Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012
Kopniak na szczęście(?!)
Panorama, lipiec 2002

Eugeniusz Gerard Hejka z Adelajdy opowiada o swoich snach, marzeniach i o własnym szczęściu w nieszczęściu


„3 maja 1940 roku po powrocie ze Śródmieścia ojciec podzielił się z nami wiadomością, którą otrzymał poufnie od swojego kolegi, że następnego tygodnia ma być w Toruniu zarządzona łapanka wszystkich młodych Polaków w wieku do lat 20. Dobrze wiedzieliśmy co to znaczy..., że będzie to przymusowe wcielenie do wojska niemieckiego.

Na takie rozwiązanie my młodzi nigdy nie mogliśmy zgodzić się. Po naradzie rodzinnej zdecydowaliśmy, że wraz z moimi dwoma młodszymi braćmi Lolkiem i Jerzym następnego dnia wyjedziemy do Generalnego Gubernatorstwa, aby później przedostać się do Francji do tworzącego się tam Wojska Polskiego. Od moich przełożonych z organizacji również otrzymałem polecenie opuszczenia Torunia.

W celu zmylenia szpiegów wybraliśmy się z siostrami na Dworzec Główny w Toruniu. Była piękna majowa pogoda, wszędzie naokoło pełno zieleni, a w ogrodach piękne kwiaty z uśmiechającymi się do nas czerwonymi różami. Bracia już zajęli miejsca w pociągu, a ja pocieszając płaczące siostry nie spostrzegłem, kiedy lokomotywa oznajmiła odjazd. W ostatniej chwili przeskakując płot oddzielający od peronu, dopędziłem ostatni wagon oddalającego się pociągu i ku mojemu zdziwieniu znalazłem się w przedziale więźniarskim z zakratowanymi oknami. Z osłupienia wyprowadził mnie kopniak strażnika.

Uciekłem do wagonu gdzie byli bracia, którzy śmiejąc się powiedzieli, że to musi być dobry znak i że wyjdę w przyszłości szczęśliwie z każdej opresji. (...)”


Jest to fragment wspomnień Eugeniusza Gerarda Hejki zamieszczonych w Biuletynie Informacyjnym nr 13 wydanym przez Związek Kadetów II Rzeczypospolitej Polskiej.

Panie Eugeniuszu, czy spełniła się „przepowiednia” braci i był to naprawdę kopniak na szczęście?
Eugeniusz Hejka

— Chyba tak, bo niejednokrotnie wychodziłem cało z rozmaitych opresji. Nawet wtedy, kiedy już żegnałem się z życiem...

Naprawdę tak było? Żegnał się pan z życiem? Jak? Kiedy?...

— To dawne dzieje, ale pamiętam je doskonale. Jakby to wszystko wydarzyło się wczoraj. Bo wie pani jak to jest, najlepiej tkwią w pamięci młodzieńcze lata. Śnią mi się one po nocach do dziś.

Mam nadzieję, że są to przyjemne sny...

— Niekoniecznie. Czasem budzę się w nocy przerażony, bo śnią mi się obozowe stójki, głód, stryczek na szyi, trupy przyjaciół... Ja to wszystko, co w życiu przecierpiałem, opisuję. Bo uważam, że świat powinien o tym wiedzieć. Sądzę, że my Polacy, za cicho siedzimy. Wielu jest takich jak ja, śniących koszmary... Ludzie nie chcą tego wszystkiego pamiętać. Rozumiem ich. Zapisać jednak trzeba.

Tak więc 62 lata temu dostał pan kopniaka „na szczęście”. Spełniło się?

— Dostrzegam cały szereg zdarzeń w moim życiu, które wbrew logice kończyły się dla mnie na swój sposób szczęśliwie... Opowiem niektóre:

— Pociągiem o którym pisałem w Biuletynie dotarliśmy do Tomaszowa Mazowieckiego, skąd w pochmurną noc przewodnik przeprowadził nas przez granicę Gubarnatorstwa. Kolejny krakowski przewodnik prowadził nas na słowacką stronę... Padało mocno. Nagle usłyszeliśmy: — stój, ręce do góry! Mimo gęstej strzelaniny część kolegów, z którymi przedostawałem się z braćmi do Francji, czmychnęła. Mogłem uciec i ja, ale spostrzegłem, że Lolkowi i Jurkowi przystawiono lufy do głów. Co mogłem zrobić? Zostawić braci na pewną śmierć? Przenigdy! Takich uciekinierów jak my rozstrzeliwano na miejscu. Nie wiedzieliśmy, że dziesięć dni wcześniej Himmler odwołał ten rozkaz...

