Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Szanujmy wspomnienia

styczeń 2009

– Czwórka moich dzieci namawia mnie, bym spisał historię mojego życia – mówi Pan Tadeusz Krupka


Panie Tadeuszu, od czego zacznie Pan te wspomnienia?

Tadeusz Krupka

– Jeśli w ogóle podejmę się tego karkołomnego zadania, to myślę, że zacząłbym je od... siebie samego - chłopaka z okolic Chruszczyny, wsi którą znaleźć można tylko na najdokładniejszej mapie wojskowej. Tam w lasach, między Ostrowem Wielkopolskim a Krotoszynem, spędziłem czternaście lat mojego życia. Gdy rozpocząłem naukę w Junioracie Oblatów w Lublińcu, wybuchła II wojna światowa. Celem tego Junioratu było nie tylko pastoralne, ale i zawodowe oraz techniczne wykształcenie przyszłych misjonarzy, którzy potem posługiwali jako krawcy, szewcy, ogrodnicy, kucharze, budowlańcy czy organiści. Podczas II wojny światowej rozpędzono nas, skazano na tułaczkę, obozy, śmierć...Mnie udało się przetrwać. W gospodarstwie u jednego Niemca pasłem gęsi, a później, u innego gospodarza, codziennie szedłem za pługiem od 4 nad ranem do 11 przed północą – o dwóch sznytkach chleba na śniadanie... Ale przeżyłem!

Sam nie wiem, jak to wszystko ogarnąć i opisać – te wszystkie wojenne „przygody” - ucieczka z Polski przez Czechy do Austrii, która udała się dzięki „propustce” znajomej rosyjskiej lekarki. Pobyt w Austrii, gdzie pomagałem w ucieczce Australijczykom – Kevinowi i Richardowi. To dzięki nim jestem dziś w Australii! Jak opisać wielu wspaniałych i pomocnych ludzi oraz drani, których się wówczas spotykało? Obóz na Węgrzech? Powrót do domu, gdzie zastaliśmy rozgrabione gospodarstwo, w którym nawet słomy nie było, żeby się na niej przespać. Tylko kot nas witał, a potem... krowa, która nas po czterech latach rozpoznała, przybiegła i po rękach lizała! Nowy „właściciel” nie chciał jej oddać z powrotem uparcie twierdząc, że to jego własność. A ona trafiła nawet na swoje własne miejsce w naszej oborze.

Po zakończeniu wojny znalazłem się z bratem po niemieckiej stronie. Do Polski nie było po co wracać. Przedostaliśmy się do Francji, gdzie zacząłem się uczyć na mechanika, a brat na lekarza stomatologa... Ci australijscy jeńcy wojenni, o których wspomniałem, nawiązali ze mną kontakt. Kevin zachęcał do przyjazdu do swego kraju i zapewnił mi landing permit.

To był rok 1950, gdy przypłynąłem wraz z innymi emigrantami do Frimantle w Zachodniej Australii. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem Australię z pokładu statku pomyślałem, że to kraj z bajki, arkadia! Taki wydawał mi się piękny. Ale szybko ochłonąłem, gdy musiałem – jak wszyscy inni imigranci - ciężko tu pracować. W cegielni, na kolei, elektryfikowałem Zachodnią Australię, rąbałem drzewa w buszu, orałem i siałem zboże... Któregoś dnia pojechałem do narzeczonej do Sydney. W drodze powrotnej zatrzymałem się w Adelajdzie i tu spotkałem drugiego kolegę – Richarda. Do Zachodniej Australii już nie wróciłem, zostałem w Adelajdzie.

Dzieci są na ogół ciekawe i pytają na przykład: „tato, a jak to z mamą było?” I co im Pan opowie?

– To był sierpień 1960 roku, gdy ożeniłem się z Marguerite, piękną i mądrą dziewczyną o irlandzko-walijskich korzeniach. Poznaliśmy się w kościelnym chórze prowadzonym przez pana Kobę w Kilburn. Ja w tym chórze śpiewałem, Marguerite przygrywała na pianinie. Później i ona, obok innych pań, przyłączyła się do naszego chóru. Śpiewaliśmy pieśni kościelne i świeckie, z którymi występowaliśmy na akademiach, np. 3-Majowych, i okolicznościowych uroczystościach. Śpiewaliśmy na zaproszenie Good Neighbour Council, braliśmy też udział w kilku wieczorach urządzanych przez organizacje australijskie.

W pracy zbiorowej zatytułowanej „Polacy w Południowej Australii. 1948-1968”, opublikowanej przez Polish Association w Południowej Australii, żona napisała, że na pierwszej próbie chóru spotkała swojego męża, czyli mnie, i to było przeznaczenie. Ślub był wspaniały, bo nasz chór śpiewał nam podczas nabożeństwa i ślubnego poczęstunku.

Pańska żona bardzo serdecznie pisze nie tylko o Panu i swojej rodzinie, ale również o Polakach, których spotkała.

– Marguerite pokochała polską muzykę i pieśni. By je rozumieć, uczyła się języka polskiego. Było to możliwe dzięki Panu Florianowi Wittholzowi, który w owym czasie prowadził kursy języka polskiego dla cudzoziemskich żon Polaków w Adelajdzie. Marguerite mówiła dość dobrze w naszym języku. Dzięki temu i moja najstarsza córka Anna też daje sobie z tym językiem radę.

Marguerite Collaton-Krupka we wspomnieniu „My Association With The Polish People in South Australia”, opisuje także inną polską „miłość”, czyli taniec.

– Polskie pieśni i tańce rozbrzmiewały wówczas w Kilburn Polish Community. Zajęcia z dziećmi prowadził p. Zelawski. I on zapytał żonę, czy nie zechciałaby grać na pianinie grupie dzieci tańczących pod kierunkiem p. Mordwinowa.

Oczywiście, zgodziła się...

– Bo ona naprawdę pokochała Polaków, bardzo wysoko nas ceniła, miała wśród nas wielu przyjaciół. Pokonała autobusem setki kilometrów do Melbourne, by tam oklaskiwać występy polskiego Mazowsza. Nie ma Jej już między nami, ale wspaniałe wspomnienia zostały.

Po śmierci Marguerity ożeniłem się ponownie. A wie pani z kim? Ze swoją pierwszą miłością. Z tą dziewczyną, do której jechałem kiedyś do Sydney, a w drodze powrotnej zatrzymałem się w Adelajdzie... Na długie i szczęśliwe lata.

Panie Tadeuszu, proszę spisać swoje wspomnienia, bo na pewno warto! Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Lidia Mikołajewska


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011