Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Samotni w tłumie

Panorama, wrzesień 2004

... osoby które decydują się na emigrację, to jednostki obdarzone wielką energią, wielką wiarą we własne siły i ufnością w przyszłość...


To był rok 1982. Po nabożeństwie w Kościele w Royal Park podeszła do nas pełna pogody ducha starsza pani. — Poznajcie się, to pani Maria — rzekła siostra Jadwiga. — A to pan Stanisław, nowo przybyły emigrant z Polski — przedstawiła mnie.
— Jak się panu podoba Australia?
— Jestem oczarowany — odpowiedziałem na pytanie Marii. — Dużo słońca, owoców,
uśmiechniętych ludzi, a jeszcze do tego śpiewamy jak w rodzinnej wiosce — zachwycałem się.
— Jeżeli tak, to będzie panu dobrze. Ma tu pan kogoś z rodziny?
— Tak, dużo życzliwych ludzi, jak pani.
— Przeżyłam i widziałam w życiu wiele. I choć mam już 69 lat czuję się dobrze.
— Czy może pani podzielić się swoim doświadczeniem czy wspomnieniami?

Wyznania Marii: – sama samiuteńka

— Nie lubię wracać do smutnych wspomnień, ale trudno je pominąć — rozpoczęła swoją opowieść Maria. — Kiedy byłam w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück, widziałam ludzi psychicznie słabych, ale ich silna wola przetrwania pomogła im przeżyć. Znałam też silnych fizycznie, którzy załamali się, gdyż przedwcześnie powiedzieli sobie: — Nie! Tego nie wytrzymam, już stąd nie wyjdę!... Ci rzeczywiście nie wrócili.

Należałam do tych pierwszych, dlatego żyję. Po wojnie poznałam męża. Wspólnie zdecydowaliśmy wyjechać do Australii. Mieszkam blisko i zapraszam na herbatkę.

Ten domek, to owoc ciężkiej pracy, olbrzymich wyrzeczeń. Sąsiedzi Australijczycy widząc jak pracujemy, budujemy, mówili: — Patrzcie! Wkrótce milionerami zostaną!

Nie zostaliśmy milionerami, lecz wiodło się nam dobrze. Kiedy wydawało się że mamy już wszystko, zmarł mąż. A potem dzieci, syn i córka, wyfrunęły z domu jak pisklęta. Na swoje. A ja zostałam sama, samiuteńka.

Długo nie mogłam przyjść do siebie. Miałam nawet ochotę wrócić do kraju. Na szczęście szybko zrozumiałam, że zmieniłabym tylko miejsce, a cierpienia i samotność pojechałyby ze mną. Wiedziałam, że albo podejmę swój krzyż, albo on mnie przygniecie. Młodzi chcieliby, abym sprzedała dom, przeniosła się do nich, ale ja czuję się swobodnie u siebie. Czasem wyobrażam sobie, że pofrunę. Będzie tak, jak było tyle razy, gdy wyjeżdżałam w daleką podróż.

Uporządkowałam już swoje rzeczy – zostawiłam w kopercie ostatnie zlecenia, testament.

Często śnią mi się moi bliscy. Czasem są smutni, czasem weseli. Budzę się i jeszcze słyszę ich głosy. Nie boję się śmierci. Można żyć młodo mając 80 lat, bo młodość nie liczy się latami, jest to stan umysłu, serca... Często bywa darem natury.

Zapadł wieczór. Czas wracać do domu. Dlatego z życzeniami optymizmu żegnałem panią Marię.

Wszyscy koledzy Lecha

Kiedy po raz pierwszy przekroczyłem bramę zakładu pracy, miotały mną mieszane uczucia. W Polsce każdy miał tytuł. Mówiło się „panie inżynierze”, „panie magistrze”, „kierowniku”, „prezesie”. A jak ktoś tytułu nie posiadał, to mówiło mu się zwyczajnie „szefuniu”.

A tu, w Australii? — What is your name?. — Stasiu!

Odtąd wszyscy mówią mi po imieniu.

Myślałem sobie dwojako: skoro zwracają się do mnie po imieniu, to już są moimi przyjaciółmi. Była też inna możliwość: jestem obcy, więc nic dziwnego, że nie mają do mnie szacunku i lekceważą mnie.