— Przetransportowano nas do Krakowa i osadzono w więzieniu na Montelupich. Tam nas brutalnie przesłuchiwano. Głód też dawał się we znaki. Ulubionym tematem rozmów 40 więźniów w jednej celi były opowiadania o tym, co gotowała matka. Wśród dozorców więziennych byli też Polacy i szmuglowali nam listy i paczki żywnościowe od rodziny. Dzieliliśmy się ich zawartością ze współwięźniami i wtedy była wielka radość. Ale drugiego dnia kolega powiadomił mnie, że Pańszczyk (później znany morderca z Oświęcimia) ma zamiar odebrać mi i braciom resztę jedzenia siłą. Zjedliśmy więc wszystko od razu, a potem głodowaliśmy. Być może jednak uniknąłem śmierci po raz kolejny.

— „Paryż zajęty”! Wielka radość dla Niemców, dla nas ból i rozpacz. Pierwszym transportem „udaliśmy się” do Oświęcimia. Mój numer: 608. Bracia, którzy znaleźli się w innych grupach otrzymali numery 109 (Longin) i 354 (Jerzy). Głód, bicie, maltretowanie... Trudno mi o tym mówić. W każdej chwili groziła nam śmierć. Któregoś dnia zjawił się w drzwiach blokowy Max i kiwnął na mnie palcem. Zaprowadził mnie do umywalni i pokazał wiszący stryczek na belce pod sufitem. — Będziesz wisiał — oznajmił, jeśli nie oddasz mi marek niemieckich zaszytych w ubraniu (wtedy nie było jeszcze pasiaków, nosiliśmy własne ciuchy). — Jak mi oddasz pieniądze — powiedział, to będziesz żył i otrzymasz lepszą pracę pod dachem. Oddałem mu więc wszystko co dostałem na drogę od ojca, a on słowa dotrzymał. Wraz z braćmi malowałem pomieszczenia obozowe, a to nie to samo, co praca w kamieniołomach.

Eugeniusz Hejka

— W lipcu 1940 r. uciekł z obozu nr 220. Za karę zarządzono nam apel karny, tzw. stójkę. Uciekiniera nie złapano, ale 10 współwięźniów trafiło do karnej kompanii. Ja byłem dodatkowy, jedenasty. Elektrykowi Biczowi przekazałem bowiem kartkę do rodziców, a on nie zdążył jej jeszcze wysłać. Kartkę znaleziono, ale mi udało się uratować braci przed niechybną śmiercią, bo przysięgłem na wszystko, że oni o niczym nie wiedzieli. Trafiłem do bloku nr 13, w którym czekało się tylko na śmierć. Ale ja byłem absolwentem Korpusu Kadetów w Rawiczu. Miałem wyrobioną silną wolę, byłem wysportowany i wytrzymały. Przetrwałem ciemną, zimną i bardzo małą celę zalewaną systematycznie wodą. Przydziałową kromeczkę chleba umiałem żuć niemal przez cały dzień i w ten sposób „sycić się”. Jeden z kolegów nie mógł tego zrozumieć i chciał – jak mnie ostrzeżono – zamordować. Zjadałem więc pajdki szybciej i od razu całe.

— 1 listopada 1940 r. pognano nas na plac apelowy, żeby wykonać wyrok śmierci przez rozstrzelanie albo powieszenie. Jedenaście pętli zwisało z belki. Pętle objęły nasze szyje. Kapo czekało na sygnał, by wytrącić nam taborety spod nóg. Moi bracia płakali, a mi żal było rozstawać się z nimi i z moim krótkim, ale jakże okrutnym życiem. Kierownik obozu, podnosząc rękę do góry na znak rozpoczęcia egzekucji, odczytał wyrok śmierci, który jednak – jak się okazało – decyzją Himmlera został zmieniony na chłostę po 25 kijów i przeniesienie do karnej kompanii na 3 lata do kamieniołomów we Flossenburgu w Bawarii. Przeżyłem więc chłostę, tygodniowy bunkier śmierci i „podróż” przez czeską Pragę i Wiedeń do Flossenburga. Numer 2426  i trójkąt z literką P towarzyszyły mi przez kolejne pięć lat życia – koszmaru. Najtrudniejsze było noszenie na plecach kamieni, wieczny głód... Tylko silna wola kadeta i wiara w Boga dodawały mi sił i otuchy, że zobaczę jeszcze rodzinę i mój ukochany Toruń...

Gdy pan opowiada, głos się załamuje i zanika. Wcale się temu nie dziwię.

