Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

OAM dla pani Władysławy

Panorama, lipiec 2003

Jej głos jest dobrze znany polskiej społeczności w Adelajdzie. Głos pani Władysławy Jadczak, która przygotowuje i prowadzi programy na antenie radia etnicznego 5EBI FM.


Władysława Jadczak

Władysława Jadczak

Z okazji dnia urodzin królowej brytyjskiej, Elżbiety II, Orderem Australijskim (OAM – Order of Australia Medal) uhonorowano panią Władysławę Jadczak – za Jej pracę społeczną na rzecz Polonii w Południowej Australii. Czyli po prostu dla nas.

Jest to medal przyznawany na wniosek władz australijskich przez królową.

Nie możemy go jeszcze naszym Czytelnikom pokazać, ponieważ te medale będą wręczane w gubernatorskich ogrodach dopiero za kilka tygodni. Ale pani Władysława już otrzymała wyrazy uznania i podziękowania od pani gubernator Południowej Australii Marjorie Jackson–Nelson, od premiera Południowej Australii – Mike Rann’a, od prezesa Federacji Organizacji Polskich w Południowej Australii – Krzysztofa Balceraka. Telefonów od znajomych i przyjciół z gratulacjami, trudno zliczyć...


— Jestem bardzo, bardzo szczęśliwa — pani Władysława wcale tego nie ukrywa. — To dla mnie naprawdę wielki honor i jestem po prostu zadowolona, że ktoś zauważył mnie i moją pracę.

Pani Władysławo, jakie były pani początki w Australii?

— Przyjechałam tu z Jeleniej Góry czterdzieści lat temu z mężem i córką. Miałam wówczas 30 lat, dyplom ekonomistki, specjalistki od gospodarki materiałowej w kieszeni i... nadzieję na dobre życie w tym kraju. Zaprosił nas mój ojciec, który wcześniej przekonywał, że „dorobić się córko możesz tylko tu, w Australii”. Uwierzyłam, ale wkrótce bardzo boleśnie odczułam, czego może dorobić się człowiek bez znajomości języka kraju, w którym przyszło mu żyć. Nie znałam angielskiego! Więc czegoż mogłam dokonać? Tego, co wszyscy wtedy. Na pracę w biurze liczyć nie mogłam, trafiłam więc do fabryki. W „Caromie” produkującej armaturę łazienkową przepracowałam ciężko, na trzy zmiany, dwadzieścia lat. Dziś wyznaję szczerze, że byłam wówczas załamana psychicznie. Czułam się poniżona i zdegradowana. Trzeba było ciężko pracować, uczyć się angielskiego, zdać tutaj maturę...

Na szczęście dziś nie widzę przed sobą osoby „poniżonej i zdegradowanej”...

— Nigdy się nie poddałam. Już wtedy zaczęłam szukać jakiegoś wyjścia, żeby chociaż trochę podnieść się na duchu. Miałam szczęście, bo na mojej drodze stanęły osoby, które mi w tym pomogły. Weszłam w polskie życie społeczne, w którym tkwię do dziś. Wstąpiłam do Polskiego Towarzystwa Historycznego, którym kierował Marian Szczepanowski. Aspiracje mieliśmy ogromne. Pragnęliśmy, by stało się ono w przyszłości Archiwum Polonii Australijskiej. Byłam jego członkiem, a potem sekretarzem. Z wielkim zainteresowaniem śledziłam napływające do Towarzystwa z całej Australii i Nowej Zelandii materiały archiwalne, z których dowiadywaliśmy się, jakie były początki Polaków na tym kontynencie. Z materiałów i mikrofilmów otrzymywanych z Polski pracowałam nad odtworzeniem historii Polaków przybyłych do Polish Hill River w połowie XIX wieku. A potem to wszystko opisywałam w „Wiadomościach Polskich”, tygodniku wydawanym w Sydney. Jednak dla Polaków mieszkających w Adelajdzie bliższy był „Tygodnik Polski” wydawany w Melbourne. Zgłosiłam się więc do ówczesnego redaktora naczelnego, Romana Gronowskiego, z propozycją współpracy. Trwała ona kilka lat. Późniejszy redaktor Tygodnika, Grot-Kwaśniewski, umieszczał wszystkie moje wspomnienia z podróży po Australii oraz sprawozdania i opisy naszego życia społecznego w Adelajdzie. Pisałam także do „Głosu Millenium” pod redakcją księdza Gębickiego, i do „Słowa Polskiego”, miesięcznika wydawanego przez Federację Organizacji Polskich w Południowej Australii.

Dużo podróżowałam po Australii. I gdziekolwiek nie pojechałam, widziałam rzeczy związane z Polakami. I o tym pisałam w polskiej prasie. To była moja prawdziwa pasja i każdy artykuł kończyłam stwierdzeniem, że „nie możesz kochać Australii, jeśli nic nie wiesz na temat tego kraju”.

