Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012
Z Kresów Wschodnich na Tasmanię
Panorama, lipiec 2005

„I było szczęście rodzące się w duszy
I świat dzieciństwa jak niebo o świcie...
Aż wiatr się zerwał co łamie i kruszy,
Aż wiatr się zerwał i wionął przez życie,
I rozwiał w nicość rodzinną sielankę,
Szczęśliwe, radosne dzieciństwo.
I pieśń zawodzi nad samotną wygnańczą mogiłą”.

(Z uczniowskiego pamiętnika J.K.)


Anna Kowalska-Kremzer z bratem Janem Kowalskim, 2004 r.

Janek i Ania, 1944 r.

Tak można byłoby zacząć opowieść o życiu Anny Kowalskiej-Kremzer, która jako dziecko wraz z grupą około 700 polskich sierot przybyła do Nowej Zelandii w 1944 roku. Daleka i tragiczna była to droga nim dotarła do tej szczęśliwej wyspy.

Anna urodziła się w 1929 roku w Krakowie w rodzinie inteligenckiej. Ojciec Sebastian Kowalski był legionistą Józefa Piłsudskiego, mama Maria zajmowała się prowadzeniem domu, wychowywaniem trójki dzieci: Ani, Janka i Rozalki.

Jak wielu Piłsudczyków osiedlili się na Kresach Wschodnich. Mieszkali w okolicach Równego. Rodzina Sebastiana i Marii Kowalskich żyli spokojnie i szczęśliwie. Dzieci wychowywane były we wzajemnej miłości, patriotyźmie i głębokich przekonaniach religijnych.

„Podróż bez biletu”

Przyszła wojna 1939 roku. Gdy tamte tereny zajęli Sowieci, nastąpiły represje w stosunku do Polaków - a szczególnie do inteligencji, byłych Piłsudczyków. Bez cienia litości wypędzano ich z domów, ładowano w pociągi towarowe i wysyłano w „podróż bez biletu" na daleką Syberię. Kowalscy wraz z trójką dzieci 10 lutego 1940 roku pożegnali na zawsze ojczysty kraj.

Tym samym co oni pociągiem jechał ich kuzyn z rodziną. Podróż w nieznane trwała cztery tygodnie, a zima 1940 roku była bardzo mroźna. W starych towarowych wagonach hulał wiatr i przenikające zimno.

Kiedy dotarli do miejscowości Kotłas okazało się, że to nie koniec tej morderczej drogi. Należało dostać się do posiołka Siemierycna, jechali lichymi saniami i szli pieszo.

Na miejscu umieszczono ich w baraku i zaraz na drugi dzień rodzice musieli iść do wyrębu lasu. Pracowali ciężko - ponad siły. Anna, która w tym czasie miała 10 lat zatrudniona była jako pomocnik zduna. Każdy musiał harować, aby dostać książeczkę żywnościową na 800 gramów czarnego wilgotnego chleba. Jeśli ktoś miał jakieś pieniądze uzyskane ze sprzedaży osobistych rzeczy - mógł kupić zupę z rybich łbów i bliny.

Po dwóch miesiącach rodzinę Kowalskich przeniesiono do opuszczonego budynku stacji kolejowej. Zmorą dni i nocy okazały się pluskwy i inne robactwo. Ciężka praca, głodowe porcje jedzenia wyczerpywały ludzi z dnia na dzień, powodowały choroby i śmierć. U Kowalskich najpierw ciężko zachorowała mama. Po trzech tygodniach zmarła 14 października 1940 r.. Ojca w tym czasie nie było w domu. Dziesięcioletnia Anka zrozpaczona myła twarz matki, szykowała ją na tę ostatnią już drogę tułaczego życia. Modliła się gorąco o siły do przetrwania tych ciężkich, bolesnych dni. Po śmierci mamy ksiądz z Polski przysłał im paczkę, po którą trzeba było iść kilka kilometrów. Poszła Anka. Wyczerpana głodem z trudem pokonywała daleką drogę. Na skutek długotrwałego niedoboru witaminy A, cierpiała na kurzą ślepotę.

Młodsze rodzeństwo - Janek i Rozalka - chodziło do rosyjskiej szkoły w posiołku.

Najpierw zachorowała Rozalka. Chorowała krótko. Wysoka gorączka, brak leków spowodowały jej śmierć. Ojciec sam wykopał dół w zamarzniętej ziemi. Sąsiad zbił pudło z jakichś desek i tak najmłodsze dziecko rodziny Kowalskich dołączyło do zmarłej matki.

