Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

„Dwie ojczyzny”

kwiecień 2007

Earl Bailey - kamerzysta filmowy: - Nic nie było w stanie przygotować mnie na widok tych maluchów. Każde dzierżyło własne tobołki, wszystko, co posiadali w tym świecie. Mam oczach łzy kiedykolwiek ten widok wspominam. Tysiące ludzi witało polskie dzieci w nowej ziemi obiecanej. Dzieci schodziły po stromych schodkach na brzeg...


Na tę publikację w polskiej wersji językowej czekałam ponad dwa lata. Pełny jej tytuł brzmi: „Dwie ojczyzny - polskie dzieci w Nowej Zelandii. Tułacze wspomnienia”. Angielskojęzyczna wersja ukazała się w 2004 r. w 60-tą rocznicę przybycia 732 dzieci - polskich sierot wraz z opiekunami do Nowej Zelandii.

W przedmowie do tej niezwykle interesującej książki czytamy między innymi: „Głównym celem książki jest skupienie uwagi czytelnika na zrozumieniu życia tych dzieci i ich włączeniu się w w społeczeństwo nowzelandzkie.

Książka składa hołd wychowawcom i dobrym ludziom, których dzieci tułacze napotkały na rozpaczliwej wędrówce z kraju lat dziecinnych, z Polski, przez nieludzką ziemię syberyjską, w czasach kiedy dobroć u ludzi była rzadkim gościem.

Najważniejszy jest tu jednak opis losów dzieci w Nowej Zelandii. Poznajemy je ze swoistego rodzaju dokumentów - wspomnień samych dzieci, wspomnień wychowawców, Nowozelandczyków, pism urzędowych dotyczących organizacji życia polskich sierot w obozie Pahiatua.

Książka składa się z sześciu części W pierwszej ukazane jest tło historyczne tej niezwykłej dziecięcej emigracji do Nowej Zelandii. Są tutaj m. in. kopie listów archiwalnych ówczesnego premiera Nowej Zelandii Petera Frasera, który dowiedziawszy się o tragicznych losach małych Polaków zaprosił ich do swojego spokojnego, życzliwego kraju.

Pierwszy list z 28 grudnia 1943 r. skierowany był do hrabiego Kamierza Wodzickiego konsula Rządu Polskiego na uchodźctwie. Premier Fraser wyraził w nim chęć zaproszenia polskich dzieci wraz z opiekunami do Nowej Zelandii. W liście tym czytamy m. in.

„Rząd nowozelandzki przyjmie odpowiedzialność za utrzymanie obozu, remonty, wyżywienie i ubiór dzieci na warunkach ustalonych po porozumieniu się z rządem polskim”.

W drugim liście premiera Frasera z 17.08.1948 r. skierowanym do Szczęsnego Zaleskiego, przedstawiciela Polskiej Rzeczpospolitej na uchodźctwie, premier wyraża swoją troskę o przyszłość polskich dzieci przebywających w Nowej Zelandii:

„Proponujemy, żeby dzieci, które osiągną 18 rok życia, miały możliwość powrotu do swojej ojczyzny lub pozostania w Nowej Zelandii. Informuję, że pomożemy tym, którzy do Polski chcą wrócić, a witamy tych, którzy w naszym kraju chcą pozostać.

Peter Fraser, premier Nowej Zelandii w latach 1940-1949

Tak więc 732 polskich dzieci mogło wybierać powrót do kraju ojczystego albo pobyt w Nowej Zelandii. I dokonywały tego wyboru. Większość została w Nowej Zelandii, ale niektóre z nich wybrały Polskę.

O tych niełatwych problemach piszą bohaterowie „Dwóch ojczyzn”.

Pierwsza część książki zwiera również interesujący szkic historyczny „polskich śladów w Nowej Zelandii” sięgający drugiej podróży kapitana Cooka w 1772 roku. Znajdujemy tu pierwsze wzmianki o przybyszach z Polski.

Część druga książki to „Wspomnienia polskich dzieci po 60 latach”. Stanisław Manterys we wstępie do tego rozdziału pisze: „Wspomnienia zawarte w tym tomie tak wyraźnie przedstawiają różnorodne zdarzenia i problemy, radości i smutki, że opisy w nich umieszczone tworzą prawdziwy obraz nie tylko radości i sukcesów, ale również trudności napotkanych w obcym kraju”.

