Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Z serca... „Piątka”...

Panorama, listopad 2004

Relacja Jacka Ścieżki z Balu Charytatywnego w Krakowie „Absolwenci Agnieszce”


Gdy w grudniu 2003 roku dostałem od mojego łącznika z Krakowa – profesora Marka Eminowicza wiadomość, że jedna z naszych absolwentek, dziewczę młode, w sile wieku, została zdiagnozowana na niezwykle rzadką, niestety nieuleczalną chorobę „stwardnienie rozsiane”, mogłem, kierując się sercem, posłać po prostu na podane konto dotacje...

Niestety wpadłem na szatański pomysł. Posłałem w rewanżu e-mail – „Może zorganizujemy Bal Charytatywny?”.

Kiedy pod koniec sierpnia 2004 otrzymałem od mojego partnera zza największej wody, krótką, żołnierską informację: „Bal 22 października 2004 – Hotel Pollera, zostałeś wybrany Prezesem Komitetu Pomocy Agnieszce (wyraź zgodę)”, poczułem zbliżającą się przygodę. Przygodę, która miała na celu pomóc, nieznajomej osobie, w odzyskaniu nadziei.

Jak pamięta spora część polskiego społeczeństwa w Południowej Australii, w połowie września rozesłałem listy z prośbą o dotacje. Część z adresatów nie zawiodła, w krótkim czasie zebrałem kwotę $1 705 australijskich dolarów, które w czwartek 14 października 2004, razem ze mną, na pokładzie fantastycznych linii lotniczych Singapurian Airliners, opuściły Adelajdę, kierując się na Kraków.

W tym miejscu, chciałbym w swoim imieniu, podziękować wszystkim tym, którzy mi zaufali i pomogli. Nie będę wymieniał szczegółowej listy darczyńców. Mam nadzieję, że każdy, bez względu na ofiarowaną kwotę, otrzymał lub otrzyma niedługo osobiste podziękowanie wysłane z Królewskiego Miasta Krakowa.

Zaraz po przylocie, zebranie nieformalnego Komitetu. Młode dziewczyny, koleżanki Agnieszki z klasy, duże przedsięwzięcie, z którym nigdy nie miały do czynienia i myśl kołacząca się pod czaszkami – „Musi się udać”.

W dniu mojego przyjazdu, bal był organizacyjnie zamknięty na 99 procent, natomiast frekwencja była daleka od oczekiwań. Wiedzieliśmy, że musimy mieć na sali pomiędzy 100-150 osób, aby wszystko poszło jak trzeba.

Na pierwszym zebraniu Komitetu powiedziałem takie zdanie – „Mogłem pomóc z Australii zorganizować wszystko, ale nie mogłem opłacić gronu moich 150 znajomych biletów lotniczych, aby byli z nami, chociaż na pewno stworzyliby wspaniałą atmosferę”.

Ruszyło z kopyta

Ruszył z kopyta kulig zawiadamiania znajomych. W piątkowy wieczór, w obecności około 150 osób, miałem zaszczyt otworzyć i poprowadzić Bal Charytatywny „Absolwenci Agnieszce”.

Stare, dobre pomieszczenia Hotelu Pollera, przyjęły nas bardzo godnie, wystrój jak za Franciszka Józefa. Pięknie udekorowane stoły, feerie dobrego polskiego jedzenia – w tym miejscu ukłon dla Jacka Chojnackiego (absolwent „Piątki” 1979) kierownika restauracji.

O godzinie 20.00 powoli zaczęli przychodzić goście, pięknie i elegancko ubrani, w oczach widać było chęć niesienia pomocy komuś, kogo nie znali, ale hasło – „Choroba, absolwentka naszego liceum” było wystarczające, aby wyciągnąć ich z domów. W drzwiach Marek Kordylewski (wnuk słynnego astronoma) sprawdzał bilety, a jego piękna żona Anna wręczała każdemu z gości podziękowanie, napisane i odręcznie podpisane przez Agnieszkę.

Dalej witał przychodzących profesor Marek Eminowicz i ja – autor całego zamieszania. Około godziny 20.45 przyjechała ekipa Telewizji Kraków i rozpocząłem Bal Charytatywny „Absolwenci Agnieszce”.

Łzy w oczach

Czy to z serca czy też przez przypadek, mowa powitalna spowodowała, że 80procent sali miało łzy w oczach, czy to ze wzruszenia czy też ze śmiechu. Powitałem Dyrektora, Prezesa Stowarzyszenia Absolwentów i Marka Eminowicza... Opowiedziałem historię balu... Opowiedziałem, jak na drugim końcu świata zebrano fundusze ... W końcu padło sakramentalne: – „Pierwszy Bal Charytatywny: Absolwenci – Agnieszcze uważam za otwarty”.

