Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

„Silly girl” Irenka

luty 2007

– „You are silly girl”! – krzyknął lekarz, gdy zobaczył Irenkę caluteńką w bąblach, pociętą przez komary. Bo kto to widział, żeby w Australii nago spać!?


A to był środek upalnego, australijskiego lata...

– 6 grudnia 1949 roku przypłynęłam z Europy do Melbourne, a stąd do Adelaide. Znalazłam się w hostelu w Pennington. Z jedną walizeczką i sukienką, którą miałam na sobie. Wymęczona podróżą przyrzekłam sobie, że „teraz to sobie odpocznę!” – wspomina Irena Szumlińska swój pierwszy dzień, a raczej noc, w Adelaide.

– Poszłam spać. Rano tak byłam pocięta przez komary, że musiałam pójść do doktora. – You are silly girl – krzyknął jak mnie zobaczył, a ja nie rozumiałam co on do mnie mówi. Dopiero tłumacz mi przetłumaczył, że jestem głupiutka... Przez dwa tygodnie leczyłam zakażenie. I takie jest moje pierwsze wspomnienie z pobytu w Australii – ogromnym, pustym kraju z maleńkimi domkami i żółtą wysoką trawą...

W tej Australii, którą dwudziestoletnia panienka, Irenka, umyśliła sobie na swoje miejsce do życia, bo było dalekie od „Ruskich”. A bała się ich panicznie. Dlaczego? To temat na inną opowieść.

20 lat w życiu człowieka – to niewiele. Bywa jednak, że bardzo dużo zwłaszcza wtedy, gdy trzeba podejmować dorosłe decyzje, które często ważą na całym późniejszym życiu.

Ucieczka Pani Ireny z Polski to świetny temat na scenariusz filmowy. Mogłaby się w nim znaleźć taka oto scena: pociąg na trasie Warszawa–Wrocław–Zgorzelec. W przedziale Irena i Robert – współtowarzysz niedoli, który też szuka szczęścia z dala od komunistycznej ojczyzny. W Zgorzelcu odnajdują drogę do starej elektrowni nad Nysą. Przesiedzieli tam skuleni trzy dni i trzy noce. – Strasznie zgłodniałam! – mówi Pani Irena. – I nagle słyszę, że ktoś po tej elektrowni chodzi. Wyszłam więc ze swojej nory i widzę mężczyznę, który wrzuca węgiel do pieca. Tak byłam głodna i zdesperowana, że było mi wszystko jedno.

Gdy mnie zobaczył, krzyknął: – ach! To pani jest tą osobą, której szukają!? – Tak, to ja. – Niech się pani nie martwi, niech pani tu usiądzie, zaraz przyniosę coś do jedzenia. Zawołałam Roberta. Po chwili palacz wrócił z gorącą kawą i wiadomością, że wszystko w porządku, bo córka zaprosiła właśnie do domu żołnierzy obstawiających granicę. Częstuje ich wódką. Jak się dobrze napiją, wtedy będziecie mogli stąd wyjść. – O! W tamtym miejscu! Widzicie? – Nysa jest węższa i płytsza, przejdziecie ją w bród. Temu dobremu człowiekowi zostawiliśmy w prezencie trochę pieniędzy i zegarek. Niestety, nie wiem jak miał na imię – żałuje Pani Irena.

– Nysa. Oboje z Robertem w wodzie po pas, tylko płaszcz z siebie zdjęłam. Udało się przejść! Po drugiej stronie rzeki, już na terenie Niemiec, leżał ogromny śnieg. Przemoczeni do suchej nitki brnęliśmy po tym śniegu do najbliższej wioski. Przyjęła nas Niemka. Powiedziała, że długo chronić nas nie może, bo w każdej chwili mogą Rosjanie do domu wejść. Dała nam jednak jeść i pić, a mnie jeszcze suche i czyste pończochy.

Dotarliśmy na dworzec kolejowy, złapaliśmy pociąg do Drezna. W restauracji kolejowej zamówiliśmy jakiś bulion.

– Ausweis bitte! – słyszymy z boku. Kolega mówi: – widzisz te drzwi? Tędy musimy wyjść...

25 kilometrów przed nami. Noc piękna i jasna. Nikt nas nie zaczepił. Przyszliśmy w pobliże strefy rosyjsko–angielskiej. Po tej angielskiej stronie czekała na nas upragniona wolność. A w wymarzonej Australii? Najszybciej powitały mnie komary...


Lidia Mikołajewska

(Z cyklu: „Szanujmy wspomnienia”)


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011