W posiołku tym mieszkało około 30 polskich rodzin. Najgorsze było poczucie beznadziejności, bo mówiono im, że pozostaną tu na zawsze.

W kurnej chacie

A tymczasem przepędzano ich z miejsca na miejsce aż dotarli do Uzbekistanu. Tutaj pracowali przy zbiorze bawełny. Mieszkali w kurnej chacie razem z innymi ludźmi. Za pracę otrzymywali zupę i kawałek chleba, a czasami troszeczkę oliwy i mąki. Ojciec dodatkowo zaczął naprawiać buty Uzbekom, za co dostawali trochę jedzenia. Później przenieśli ich do drugiego posiołka, gdzie musieli pracować przy wykopach ziemnych. Tam był okropny głód. Miejscowa ludność bardzo biedna też głodowała.

Pewnego dnia dowiedzieli się o tworzeniu polskiego wojska w Rosji. Ojciec udał się na poszukiwanie. Wrócił i przyniósł bochenek chleba oraz wiadomość, że wyruszają do polskiego wojska do Aszchabadu. Dotarli tam. Ojciec zgłosił się, ale ponieważ był chory nie przyjęli go. Mogli jednak czekać na transport do Pahlevi.

Gościnna Persja

Po pewnym czasie załadowano ich na statek w Krasnowodsku i stąd przez Morze Kaspijskie przybyli do Pahlevi.

Tutaj czekała ich kwarantanna - przebywali w namiotach wystawionych na plaży. Wtedy to Ankę i jej brata Janka rozdzielono z ojcem, który ciężko zachorował.

Po odbyciu kwarantanny dzieci zaczęły szukać ojca. Chodziły od szpitala do szpitala. Kiedy wreszcie go znalazły był bardzo chory i oczywiście nie mógł się nimi zaopiekować.

Janek i Ania znaleźli się w sierocińcu, skąd po kilku dniach zabrano ich do ośrodka w Teheranie. W tym czasie Anka zachorowała i nie mogła odwiedzać ojca w szpitalu, odwiedzał go Janek.

Z Teheranu rodzeństwo odwieziono do sierocińca w Istfahanie. Wtedy właśnie zmarł ich ojciec. Na gościnnej perskiej ziemi zakończył swoją tułaczkę. Dzieci zostały same. Umieszczono je w sierocińcu w Isfahamie. Tutaj znalazły mieszkanie, godziwe warunki bytu, nauki.

Nadszedł rok 1944 - rok, kiedy stopniowo następowały wyjazdy polskich tułaczy do różnych krajów świata. W październiku 1944 r. Ania i Janek Kowalscy wraz z dużym transportem polskich sierot znowu udawali się w nieznane krańce świata - do Nowej Zelandii.

Na zaproszenie Petera Frasera

Podróż zaczęli towarowym statkiem angielskim, którym dopłynęli do Bombaju. Tutaj dzieci wraz z opiekunami - około 80 osób personelu – przeniesiono na duży statek amerykański „Generał Randal". Ten okręt dowiózł ich szczęśliwie do Wellington - stolicy Nowej Zelandii.

Było to 1 listopada 1944 roku, piękny, słoneczny dzień, soczysta zieleń wróżyły lepszą przyszłość. Na pokładzie statku powitał ich premier Nowej Zelandii Peter Fraser. To właśnie on, Peter Fraser, zaprosił polskie dzieci do swojego kraju. Dowiedział się o ich tragicznym losie od polskiego konsula K. Wodzickiego. W porcie witały Polaków tłumy ludzi. Niektórzy powiewali biało-czerwonymi proporczykami.

Na początek zakwaterowano przybyszów w barakach, ale były tu godziwe warunki życia. Zorganizowano polskie szkoły, zadbano również o naukę języka angielskiego, bo przecież ta ziemia miała stać się nową ojczyzną.

Polscy nauczyciele czuwali, aby dzieci zachowały język rodzinny, religię, tradycje.

Anna Kowalska szczególnie serdecznie wspomina dwie nauczycielki - siostry Urszulanki – Marię Aleksandrowicz i Imeldę Tobolską, a także księdza Michała Wilniewczyca.

