję jaką chciałam. A to znaczy, że wystarcza mi na rachunki i na to, żeby robić to, co lubię.

A co pani lubi robić?

— Pomagać ludziom. Widzieć radość w ich oczach i... wdzięczność. Są jednak tacy, którzy uważają, że pomoc im się należy i już. Kiedyś usłyszałam od księdza, bym nigdy nie oczekiwała podziękowania od tej osoby, której coś dałam. I to jest prawda. Dałam coś komuś i myślałam, że usłyszę „dziękuję”. Ale się nie doczekałam. No cóż. Jest to osoba tak wychowana, ma taki a nie inny stosunek do życia. Odsunęłam się. Jest dobrze. Idę dalej. Inni potrafią okazać wdzięczność, mają łzy radości w oczach, że coś dostali. I to jest piękne! Tego wrażenia nie można kupić.

A może Centralny Dom Polski mógłby być właśnie takim miejscem, w którym skupiłyby się chęci do wzajemnej pomocy, taka dobra energia?

— Byłoby cudownie! My – średnie pokolenie – mamy jeszcze trochę lat przed sobą! Chciałabym jednak zrobić coś dla starszej Polonii, która nasz Dom zbudowała. Znalazłam zdjęcia z tamtych lat. Widać jakie oni imprezy tu robili! I jakie to wszystko było piękne. Dlatego chciałabym aby teraz przyszli, posiedzieli, popatrzyli i powiedzieli „o, jak tu fajnie!”. Niech odejdą z myślą, że czegoś dokonali i że myśmy ich dorobku  nie zaprzepaścili.

Jakie są najbliższe plany odnowionego zarządu Centralnego Domu Polskiego?

— W styczniu karnawał i Wielka Akcja Sprzątania do której serdecznie wszystkich zapraszam. I najważniejsza akcja WINDA. Proszę, byśmy się zastanowili nad tym, czy jest możliwe, by własnym kosztem ją zbudować. Na ten cel dostaliśmy grant w wysokości 17 tysięcy dolarów i musimy wykorzystać go do lutego. Do tego czasu musimy mieć jakiś plan i kosztorys, pukać do drzwi konsula...

Jaką piosenkę pani najbardziej pani lubi?

— „Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina”. Śpiewamy ją wszędzie: w Polsce, w Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie, w Australii.... Niech to będzie nasz hymn. Hymn Centralnego Domu Polskiego w Adelaide.

Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów. Nie ukrywam, że w interesie całej adelajdzkiej Polonii.

Rozmawiała Lidia Mikołajewska


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011