Upłynęło wiele czasu nim zrozumiałem, że nie mieli czasu ani cierpliwości na ugrzecznienia, konwenanse, tytuły, owijanie rzeczy w bawełnę i inne takie duperele. Owszem, okazali się wyrozumiali na moją nieznajomość języka, wyjaśniali, informowali, ale oficjalne grzeczności zostawiali na specjalne okazje lub spotkania towarzyskie. Przechodzenie na „ty” niczego nie dowodzi, a ułatwia życie!

Wkrótce to zrozumiałem.

Podczas „lunchu” Australijczyk zadał mi takie pytania: — Znasz Lecha Wałęsę? Siedziałeś w więzieniu? Wszyscy Polacy, których znam, powiadają, że są kolegami Lecha i opowiadają o pobycie w więzieniu.

— Nie siedziałem, ale wszyscy jesteśmy nosicielami idei Solidarności — odrzekłem. — Czujemy się duchowo spokrewnieni z Lechem. Wszyscy marzymy, aby Polska była Polską, abyśmy nie musieli wywozić naszej młodości, wiedzy, doświadczenia na obczyznę.
— Wy Polacy — rzekł — jesteście dziwnym narodem. Umiecie dobrze pracować, szybko się dorabiać, macie tysiące pomysłów, na które innych nie stać przez całe życie.
— Tak, to prawda, że wolimy umierać stojąc, niż żyć na kolanach w narzuconym systemie — odpowiedziałem.

Wyznania Antoniego i Agnieszki – koniec z marzeniami!

W pubie rozmawialiśmy chyba zbyt głośno, co zwróciło uwagę starszego pana. Przedstawił się i poprosiliśmy go do stołu. Po wstępnych: — Gdzie? — Kiedy? — Skąd? i po drugim piwie Antoni rzekł: — Jak myśmy przyjechali, to spaliśmy w namiotach, za potrzebą chodziło się w krzaki i zarabiało się 7 funtów na tydzień.

Po wielu latach trudu mam rodzinę, dom, samochód. Dom mi już dawno bokiem wychodzi, harowałem na niego bardziej niż fornal we dworze. Z tą różnicą, że fornal po robocie walił się pod pierzynę, podczas gdy ja po dziennej zmianie brałem nocną. Dzień po dniu, żadnej rozrywki!

Dziś łamie w krzyżach, dokucza serce, jem kiedy nie jestem głodny, kładę się spać bez potrzeby snu, a rano wstaję zmęczony... – I co mi pan poradzi?
— Nigdy nie jest za późno pokolorować życie, zrealizować marzenia — odrzekłem. — A co pan lubi? —zapytałem.
— Marzyłem od dawna o podróżowaniu, bo ciągnęło mnie w świat. Ale jak się ożeniłem, koniec z marzeniami!
— Weź pan swoje „tauzeny” do kieszeni, jedź pan z żoną na Hawaje, a po przyjeździe pogadamy — zaproponowałem.

Tak rozstaliśmy się w milczeniu. Minęło kilkanaście miesięcy, spotykam Antoniego i wołam: — Co u pana? Jak było na Hawajach?

A on na to: — Idź pan do ch... z tymi Hawajami!
— A to niby dlaczego?
— Wie pan co? Jak tylko wspomniałem mojej aby jechać razem, to ona na mnie z wrzaskiem: —„ty stary pryku! Hawajek ci się zachciewa, co?! W kościach cię łamie, korzonki bolą, a ty na Hawaje!!! Dach przecieka, dom wymaga naprawy, a ty co!?”

W końcu uległem, może ma rację, zresztą do pubu bliżej niż na Hawaje, chodź pan do nas, niedaleko mieszkamy.

W progu powitała mnie żona Antoniego, Agnieszka.

— Piękne macie państwo mieszkanie — zagadałem.
— I ja tak myślę — odrzekła pani domu. — Czy to ja dawniej myślałam, że będę stąpać po dywanach, a do kościoła jeździć Holdenem? Rodzice mieli tylko 6 morgów. Zaczynałam od służby, a potem wywieźli mnie na roboty do Niemiec.