Większość z tych dzieci opisuje tragiczne losy na syberyjskim zesłaniu i szczęśliwe lata w Nowej Zelandii. Czytamy tu również relacje tych dzieci, które powróciły do Polski.

Lektura tej części książki jest bardzo interesująca. Zapoznajemy się z życiem polskich sierot w nowej ojczyźnie, widzimy ich wdrażanie do nowej rzeczywistości, języka, ludzi. A drugi obraz to los Polaków powracających do wytęsknionej ojczyzny - Polski, w zgliszczach, pokrytej gruzami, gdzie jak pisze Piotr Aulich: - "czułem się wśród swoich jak obcy". Podobne odczucia opisał także Henryk Dziura.

Dzieci polskie, które wraz z opiekunami pozostały w Nowej Zelandii, umieszczono w obozie Pahiatua. Lata spędzone w tym obozie wszyscy wspominają jako szczęśliwe, beztroskie. Polscy opiekunowie dbali o nauczanie języka polskiego, polskiej historii, tradycji...

Tak nauczeni swoje dzieci również wychowywali później w duchu polskości. Uczyli ich języka polskiego w domu i w szkołach sobotnich, a tańców w zespołach. „Nasi rodzice wpajali nam dumę z naszego pochodzenia, którą nosimy po dziś dzień".

* * *

„Dwie ojczyzny”. Skąd ten tytuł? O tym również dowiadujemy się z wypowiedzi bohaterów książki. We wspomnieniach Krystyny Tomaszyk czytamy: „W Polsce czuję się Polką chociaż wiem, że jestem inna, niż Polacy stale tam mieszkający. Wiem, że jestem nierozłączną częścią wszystkiego co jest polskością. Pomimo to, w rozmowach z Polakami o Nowej Zelandii mówię – MÓJ DOM, a o Nowozelandczykach mówię MY”.

Trzecia część książki nosi tytuł „Wspomnienia następnych pokoleń”. I znów do głosu dochodzi duma potomków z polskiego pochodzenia, przywiązanie do naszych pięknych, bogatych tradycji. Ciekawość i chęć poznania ojczyzny dziadków, rodziców. Stąd częste ich wyjazdy do Polski. Wzruszające są przykłady solidarności z Polską w czasie stanu wojennego, kiedy to organizowali zbiórki pieniędzy dla rodaków nad Wisłą.

Jest w książce część zatytułowana „Wspomnienia Nowozelandczyków”. Opowiadania tych ludzi są szczególnie interesujące i wzruszające. Earl Bailey - kamerzysta filmujący przyjazd polskich dzieci, tak wspomina powitanie małych emigrantów: „Nic nie było w stanie przygotować mnie na widok tych maluchów. Każde dzierżyło własne tobołki wszystko, co posiadali w tym świecie. Mam oczach łzy kiedykolwiek ten widok wspominam. Tysiące ludzi witało polskie dzieci w nowej ziemi obiecanej. Dzieci schodziły po stromych schodkach na brzeg, zapewne zadumane nad tym, co je tu czeka.

Nowozelandczycy swoje kontakty z polskimi dziećmi wspominają niezwykle ciepło. Elizabeth Banks pisze: „Mój ojciec John Thomson, żołnierz wojska nowozelandzkiego, był przydzielony do obozu polskich dzieci w Pahiatua. Pokochał te dzieci, co było powodem jego kariery w harcerstwie. Żył dla nich. Poświęcał im tyle czasu ile tylko mógł”.

Ciekawe są wspomnienia nauczycieli, którzy uczyli polskie dzieci języka angielskiego. Wszyscy oni wspominają lata spędzone w Pahiatua jako bardzo szczęśliwe i bogate w obopólne pionierskie doświadczenia. Przyjaźnie tam zawarte przetrwały lata. Zawarto wiele szczęśliwych mieszanych małżeństw - opisuje Valery Roy-Wojciechowska, żona honorowego konsula Rzeczypospolitej Polskiej.

Część piąta książki „Trudne decyzje, obóz, harcerstwo i bursy” - to opisy sytuacji, które uzupełniają całokształt problemów obozu dzieci w Pahiatua. Nie było łatwo. Nie wszyscy Nowozeladczycy podzielali osobistą troskę swojego premiera Petera Frasera o dobro polskich dzieci, ale to były wyjątki.

W sumie Nowa Zelandia zdała wspaniale opiekuńczy egzamin, stając się drugą ojczyzną dla polskich sierot.

