Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Quo vadis Domu Polski?

Panorama, luty 2005

Zarząd Centralnego Domu Polskiego to w zasadzie sprytna „łapka” na nałogowych ochotników


Powoli wykrusza się pokolenie „żołnierzy” i społeczników, które stworzyło i doglądało Dom Polski przez okres jego rozkwitu. Ostatnio odeszli kolejni, ś.p. Antoni Bartkowiak, który przez lata wraz z żoną Ewą pracował tam praktycznie codziennie. Tydzień wcześniej podobnie oddany, ś.p. Tadeusz Żukowski, dawny barman i sumienie DPC. A pół roku temu wszechstronny ś.p. Tadeusz Giełtowski.

Ci nieliczni, którzy są jeszcze aktywni, chcieliby odpocząć i przekazać działalność w dobre, najlepiej młode ręce. Nie jest to jednak takie proste, bo odpowiednie utrzymanie domu wymaga ogromnego nakładu pracy i pieniędzy a „nowa” emigracja nie jest aż tak liczna i skonsolidowana jak ta tuż powojenna.

Dusza Polaka?

Dom Polski to nader trudna w użytkowaniu struktura. Zaprojektowany był chyba na wzór polskiej duszy, ambitnie i z rozmachem, ale w sposób tak skomplikowany, że nie ma tam dwóch podobnych pomieszczeń, cenna przestrzeń gubi się w zaułkach i korytarzach, a dach ma profil nie mniej urozmaicony niż polskie Tatry.

Najważniejsza jest teraz kuchnia czyli „maszynownia” tego ogromnego statku, jakim jest Dom. Kierowana jest ona przez wszechobecną promienną Danusię Najnert wraz z wiernymi mistrzyniami patelni: Marysią Hodyl, Helenką Tkaczyk, Stefcią Horvath, Walą Sobecką, Emilią Cuch, Betty Giełtowski, Marią Kordysz, Ireną Szumlińską, Emilią Pudełko, Stasią Michałowską oraz Czesią Albinger i Krysią Kwapisz, które dołączyły ostatnio. Owa niestrudzona kuźnia polskich potraw oferująca obiady niedzielne oraz te dla seniorów i obsługująca rozliczne imprezy, jest zawsze sprawna, mimo kryzysów niewidocznych dla gości bawiących „na pokładzie”. Kuchnia działa na pełnych obrotach mimo kradzieży najważniejszej maszyny, tej do krojenia mięsa. Jak na razie bezskutecznie usiłujemy znaleźć odpowiednik na aukcjach lub przez znajomości – może ktoś z Czytelników wie o możliwości zakupu używanej „meat slicer”?! O awarii zmywarki do naczyń Panorama już wspominała: po rejteradzie „fachowca” z serwisu panowie Gnyp, Sobecki i Skrzypczak odsunęli tę półtonową maszynę od ściany i znaleźli pęknięty pływak. Radość była krótkotrwała, bo ów szczyt techniki lat sześćdziesiątych wciąż zacinał się plując wodą w odwrotnym kierunku, to znaczy na nas. Następny tydzień grzebania mojego i Ryszarda Jasińskiego ujawnił jeszcze zapchane pestkami rury rozpryskowe, zacięty timer, zaoksydowane kontakty... Wkrótce jednak maszyna ruszyła. A na nową zmywarkę musielibyśmy wydać ok. $6000.

Wspominam te detale, by pokazać jak czasochłonne są reperacje i jak dalece muszą one opierać się na społecznikach: większość sprzętu DPC osiągnęła kres swej używalności i uszkodzenia są częste. Konserwacja kosztuje, na przykład zapłaciliśmy ostatnio słono, gdy czas naglił, bo nawalił silnik centralnej chłodnicy.

Acha! W Zarządzie mamy dwóch dzielnych ale skromnych elektryków, Ryszarda Jasińskiego i Marka Pawlaka, którzy mimo poważnie nadwyrężonego zdrowia zawsze są w pogotowiu. Nikt im nie płaci, a więc najczęściej nikt nawet nie wie, że właśnie unikamy kolejnego wydatku.