W nowej ojczyźnie

Dla lepszych warunków, szybszego adaptowania się w nowym środowisku, opanowania języka angielskiego rodziny nowozelandzkie przyjmowały do swoich domów polskie sieroty. Anna zamieszkała w rodzinie lekarza. Byli małżeństwem bezdzietnym i bardzo pokochali młodziutką Polkę - zresztą z wzajemnością.

Niestety, była u nich tylko rok. Po ich wyjeździe z Nowej Zelandii przyjęli ją inni, także życzliwi ludzie. Należy podkreślić, że Ania nie traciła czasu. Uczyła się. Najpierw w angielskiej szkole uzyskała małą maturę, a potem dużą. Mieszkając przy rodzinie przyjaciół doceniała ich dobroć, mimo to chciała jednak jak najszybciej usamodzielnić się. Po skończeniu szkoły pracowała w biurze sklepu. Poznała nowych ludzi, którzy pomogli jej znaleźć pracę w banku i mieszkanie.

List z Tasmanii i nowe życie

Pewnego razu otrzymała list od Polaka z Tasmanii -  nazywał się J. Kremzer. Był zdemobilizowanym żołnierzem. Korespondowali przez trzy lata. Widocznie byli sobie przeznaczeni, bo kiedy przyjechał do Nowej Zelandii na urlop, zaręczyli się. Anna miała wtedy 21 lat.

Potem był ślub w pięknej katedrze w Auckland, połączył ich małżeństwem polski ksiądz. Po ślubie wyjechali na Tasmanię do Hobart. I znowu trzeba było wrastać w nowe warunki, ale teraz Anna miała już oparcie w mężu.

Na świat przyszły dzieci. Tak jak kiedyś w jej rodzinie: trójka: syn Edward, córki Basia i Ala. Zajęła się więc z całym oddaniem swoją rodziną. Wpajała dzieciom to co najwartościowsze, a przede wszystkim polskość, zdrowe zasady moralne.

Kiedy odchowała dzieci, podjęła pracę w banku w Hobart, gdzie pracowała do 1986 roku..

W 1975 roku - zmarł jej mąż. Odszedł nagle, na zawał serca. Dzieci były już dorosłe. Skończyły edukację. Usamodzielniły się, założyły własne rodziny, z Polakami. Z domu rodziców wyniosły znajomość języka polskiego, co przekazały również swoim dzieciom.

Anna ma troje wnucząt. Jedna z wnuczek - 27-letnia Kasia - będąc na wakacjach w Polsce - zachwyciła się i pokochała kraj swoich dziadków. W tym roku też tam jedzie - postanowiła zostać tłumaczką polsko-angielską.

Początkowo Anna nie udzielała się społecznie. Zajęta domem, rodziną niewiele miała wolnego czasu. Pod koniec lat sześćdziesiątych postanowiła jednak włączyć się aktywniej w życie tasmańskiej Polonii. Najpierw wstąpiła do miejscowego Koła Polek, gdzie została skarbnikiem. Potem przez 20 lat w Zarządzie Związku Polaków pełniła różne funkcje. W 1985 roku zaczęła pracę społeczną w Komitecie Kościelnym i trwa to do dziś. Udziela się także w opiece społecznej, pomagając ludziom będącym w potrzebie.

Należy dodać, że Anna nie tylko pięknie i poprawnie mówi po polsku, ale także bardzo dobrze pisze. A zatem umiejętności buchalteryjne i świetne władanie dwoma językami dobrze służą pracy społecznej.

W ubiegłym roku w Nowej Zelandii odbył się wielki Jubileuszowy Zjazd Sybiraków z okazji 60-lecia osiedlenia się polskich sierot w tym kraju. Zjechali z różnych zakątków świata, spotkali się po latach jak jedna ogromna, wspaniała rodzina. Przez kilka dni świętowali, cieszyli się sobą. Brat Anny, Janek Kowalski, w dalszym ciągu mieszka w Nowej Zelandii. Są ze sobą w częstych kontaktach.

W Polsce była kilka razy. Odwiedziła swoją dawną nauczycielkę siostrę Aleksandrowicz. Mieszkała przez kilka dni w zaciszu jej klasztoru. To było serdeczne spotkanie. Cieszyły się sobą, wspominały przeżyte dni.

Tasmania, Hobart stały się przystanią życiową dla Anny Kowalskiej-Kremzer. Ma tutaj dom i ogród, a w ogrodzie mnóstwo konwalii, które wiosną tworzą biały pachnący kobierzec i przypominają jej rodzinne strony.


Jadwiga Korczyńska


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011