Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012
Żeby dzieci miały co wspominać...
Panorama, styczeń 2008

Rozmowa z Marzeną Pawlisz i Jolą Ratuszyńską


Ostatnie tygodnie starego roku były dla was i dla gromady waszych przyjaciół bardzo pracowite...

- ... pewnie myślisz o „Czerwonym Kapturku” i o „Mikołajkach”?

Oczywiście!

Marzena: - Ależ to było i minęło! My już planujemy zabawę przebierańców dla dzieci, potem będzie dla nich jakieś przedstawienie-teatrzyk, i tak do następnych Mikołajek w tym roku.

Dajcie się jednak namówić na ubiegłoroczne „remanenty”... W jaki sposób przygotowywałyście się do tych imprez i z kim, kto wam pomagał?

Marzena: - Jestem członkiem zarządu dwóch organizacji polskich: Polskiego Towarzystwa Kulturalnego i Art Clubu, stąd bierze się współpraca obu organizacji. Do współdziałania namówiłam także kilka koleżanek i kolegów.

Jola: - Namówiłaś także mnie. Główną inicjatorką tych przedstawień, o których właśnie rozmawiamy, jest Marzena. Przekonałam się, że jest ona doskonałą organizatorką i świetnie się z nią współpracuje...

Marzena: - To może ja powiem, skąd się wziął pomysł zorganizowania imprezy Mikołajkowej?

Bardzo proszę!

- Otóż mam syna w wieku 6 lat, który rok temu - gdy wspominałam mu o pójściu do Domu Polskiego - kategorycznie odmawiał mówiąc, że tylko starsi ludzie tam chodzą. Jako rodzicowi i członkowi zarządu Dom Polski Art Club dało to do myślenia. Rzeczywiście imprez dla dzieci nie było, a ja sama pamiętałam Mikołajkowe zabawy z dzieciństwa. Postanowiłam zorganizować imprezę, żeby moje dziecko i inne polskie dzieci miały co wspominać. Kamilla Springer, też członkini PTK, miała pomysł na zorganizowanie teatrzyku dla dzieci... Ja miałam już doświadczenie w organizowaniu imprez (byłam członkiem zarządu Dożynek), więc jakoś tak wyszło, że zajęłam się organizacją tego przedstawienia. Z Jolą już kiedyś rozmawiałam na temat teatrzyku dla dzieci, więc do tej rozmowy wróciłam. Jola nie tylko się zgodziła, ale poprosiła o pomoc aktorów z teatru: Piotra, Martę, Elę i Henryka. I tak zaczęliśmy próby.

Jola: - To Marzena właśnie nakłoniła mnie do realizacji i reżyserii „Czerwonego Kapturka”. Szczerze mówiąc już kiedyś myślałam o tym, żeby wyreżyserować bajkę dla dzieci, ale nie wiedziałam jak się do tego zabrać. I tu się przydały umiejętności organizatorskie Marzenki, plus moje doświadczenie teatralne i z pracy z dziećmi w Szkole Polskiej.

Marzena: - Z Jolą znamy się od lat, obie brałyśmy udział w organizowaniu audycji radiowych. Pierwszy raz poprosiłam Jolę o pomoc przy Mikołajkach 2006. Już wtedy uwidocznił się Joli talent, nie tylko aktorski, także pedagogiczny. Aktorski talent znałam wcześniej, pedagogicznego – nie. Teraz już wiem, że Jola ma fantastyczne podejście do dzieci. Jej znajomość repertuaru dla maluchów i dzieci – najrozmaitszych piosenek i gier – jest niesamowita!

Do tej pory znana jesteś ze sceny Polskiego Teatru Starego jako aktorka, a nie reżyserka?

Jola: - W Centralnym Domu Polskim przeszłam więc chrzest bojowy, bo to była moja pierwsza próba reżyserska.

Uwieńczona sukcesem.

Jola: - Chyba tak, bo dzieci przeżyły to ogromnie i rodzice byli bardzo wdzięczni za to, że coś się robi dla ich pociech. Bardzo żałuję, że tego typu imprez nie było 15 – 20 lat temu, kiedy mój syn był jeszcze w wieku przedszkolnym. Pewnie też by się cieszył, że może w takich spotkaniach teatralnych uczestniczyć i – co moim zdaniem – najważniejsze, miałby kontakt ze swoimi polskim rówieśnikami. Mówię o tym dlatego, że w tamtych czasach woziłam go w każdy weekend na tego typu spotkania z Campbelltown do Halletcove – do zaprzyjaźnionej rodziny. Tylko po to, by mój synek kontaktował się z dziećmi.

A teraz proszę... Impreza za imprezą!