Książkę uzupełniają kopie różnych dokumentów, m. in. protokoły, dane o administracji obozu, decyzje premiera, statystyczny przegląd dotyczącypolskich dzieci. W przeglądzie znajdują się dalsze informacje o losach dzieci. Wynika z nich. jak wiele wkładu mają one w rozwój ekonomiczny i kulturowy swojej nowej ojczyzny.

Należy także podkreślić walory wydawnicze książki. Bardzo staranne opracowanie graficzne, czytelny druk, dużo zdjęć z różnych okresów życia byłych mieszkańców Pahiatua.

Jako nauczycielka i Polka cieszę się z tego swoistego rodzaju podręcznika polskiej historii. Dobrze, że książka ukazała się w dwóch wersjach językowych. Pozwoli to zapoznać szersze rzesze czytelników na świecie z niełatwymi dziejami Polaków sprzed wielu lat.

Książkę „Dwie ojczyzny” przygotował zespół redakcyjny:

Stefania Zawada, Halina Manterys, Józef Zawada.

Przekład z języka angielskiego - Stanisław Zawada, Stefania Zawada i Anna Szatkowska.

Zespołowi redakcyjnemu i wszystkim współautorom książki należą się gorące podziękowania.

Osobiście dziękuję Zosi Rohozińskiej, od której otrzymałam tę wspaniałą lekturę.

A oto jedno ze wspomnień.

Budujemy łódź

Wracam pamięcią do czasów obozowych w Pahiatua, gdy wraz ze Staszkiem Dygasem i Michałem Smalem postanowiliśmy zbudować łódź. Zaczęliśmy od przeglądu odpowiednich drzew w powszechnie znanym „pierwszym lasku” niedaleko obozu. Znaleźliśmy dość duże drzewo, należące do nowozelandzkiego gatunku rimu. Miało kilka metrów wysokości i było spróchniałe w środku. Pasowało w sam raz do naszych potrzeb.

Pewnego razu po szkole, uzbrojeni w pożyczone siekiery, pomknęliśmy do tego pierwszego lasku. Pracowaliśmy z zapałem i obalenie tego na wpół spróchniałego drzewa nie zajęło nam wiele czasu. Pień obcięliśmy na pożądaną długość. Każdego dnia po szkole pracowaliśmy ciężko nad kształtowaniem i drążeniem pnia. Po kilku tygodniach zrobiliśmy duży postęp - mieliśmy około dwie trzecie wydrążone i liczyliśmy już tylko dni do zakończenia pracy. Ale nasze marzenia zostały zdruzgotane. Pewnego dnia byliśmy tak bardzo skupieni przy tej ciężkiej pracy, że nie zauważyliśmy jak policjant i farmer zaskoczyli nas znienacka, zjawiając się jak sępy na padlinie. Na ucieczkę było za późno. Policjant spisał nasze nazwiska i odebrał nam siekiery. Następnego dnia stanęliśmy przed wojskowym komendantem obozu, pociągnięci do odpowiedzialności za kłopoty, które mu sprawiliśmy i za naruszenie dobrego imienia obozu.

Przesłuchiwał nas przez długi czas. W końcu musieliśmy się stawić przed sądem dla nieletnich w Pahiatua. Przyszedł czas na nasze stawienie się przed sędzią. Srogo wyglądający człowiek siedział za ławą sędziowską i odczytał nam oskarżenia - pierwsze za bezprawny wstęp na cudze grunta, a drugie za ścięcie drzewa. Po przeczytaniu oskarżeń zapytał nas, czy mamy coś do powiedzenia. Podskoczyłem z krzesła i powiedziałem mu, że drzewo było spróchniałe. Sędzia popatrzył na mnie zimnym wzrokiem, uderzył pięścią o stół i ukarał nas grzywną 10 funtów (w owe czasy dwutygodniówka dorosłego mężczyzny). Karę pobierano z naszego kieszonkowego, tak, że przez długi czas byliśmy bez grosza. Po powrocie do obozu musieliśmy stanąć raz jeszcze przed komendantem, który dał nam dodatkową karę - czyszczenie toalet przez miesiąc.

Tak zakończyło się nasze marzenie o wiosłowaniu w siną dal własną łodzią w poszukiwaniu przygód.

Alfons Moroz


Jadwiga Korczyńska


Przeczytaj również:

„Utrwalić dla potomnych” - rozmowa z Bogdanem Czajkowskim


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011