— To nie ze współczucia nad sobą. Zanikający głos jest „pamiątką” po 42 godzinach morderczego stania na apelu po ucieczce z bawarskiego obozu Polaka z Krakowa. Gdy osunąłem się w błoto, kapo przyłożył mi do gardła trzonek łopaty i zaczął po nim skakać. Znów przydał się „kopniak na szczęście”, bo po kilku sekundach zawyły syreny oznajmiające koniec stójki. Zbiega złapano, a ja uszedłem z życiem. Udało się dzięki... szalowi, którym miałem owiniętą szyję. Podarował mi go serdeczny kolega z transportu lubelskiego. Tym właśnie szalem zrobionym mu przez matkę w Lublinie i pozdrowieniem „cześć Genek”, pożegnał mnie i dołączył do grupy 44 lubelskich partyzantów skazańców, którzy ginęli z okrzykiem na ustach „niech żyje Polska”...

* * *

Wielu polskich mieszkańców Adelajdy na pewno zna Eugeniusza Hejkę – twórcę polskiej szkoły w Royal Parku, a następnie gimnazjum w Domu Polskim, którego był założycielem i pierwszym prezesem. Pracował również w SPK i Polskiej Macierzy Szkolnej, w Polskim Klubie Piłki Nożnej.

— Po przyjeździe do Australii musiałem najpierw odrobić dwuletni kontrakt — wspomina Eugeniusz Hejka. — Pracowałem u ambasadora brazylijskiego jako kucharz i szofer, a potem w fabryce Philipsa. Zapisałem się na studia, ale musiałem z nich zrezygnować po urodzeniu się pierwszej córki. Miałem jednak dobre referencje z Europy (od gubernatora amerykańskiego i dyrektora UNRRA, uzyskane wkrótce po zakończeniu działań wojennych. To też temat na kolejne opowiadanie – przyp. red). Dzięki nim uzyskałem w Adelajdzie licencję na sprzedaż żywności z auta. Handlowałem przede wszystkim wyrobami wędliniarskimi i czarnym chlebem, którego Australijczycy w ogóle nie znali. Byłem akwizytorem. Potem wybudowałem w Royal Parku pierwszy w Południowej Australii supermarket, gdzie oprócz artykułów spożywczych i gospodarstwa domowego działały agencje: bankowa, loteryjna, ubezpieczeniowa, składnica polskich gazet i książek, a potem biuro podróży Orbis Travel. Pracowaliśmy wspólnie, całą rodziną. Nie dałbym oczywiście rady bez pomocy mojej żony Kazimiery oraz dzieci – Maryli i Basi, Eugeniusza i Andrzeja. Dopiero od dwóch lat jestem na emeryturze.

Czy jest coś takiego w pańskim życiu, co sprawiło wielką radość?
Eugeniusz Hejka

— To moja rodzina. I taka dedykacja:

„Dla moich Kochanych Rodziców. Dziękuję za Waszą pomoc i cierpliwość. Wasz syn Genek. Marzec, 1994”.

Syn dedykował żonie i mnie swoją pracę doktorską z dziedziny psychologii na The University of Adelaide. Mnie ta dedykacja zawsze za serce chwyta. Jestem szczęśliwym ojcem i dziadkiem. Często myślę, że aby wychować dzieci na porządnych ludzi, trzeba naprawdę dużo cierpliwości i zrozumienia. Mnie się udało i dlatego jestem szczęśliwy.

* * *

Eugeniusz Hejka urodził się 16 października 1918 roku w Lubawie na Pomorzu. Nie jest łatwo po kilkugodzinnej rozmowie w wielkim skrócie opisać długie i bogate życie jednego człowieka. Życie przedwojennego mieszkańca Torunia, stypendysty Korpusu Kadetów w Rawiczu pod Poznaniem im. Marszałka Rydza Śmigłego. Uczestnika walk w rejonie Kutna, w Puszczy Kampinoskiej i w obronie Modlina, gdzie od generała Thommee otrzymał stopień wojskowy – plutonowy podchorąży. Człowieka, który przeżył 1939 rok i zajęcie Warszawy, niewolę w obozie jenieckim w Stablablack koło Królewca i ucieczkę z niego. Przeżył Oświęcim i Flossenburg. Oswobodzenie przez armię amerykańską i... podróż statkiem do Australii. Do komunistycznej Polski nie chciał i nie mógł wrócić.

Niech podsumowaniem tego tekstu będą również słowa uznania dla Eugeniusza Hejki od konsula generalnego RP w Sydney, Wiesława Osuchowskiego:

„Pana nieustająca, pozytywistyczna wieloletnia praca na rzecz zachowania polskiej kultury, tradycji i obyczajów; troska o rozwój Domu Polskiego, to działania, które wyróżniają Pana spośród innych. To dla mnie ogromna satysfakcja i radość, że na swojej zawodowej drodze (...) spotykam Rodaka, który gdzieś na końcu „Świata” zachował tak głęboko w sercu swoją Ojczyznę – Polskę. Dziękuję Panu za wieloletnią, wspaniałą i pożyteczną pracę dla dobra Rzeczypospolitej oraz Polonii australijskiej w Adelaide (...)”.

Lidia Mikołajewska


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011