W tym miejscu chciałabym mocno podkreślić, że za pracę moją nigdy nie otrzymywałam żadnego wynagrodzenia! I tak jest do dziś.

Ale wrócę jeszcze na chwilę do Polskiego Towarzystwa Historycznego. Otóż po wielu spotkaniach i dyskusjach w gronie oddanych sprawie polskiej osób, nie tylko z tego Towarzystwa, ale i ze Związku Polaków w Południowej Australii, podjęliśmy decyzję o wydaniu książki „Polacy w Południowej Australii 1948 – 1968”. To praca zbiorowa. Jestem współredaktorką tej książki, która ukazała się pod auspicjami Polskiego Towarzystwa Historycznego w Australii. Jestem z niej naprawdę dumna. To książka – posłanie gdy nas już nie będzie.

Pani przyjaciele i znajomi mówili mi, że jest pani również znaną nauczycielką języka polskiego...

— To też był sposób na odreagowanie poczucia poniżenia i degradacji społecznej – praca nauczycielki języka polskiego w Macierzy Szkolnej w Adelajdzie. Pełniłam ponadto wiele innych funkcji społecznych...

I jak udało się to wszystko pogodzić z fizyczną pracą w fabryce na trzy zmiany!?

— Nie wiem jak, ale to godziłam. Na przykład o siódmej rano kończyłam w sobotę trzecią zmianę, a o dziewiątej stawałam przed swoimi uczniami w szkole. A jak miałam urlop, to opiekowałam się tymi dziećmi na koloniach. Dzieci, które już tutaj się urodziły i znały Polskę tylko z opowiadań rodziców i nauczycieli, śpiewały razem ze mną polskie piosenki, z rozdziawionymi buziami słuchały polskich baśni i legend o smoku wawelskim i kwiecie paproci, o puszczaniu wianków na wodę w pierwszy dzień wiosny... I dla tych rozdziawionych buź warto było poświęcić te dziesięć dni urlopu...

Wydaje mi się, że prawdziwą pani pasją jest radio?

— O tak, to moja wielka pasja, trwająca od dwudziestu lat, z której nigdy nie zrezygnowałam.

A jakie były jej początki?

— Najpierw przygotowywałam rozmaite opracowania z okazji rocznic lub przyjazdu ważnych osobistości, pełniłam w PR funkcję sekretarza, a od kilku lat prowadzę jednogodzinną audycję raz w miesiącu. Sama ten program przygotowuję i prezentuję. Ta praca daje mi dużą satysfakcję osobistą i poczucie, że jeszcze mogę coś zrobić. Mam doskonały kontakt ze słuchaczami. Wielu znam tylko z rozmów telefonicznych. To uznanie dodaje mi sił i coraz częściej myślę, że z radiem chyba nigdy się nie rozstanę.

Mieszka pani w Australii od 40 lat. W pani audycjach i artykułach przebija wielka troska o kraj ojczysty, o Polskę...

— Ma pani rację. Przebija i miłość i współczucie dla naszego kraju nad Wisłą. Tam tworzyła się historia, tam w biedzie i zniewoleniu żyli Polacy i moja rodzina. We wszystko co pisałam wkładałam serce. Nawet piosenki w moich audycjach dobierałam zawsze do tego, co czułam. I jeśli pani zapyta, czy kocham Polskę, to odpowiem, że tak. Ale moje życie jest tutaj. W Australii. Długo trwało, zanim to pojęłam. Na początku bardzo tęskniłam. Pojechałam do Polski raz i drugi. I przekonałam się, że nie można tak żyć, że muszę się jednak na coś zdecydować... Zdecydowałam więc na życie w Australii. O Polsce nigdy nie zapomnę, to oczywiste.

Szczerze panią podziwiam za to wszystko, co pani zrobiła dla australijskiej Polonii, czego pani w życiu dokonała. Chciałabym jednak zapytać: czy warto było?

— Oczywiście że warto! Warto było pracować społecznie, skoro pracy tej poświęciłam 40 lat swojego życia. Jest jednak coś, czego żałuję. Tego, że w miarę upływu lat i pogarszającego się stanu zdrowia, trzeba było, nie bez żalu, rezygnować z wielu funkcji, które przynosiły mi satysfakcję i uznanie wśród przyjaciół i znajomych. Odznaczenie, które teraz otrzymałam, jest jedynym dowodem uznania mojej wieloletniej pracy społecznej.

A jak się czuje osoba uhonorowana przez brytyjską królową?

— Order Australii przyjmuję z radością i prawdziwym wzruszeniem. Nie wiem komu zawdzięczam ten zaszczyt, ale dziękuję tym wszystkim osobom, które spowodowały i przyczyniły się do przyznania mi tego Orderu.

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiała Lidia Mikołajewska


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011