Goście powoli zaczęli raczyć się frykasami przygotowanymi przez szefów kuchni, a tymczasem, starym sposobem wypróbowanym na dziesiątkach organizowanych w Adelajdzie imprez, Ewa Wachowicz (Miss Polonia 1992), Jacek Olbrycht (absolwent 1976) i ja, zaczęliśmy sprzedawać losy na loterię. W ciągu 45 minut sprzedaliśmy ich za prawie 3000 złotych. O 22.00 losowanie loterii, nagród było z 80, więc ich wręczanie trwało chyba z pół godziny.

„Dziękuję”

Nagle profesor Eminowicz podszedł do mnie w towarzystwie bardzo eleganckiego, starszego pana — Jacek poznaj, pan Andrzej Zaczkowski, ojciec Agnieszki”.

Z oczami pełnymi łez, starszy dystyngowany Pan podał mi rękę i powiedział — „dziękuję”. Powiedział to tak, że dźwięku tego słowa, w jego wykonaniu, nigdy nie zapomnę.

Potem powiedział, dlaczego przyjechał wcześniej – zobaczyli w TV fragmenty z otwarcia i nie wytrzymał, gdy mówiłem słowa „W imieniu organizatorów dziękuję wszystkim za to, że otworzyliście serca, aby pomóc Agnieszce dotknąć nadziei” – żona jego, wybuchając głośnym płaczem, mieszanką wzruszenia i szczęścia, powiedziała do niego „Powinieneś tam być”.

Potem dał mi list od Agnieszki, na szczęście, przeczuwając jego zawartość, otworzyłem go w domu, bo inaczej byłoby trudno dotrwać do końca...

O godzinie23.00 aukcja. Wtedy, łącznie z funduszami Polonii Południowoaustralijskiej, mieliśmy zarobione 10 tysięcy złotych i strach w oczach, jak pójdzie dalej.

Poszło super – encyklopedię wartą 150 złotych Jacuś Olbrycht kupił za 450 złotych i wtedy zrozumiałem, że jest dobrze. Za 900 złotych Przemek Osuchowski kupił Digiridoo, przywiezione przeze mnie z Australii, od 500 złotych przebijali się tylko z Ewą (jego żoną). Za 700 złotych Ewa kupiła skórę z kangura, którą również podarowałem na aukcję. Na końcu pióro, które poszło za 1800 złotych więcej niż jego wartość.

„Kraków wzięty”

Szybkie podliczenie zysków – 17 040 złotych. Oznajmiłem tę cudowną wiadomość wszystkim zgromadzonym, kończąc słowami – „Kraków wzięty”.

Około 2.30 nad ranem, żegnaliśmy wszystkich w drzwiach ...odpowiedź na pytanie dyrektora Stefanowa: Ścieżka, jak Tyś to zrobił? – „Panie dyrektorze, rzeczy niemożliwe załatwiam w 10 minut, na cuda musi Pan poczekać”, spotkała się z oklaskami wychodzącej publiczności. O 3.00 nad ranem byłem w domu, otworzyłem list od Agnieszki i usnąłem, chyba płacząc.

Kraków 22 października 2004

Szanowny Panie Jacku,

Tak naprawdę zupełnie nie wiem, w jaki sposób mogłabym Panu podziękować, gdyż każde słowo użyte w tej chwili, to stanowczo za mało, by wyrazić moją wdzięczność. Akcja zorganizowana przez Pana, mająca na celu zebranie środków pieniężnych potrzebnych na moje leczenie, to nie wszystko, co od Pana otrzymałam.

W obecnym zabieganym i materialistycznym świecie, Pana odruch serca i bezinteresowna pomoc, skierowana do zupełnie nieznanej osoby, jak również wszystko, co robią dla mnie moi przyjaciele z ławy szkolnej oraz niezrównany Profesor Eminowicz, przywracają we mnie wiarę w człowieczeństwo.

Jest to niezmiernie ważne, jeżeli nie równie ważne jak same pieniądze, gdyż pozwala mieć nadzieję, że bez względu na to, jakie skutki pociąga za sobą ta straszna choroba, to będąc otoczona takimi ludźmi, życie będzie warte życia!

Pisząc te słowa życzę Panu szampańskiej zabawy na balu oraz cudownych i niezapomnianych spotkań z przyjaciółmi i znajomymi tu, w Polsce.

Z całego serca wdzięczna Agnieszka Zaczkowska

Czasem zdarza się, że po prostu „życie jest snem”.


Jacek Ścieżka, Kraków 2004


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011