Jak cię widzą tak cię piszą

Żeby przyciągnąć poważniejszych klientów musimy zadbać o własną prezencję. Inicjacji dokonała wprawdzie sama Basia, w pierwszych tygodniach swojej prezydentury osobiście malując łazienki i wymieniając biurka, a nawet porządkując frontowy ogródek, ale to tylko początek, bo potrzebna jest konserwacja gruntowniejsza: zmiana dywanów, odświeżenie parkietów, nieścieralna ceramika na froncie, zmiana lamp na jaśniejsze i ładniejsze itd.

Moją obecną rolą jest koordynacja takich technicznych prac – nie ukrywam, że najczęściej koordynuję siebie samego, ale nie narzekam, bo kształtuje mi to osobowość i wyrabia charakter. Na szczęście pomagają nam... Chiny Ludowe, bo ich technika z importu obniża koszty. Niestety, nie dotyczy to lokalnej robocizny, więc musimy opierać się na pracy ochotników. Naturalnie, zaczynamy od cieknącego dachu i rur instalacyjnych. Dach był łatany od lat, głównie przez p. Alberta Walenczykiewicza, którego żona Genia działała w kuchni, a obecnie w biurze. Zresztą Albert (ten na zdjęciu pocztu sztandarowego w świątecznej Panoramie) pomagał razem ze ś.p. Tadeuszem Giełtowskim w wielu newralgicznych miejscach. A na dachu prawdziwym majstersztykiem jest zdublowane pokrycie z blachy izolujące wodę od wielu obszarów, gdzie spadek jest odwrotny niż trzeba, kreując rdzawe bajorka (partactwo budowniczych Domu). W dodatku woda sączy się też przez pozbawiony kafelków balkon.

A więc zostało sporo do zrobienia i to w najbliższych miesiącach. Nie mówiąc już o sprzątnięciu liści, przycięciu gałęzi, wymyciu 24 filtrów powietrza i naładowaniu dwóch kompresorów. A może ładny widok z dachu zachęci ochotników? Kto ma ostrą piłę na drągu? Kto może ładować gazem kompresory? Kto lubi bawić się szlauchem? Kto umie kłaść kafelki ceramiczne?

Lep na działalność

Zarząd DPC to w zasadzie sprytna „łapka” na nałogowych ochotników. Tradycyjnie, codziennymi naprawami zajmowali się panowie Zenek Sobecki i Władysław Gnyp, którzy zaledwie ustąpili z Zarządu, a już chcą wrócić z powrotem, co cieszy.

Obecnie każdy robi ile może niezależnie od funkcji, np. Tadek, nasz elegancki”dyskhetnie grasejujący sekhetarz” jednym telefonem załatwił dwie „konsulowe” ławki na froncie Domu, a potem wykazał uzdolnienia manualne wymieniając i dopasowując jedenaście zamków w ciągu jednego popołudnia. Niestety wymiana zamków to konieczność, bo ukradziono nam dwa wzmacniacze akustyczne. Odszkodowanie z firmą ubezpieczeniową załatwia sam Jurek Syrek, więc chyba coś wskóra!?

Szczęśliwie, kupiłem bardzo okazyjnie na aukcji piękny mikser z dwukanałowym wyjściem mocy, znanej firmy Peavey. Trzeba go podłączyć (chyba po przykuciu łańcuchami do sceny, gdy tylko ją wysprzątamy).

Kto mi pomoże w instalacji nagłośnienia?! DPC znam od roku 1981, ale głównie od strony jego akustyki (a właściwie jej braku), bo pomagałem z dźwiękiem i światłem najpierw teatrowi ś.p. Ryszarda Krzymuskiego, a później zespołowi „Tatry”. Dopiero niedawno, kiedy znalazłem się w Zarządzie DPC i obejrzałem cały budynek włącznie z dachem, zorientowałem się jakie poważne czekają nas konserwacje.

Szukamy Onassisów

Lista napraw jest długa a budżet skromny, więc musimy się uzbroić w cierpliwość, no chyba że Basia znajdzie przez męża dojście do rodziny Onassisów. Niektóre pozornie błahe problemy wcale takimi nie są, np. piękne kandelabry u sufitu sali balowej, w których wymiana żarówek z czubka drabiny grozi śmiercią lub kalectwem. Ponieważ aniołów nie znamy, to chcemy zmienić konstrukcję tak, by kandelabry były opuszczane do konserwacji.

Na szczęście, z ofertą wszelkiej pomocy i darmowych części przyszedł p. Dariusz Ross – oryginalny projektant oświetlenia! Przy okazji modyfikacji zamierzamy powiększyć rozmiar oprawek i tym samym zwiększyć siłę światła.

