Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012
Pożegnanie (?) z Polaną
Panorama, październik 2002

O wspaniałym domu i zagrodzie na australijskich wzgórzach





Ciekawa jestem czyich modlitw Pan Bóg wysłucha? Nie brakuje przyjaciół, którzy prosto do nieba ślą prośby o to, by Kocurowie pozostali na miejscu i nigdzie się nie wyprowadzali.

Albin Kocur

Albin Kocur

— Jaką decyzję podjąć? Pożegnać się z Polaną? A może pozostać na miejscu? Wprawdzie wystawiona jest do sprzedaży, ale... Modlimy się o mądrą decyzję, bo wszystko w boskich rękach — przyznają Lidia i Albin Kocurowie, którzy nie potrafią, a może nie chcą ostatecznie zdecydować, czy wyprowadzić się z Polany, czy tu pozostać ku uciesze i radości wielu przyjaciół tego sławnego domu.

— Naprawdę żyje się tu świetnie — wzdycha pani Lidia. — Ptasie trele słyszymy od świtu do nocy, a jest nawet taki ptak, który nocą nam wyśpiewuje. – To po prostu przedsionek raju — dodaje pan Albin. — Nawet jak się z żoną posprzeczam, to nikt nie usłyszy, najwyżej pies zaszczeka... — żartuje.

Za oknami domu australijskie wzgórza wzbogacone polskim srebrnym świerkiem. Łatwo je sobie wyobrazić porośnięte winoroślą, drzewkami oliwnymi, krzewami czarnej jagody albo porzeczki... Ale obecny widok też jest piękny i nietypowy. Na 23 akrach ziemi biegają rusery, sarenki i daniele. Jesteśmy bowiem w pierwszej w Południowej Australii farmie otwartej dla publiczności piętnaście lat temu.


To Polana Deer Farm Park w Nangkita tuż obok Mount Compass – wielka atrakcja na turystycznej trasie z Adelajdy do Victor Harbor, o której przeczytacie we wszystkich przewodnikach. Przewodnicy z biur turystycznych Polanę lubią i chętnie prowadzą tu wszystkie wycieczki.

W dole szemrze potok, który (rzecz w tym kraju rzadka) nigdy nie wysycha. Pewnie dlatego, że wciąż dopełnia go źródlana woda z głębi ziemi, bogata w minerały, o fantastycznym smaku i zapachu... Więc wyobrażamy sobie z panem Albinem dorodne pstrągi albo raki, które na pewno rosłyby i czuły się w tej wodzie fantastycznie...

Jelonek

Obszerny, wygodnie urządzony dom schowany w kotlince. Zawsze gościnny, do którego – polskim zwyczajem – można wpaść o każdej porze i wypocząć we wspaniałej atmosferze, którą wielu przyjaciół tego domu zdążyło już poznać. Więc jak się stąd wyprowadzić po tylu szczęśliwych i bardzo pracowitych latach tu spędzonych? — Sił do pracy już nie ma i zdrowie nie to, co dawniej — mówi pan Albin. — Jest to bowiem doskonałe miejsce dla czterdziestolatków i młodszych wiekiem, którym zapału do pracy nie brakuje i pragną uczciwie się dorobić. Zakładając na wzgórzach gaj oliwny, na uprawie i produkcji wina, hodowli pstrągów, saren, bydła... A może przyszły właściciel wymyśli sobie inne atrakcyjne zajęcie? Możliwości widzę wiele w miejscu, gdzie klimat i gleba są świetne, a doskonała woda za darmo.

— Dwadzieścia lat temu, gdy kupowaliśmy tę farmę, wzgórza porośnięte były dziko rosnącymi jeżynami, praktycznie nie do wytępienia — wspominają państwo Kocurowie. — I wtedy ktoś nam podpowiedział, by na te jeżyny wpuścić sarny, a one wyczyszczą teren do pnia. I tak zrobiliśmy, a przy okazji okazało się, że trafiliśmy w przysłowiową dziesiątkę. W tym czasie zapanowała w Australii wielka moda na dzikie mięso, która trwa do dziś. Ze zbytem dziczyzny nie ma żadnego kłopotu, bo to „król czerwonego mięsa”. Wyjątkowo zdrowe, bez tłuszczu i cholesterolu, z największą ze wszystkich mięs ilością białka. Doktorzy zalecają je ludziom chorym na serce i miażdżycę. Znajomy rzeźnik robi nam z sarniny parówki, polską kiełbasę, salami, kabanosy zwykłe i peperoni, pasztetową, sznycle, hamburgery, szaszłyki... Smak naszego bigosu myśliwskiego, który gotuje się przez trzy dni i zapieka dodatkowo w piekarniku, znają wszyscy uczestnicy dorocznych Dożynek w Adelajdzie.

Dożynki

Smak dziczyzny znają także uczestnicy adelajdzkich Dożynek

Goście, którzy przez lata odwiedzali Polanę, na pewno nie zapomną smaku dziczyzny serwowanej w przydomowej stołówce. Niektóre domy zdobią do dziś wspaniale wyprawione skóry z danieli, saren i ruserów oraz poroża. Niejedna elegantka nosi kostium z mięciutkiej sarniej skórki. Bo to wspaniałe zwierzęta, z których nic się nie zmarnuje i wszystko można wykorzystać. A ponadto są łagodne, a te oswojone można pogłaskać i wszystkie swoje żale im wypowiedzieć. Zwierzęta to świetni słuchacze. Gdy człowiek im na ramieniu głowę położy, „pogada”... to wszystkie nerwy puszczą i poczuje się lepiej. Lekarze o tym też wiedzą, więc zalecają ludziom chorym i znerwicowanym wycieczki do Polany. Przyjeżdżają więc starzy, chorzy, ułomni na wózkach inwalidzkich i niewidomi... Głaszczą zwierzęta, rozmawiają z nimi, po czym odjeżdżają szczęśliwsi. — I tego właśnie nam żal — mówią państwo Kocurowie. — Gdy można pomóc innemu człowiekowi, życie staje się lepsze i pełniejsze.

Tak mówią „dwa bidoki bez rodziny”, jakimi byli 37 lat temu, gdy po długiej, miesięcznej morskiej podróży przypłynęli z Italii do Australii. To określenie pani Lidii, która po tylu pracowitych latach spędzonych w tym kraju, żadnym „bidokiem” na pewno się już nie czuje i nie jest. Dziś zdecydować nie może (albo nie chce), czy zrezygnować z Polany i wyprowadzić się do nowego domu w Adelajdzie, czy może odwrotnie? Sprzedać dom w Adelajdzie i pozostać w Polanie?

Ciekawe co los przyniesie...


Lidia Mikołajewska

Dopisek z października 2004 roku: Państwo Kocurowie nadal mieszkają w Polanie.

L.M.


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011