Jola: - Najważniejsze jest, że dzieciaki są zadowolone, rodzice też, bo przy okazji zawierają nowe znajomości, a może i przyjaźnie?

Marzena: - Reakcja dzieci i rodziców po każdej imprezie jest bardzo pozytywna, i to nie tylko ze względu na liczne przybycie. Dzięki zaangażowaniu Joli, liczba dzieci w Polskiej Szkole (gdzie Jola uczy) wzrosła. Dzieci i rodzice mają okazję spotkać się, pobawić z dziećmi. Pragnę zaznaczyć, że wszystkie imprezy odbywają się w języku polskim, dla niektórych dzieci jest to dodatkowy kontakt z polską kulturą. Imprezy te są też pozytywne dla Domu Polskiego, przyciągają młodych ludzi, którzy widzą, że w Domu Polskim coś się dzieje.

A w jaki sposób organizowane były fundusze na ten cel?

Marzena: - Salę na imprezy Mikołajkowe dostaliśmy bezpłatnie, a na teatrzyk po obniżonej cenie. Bilety na pierwsze Mikołajki były sprzedawane kilka tygodni wcześniej, żeby były pieniążki na prezenty.. Na drugie Mikołajki Polskie Towarzystwo Kulturalne wyłożyło część pieniążków z własnej kasy. Na „Czerwonego Kapturka” finanse pochodziły z Fundacji Bluma.

Jola: - Starczyło więc pieniędzy na scenografię i wypożyczenie kostiumów. „Mikołajki” już zarabiają na siebie. Oczywiście, nic by z tego nie wyszło, gdyby nie fantastyczna grupa chętnych do pomocy i współpracy. Marzenie nie wypada o tym mówić, więc dodam sama, że ma ona charyzmę i pragnie, aby Dom Polski był prężnie działającym ośrodkiem dla nas wszystkich, także - przyszłościowo - dla tych małych polonusów, dla których organizujemy te imprezy.

Marzena: - Gdy wybrano mnie do zarządu Dom Polski Art Club na każdym kroku słyszałam, że brakuje wolontariuszy, że młodzi nie garną się do pracy społecznej. Przyszła mi myśl, że jeśli zaczniemy robić imprezy dla najmłodszych, jeśli dzieci będą przychodzić do Domu Polskiego z ochotą, to może w przyszłości wyrosną z nich nowi pomocnicy. Tu chciałabym dodać, ze mój syn nie stroni już od pójścia do domu polskiego, a nawet chętnie pomaga na przykład przy ubieraniu sali.

Dziękuję, gratuluję i życzę kolejnych sukcesów.
Fundacja im. Stanisława Bluma

Zmarły w 1998 roku Polak - Stanisław Blum - zostawił testament, w którym ogromną kwotę ponad jednego miliona dolarów przeznaczył na potrzeby Polonii w Australii, a ściślej mówiąc dochód z niej ma pomagać w nauczaniu języka polskiego i kultury w szkołach podstawowych, średnich i wyższych w Australii (włączając szkoły sobotnie, szkolne i harcerskie obozy letnie, organizacje i wszystkie inne miejsca, do których uczęszczają Polacy w celach edukacyjnych związanych z językiem i kulturą).

Życie Stanisława Bluma, młodego oficera polskiego wojska, podobne jest do życiorysów wielu ludzi, którzy przybyli do Australii tuż po II wojnie światowej. W Australii podzielił on los wielu mężczyzn, którzy nigdy nie założyli tutaj rodzin, żyli skromnie z boku przyglądając się życiu innych.

Inżynier Stanisław Blum oprócz pracy zawodowej, udzielał się w organizacjach polonijnych. Był w Melbourne postacią znaną i popularną w kręgach Koła Techników Polskich, którego był współzałożycielem i pierwszym prezesem. Interesował się również sztuką. Rzeczy materialne, poza książkami, nie miały dla niego znaczenia. Żył bardzo skromnie.

Po jego śmierci okazało się, że w teczce z dokumentami znajdują się stosy podziękowań i dyplomów od organizacji społecznych na całym świecie, od osób prywatnych, od rodziny w Polsce. Wszystkim chętnie pomagał. Wspierał różne organizacje... Lubił komuś coś dać, bo sprawiało mu to przyjemność.

W wieku 65 lat przeszedł na emeryturę i do śmierci mieszkał w Boronii w Melbourne. Zmarł 12 kwietnia 1998 roku w pierwszy dzień Wielkanocy. Został pochowany na Cmentarzu w Heidelbergu w Melbourne.

Żył 89 lat. Australijskiej Polonii zostawił w testamencie ponad milion dolarów.


Rozmawiała Lidia Mikołajewska


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011