Gwoździem sezonu byłaby oczywiście z dawna zapowiadana winda. Z przodu, po prawej stronie drzwi frontowych, znaleźliśmy doskonale pasujące miejsce na jej instalację – zaczniemy gdy tylko znajdziemy gdzieś owe potrzebne $100,000.

Naturalnie czeka nas także żmudna stopniowa wymiana zużytych dywanów w obu salach, ich malowanie, konserwacja drzwi i rozmaite roboty murarskie (np toaleta inwalidzka i nowe ścianki, by wykorzystać martwe miejsca). Nazbierało się sporo, bo pamiętajmy, że przez ostatnie 5 lat, po sprawiedliwych pewnie, ale kosztownych, sporach sądowych zainicjowanych przez prezesa Mazurczaka, kolejny Zarząd z Prezesem Jurkiem Syrkiem musiał drastycznie ograniczać wydatki, by spłacać długi. Doszło nawet do tego, że raz zabrakło kilku tysięcy na elektryczność i tylko dzięki prywatnej pożyczce nie odłączono prądu.

Era reparacji

A więc dopiero minął ten szary i pełen wyrzeczeń... Etap Wojny.

Tak, Dom Polski doskonale pasuje na symbol Ojczyzny przechodzącej swoje historyczne fazy. Skończyła się więc wojna, długi zostały spłacone i na odpoczynek zasłużył sobie wprawdzie Prezes Syrek ale nie Dom, bo nie możemy go zamknąć. Trzeba go codziennie wynajmować, reperować, sprzątać itd. Weszliśmy więc w fazę Sprzątania i Reperacji pod miłościwym panowaniem zaciętej i pedantycznej Basi Satrazemis, która pracuje tu prawie codziennie. Jak długo to wytrzyma? – pytają znajomi i rodzina. Wolontariuszy bowiem jest za mało jak na bieżące potrzeby. Z „nowych” do malowania, porządków i dekoracji pospieszyli Stan Guziński (ten kierujący ciekawym portalem Australink) i Janusz Świątczak – specjalista od IT a z tzw „starych”, panowie Stanisław Łysakowski i Piotr Sypek, nie licząc niezawodnych Pawła, Ewy, Zosi i Bernie – seniorów z zespołu „Tatry”.

W biurze zwykle pracowali ostatnio: Ewa Bartkowiak – nasz Anioł Skarbnik, dawniej Ania Wiktorzak – niestrudzony wydawca „Panoramy”, Jola Świrkowska, Hanka Mikucka, Zofia Młotkowska, Genia Rutkowska, Ludwik Oleszczak (to on przyprowadził radio FreshFM – naszego najbardziej dochodowego lokatora) i Danusia Hyży. I inni pomagający bezpłatnie w barze, sprzątaniu, naprawach, poza już wymienionymi to: Victor i Iza Sobolewscy (prowadzący kasę obiadów), Józef Oleszczak, Zenon Rogalewicz, Irena Janiszewska, Irena i Mieczysław Wilkosz, Ania Lichoń, Krysia Kubiak, Ewa Paradowska, Jagoda Syrek, Genia Glapa, Halina i Edmund Stefanicki, Basia Sikorska, Basia Warcok, Jan Stachowicz, Witek Seweryn, Marek Kobylecki oraz panowie Kolarz i Smith.

Nazwisk jest więcej i przepraszam, że nie wymieniam tych z przeszłości i z grup w obrębie DPC, takich jak „Tatry”, Polskie Towarzystwo Kulturalne, Chór, Biblioteka czy Klub Seniora.

Może przeczytamy o nich we wspomnieniach byłego prezesa, pana Stanisława Gotowicza.

Niech nie zmylą nikogo zdrobnienia imion, bo większość to ludzie w poważnym wieku. Powraca więc pytanie: czy późniejsza emigracja, mniejsza i bardziej rozproszona niż ta wojenna, będzie w stanie wyłonić z siebie dostateczną ilość oddanych sprawie pomocników?

Ale właściwie w jakiej sprawie? – zapytacie.