Po wojnie poznałam męża i zdecydowaliśmy się przyjechać do Australii.

Dziś po latach marzę, aby odwiedzić rodzinną wioskę w kraju, chaty słomą kryte. Po nocach śnią mi się wierzby nad stawem, gdzie pasłam gęsi. Chciałabym zobaczyć boćka, który co roku witał wiosnę na dachu. Powiem panu, że nawet chciałabym powąchać wsiowej gnojówki, przejść przez błotnistą drogę do kościoła. Niegdyś szło się tam boso, a buty wciągało przed wejściem do kościoła.

Wyznania Wacka – cicho jak na cmentarzu

— W Polsce w kamienicy mieszkałem i każdy wiedział co się u sąsiada dzieje. A jak z pracy wracałem, to na klatce wiedziałem co u kogo na obiad. Powiesz pan, że to babskie sprawy... Ja bym wolał, żeby tak było, ale co żonie dolega to i mnie boli. Zanosiło się w domu na awanturę, to wypadałem do kiosku z piwem.

A tu, panie, wieczorem, cicho jak na cmentarzu. W obrębie kilku kilometrów nikt mi nie zaklnie po polsku! Żadnych piosenek, ani nocnych pijusów! Wszystko takie kulturalne! Słychać tylko: — „how are you this morning?” czy — „lovely day, isn't it?” Jakaś nudna ta australijska kultura. Nikt nie wpadnie wieczorem zagrać w karty. Nikt z nikim o niczym nie mówi, bo znajomi na drugim końcu miasta...

Panie! My jesteśmy narodem towarzyskim, potrzebującym gromady, stada i zabawy! Nam nigdy nie brakowało okazji do bitki i wypitki! W kupie nam lepiej, raźniej, może mniej kulturalnie, ale za to życiowo, a o to przecież chodzi, aby żyć — ciągnął dalej swą wypowiedź pan Wacek.

Jaka jesteś emigracjo?

Ta dzisiejsza i ta sprzed lat?

Życie na emigracji każdy przeżywa osobiście i na różny sposób.

Dziś nietrudno przemierzyć olbrzymie przestrzenie, rozpakować plecak na innym kontynencie. O wiele trudniej jest rozpoczynać wszystko od nowa.

Tak robotnik, jak inteligent czy rzemieślnik, przechodzi na emigracji nieprawdopodobne przeobrażenia mentalne, społeczne i kulturowe. Emigracja oznacza diametralne zmiany w stylu życia i dla większości jest szokującym doświadczeniem. Dlatego stanowi trudny sprawdzian ludzkich sił i możliwości.

Z dziejów ludzkości wiemy, że emigrowały wszystkie narody. Starożytne i nowożytne. Bez potężnej emigracji nie byłoby Stanów Zjednoczonych czy Australii. Emigranci nieśli za sobą ogromne zmiany. W każdej dziedzinie życia. W skali globalnej jest to proces, który wyzwala ogromną energię, choć niewątpliwie pociąga indywidualne ofiary, dla tych co zmienili miejsce, ale nie siebie.

Malkontenci w PRL-u, w atmosferze powszechnego narzekania, nie rzucali się w oczy. Ale tu, w Australii, poczuli się bardzo dziwnie. Tak szczerze mówiąc nie było na co narzekać!

Uważam, że osoby które decydują się na emigrację – wyjazd z kraju urodzenia, zaczęcia wszystkiego od nowa – nie są osobami przeciętnymi. Są to jednostki obdarzone wielką energią, wielką wiarą we własne siły i ufnością w przyszłość: są indywidualistami.

Tyle wspomnień! Chciałoby się je zatrzymać, a czas biegnie nieubłaganie. Drogi powrotnej nie widzę, jedynie we wspomnieniach. Może dlatego lubimy takie książki jak „Bittersweat Bread” Stanisława Gotowicza czy „Lilie dwóch kontynentów” Floriana Wittholza, a także wspomnienia Zbigniewa Zołoteńkiego.

Dla mnie każde takie spotkanie oznacza nowe spojrzenie na życie emigranta. Co osoba, to inna historia, inny los.


Stanisław Podhalański


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011