I tu nareszcie docieramy do istoty sprawy, z nadzieją, że te spłacania, reperacje i sprzątania za darmo, kosztem wolnego czasu i zdrowia nie są tylko nawykową terapią zajęciową grupy niegroźnych psychopatów wspierających interesy lokalnego banku, ale działalnością prowadzącą do jakiejś nadchodzącej

Fazy Ważnego Celu

Myślę więc że pora byśmy podyskutowali nad rolą DPC na łamach „Panoramy”, czyli oficjalnego miesięcznika Centralnego Domu Polskiego (subsydiowanego jednak tylko przez wydawcę, Anię Wiktorzak).

Poprzednie pokolenie miało chyba perspektywę jaśniejszą – po prostu tworzyło polskie centrum przechowujące wartości zaniedbywane przez kosmopolityczny prosowiecki reżim. A my?

Czy chcemy stworzyć najbardziej dochodowe na Pacyfiku Centrum Polskich Pierogów?

A może oszołomić obcojęzyczną ludność złotem naszych kandelabrów i zapachem tualet?

Żarty żartami, ale okazuje się, że podobne problemy stoją przed placówkami na całym świecie.

A tymczasem nasz „statek” płynie do przodu zostawiając za sobą jedno pokolenie i przygarniając następne. Płynie on bowiem w czasie przypominając nam przeszłość, w której świat był ciekawszy niż telewizja.

Cywilizacja wirtualna, a Husaria i Narodowa Integracja

Gdy z podkuszenia Brezesa (tzn Byłego Prezesa) Jurka, zwołałem grupę dyskusyjną do sprawy odświeżenia portalu DPC i inicjacji Kafejki Internetowej, to przyszło mi do głowy, że być może nasze przeniesienie się na ekran komputerów z ich darmowym milionem kolorów rozwiąże wszystkie kłopoty i niczego już nie trzeba będzie reperować, może poza wzrokiem. Komputerowy wyga i „praojciec” pomysłu Henryk Przychodzeń zbadał wstępnie dwa PC podarowane dla Kafejki przez George'a Kruszewskiego, a ja komponuję bogatszą w treść stronę internetową. Czekamy na zaproszenie od Prezesa – Basi i kącik w DPC. Ale czy może wystarczyć nam świat wirtualny – to sprytne politycznie rozwiązanie problemu przeludnienia i energii?

A może teraz trzeba działać inaczej, efektywnie i komercyjnie, bo skończyła się epoka społeczników? Na przykład byłoby wzajemnie korzystne, gdyby Kafejka służyła prowadzącym ją wolontariuszom jednocześnie jako platforma dla własnych byznesów.

Drzewiej w porze karmienia matka mówiła do mnie: „Towarzyszu Synu” (wspominając skecz z warszawskiego kabaretu "Dudek"), ale w obecnym świecie oferowałaby raczej ssanie matczynych piersi w systemie długoterminowych kredytów. Świat wpada w skrajności. Cóż, jeżeli siłą napędową naszej cywilizacji jest bezmyślność to... przynajmniej nie grozi nam kryzys energetyczny. Dom Polski w całości może zwyczajnie okazać się zbyt trudny na dochodowy biznes w prowincjonalnej Adelajdzie i nie wystarczy pieniędzy na płacenie za wszystko. Bo jeżeli zapłacimy tylko Iksińskiemu, to inni się przecież obrażą i znikną.

Jeżeli Dom jest za duży na nasze potrzeby społeczne, a nie chcemy go sprzedać, to należałoby finansowo wyodrębnić części komercyjne (takie jak obecny lokal wynajmowany stacji FreshFM), z których dochód byłby używany najpierw na konserwacje ich infrastruktury.

Co do reszty Domu, to uważam, że stary system socjalnej współpracy i napędzającej ją patriotycznej symboliki jest zupełnie dobry tak długo, jak długo istnieje narodowa integracja. No a jeżeli jej kiedyś zabraknie... no to po prostu nie będzie wtedy do kogo i o czym pisać.

Wprawdzie dach nam rdzewieje i cieknie, ale Husarz jest jeszcze nietknięty – na początek więc byłoby dobrze, by nasze dzieci nie pytały czy ta rzeźba z przodu to postać z Harry’ego Pottera czy może z powieści Lord of the Rings? Pomyślmy jak to osiągnąć – zapraszam do dyskusji.

Prosimy osoby oferujące dowolną działalność w naszej wesołej kompanii o telefon do Domu (8223 3884), albo e-mail do mnie lub do Basi, a teoretyków – do dyskusji na łamach „Panoramy”


Piotr Leśniewski

fot: Radosław Czyż


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011