Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Szanujmy wspomnienia

wrzesień 2008

Rozmowa z Wacławem Szymaniakiem


Wacław Szymaniak

Panie Wacławie, od jak dawna jest Pan mieszkańcem Adelajdy?

- Przybyłem tu z żoną Teresą i 11-miesięcznym synem Grzesiem 4 kwietnia 1966 roku. Wkrótce urodziła się nam córka Marysia.

Pytam o to, ponieważ jest Pan znanym w środowisku adelajdzkiej Polonii kronikarzem, autorem książki wierszem pisanej „Dom Kopernika. Milczący Ottoway”. W tej książce opisał Pan kawał dziejów mieszkańców Ottoway i okolic, którzy wybudowali Dom Kopernika...

- Proszę pani, rozmawiamy o najliczniejszej i najprężniejszej w owym czasie organizacji polonijnej w Adelajdzie. Zanim postawili oni Dom Kopernika, w czynie społecznym pracowali przy budowie kościoła w Ottoway, sali parafialnej, baraków szkolnych, Domu Dziecka w Royal Park i wreszcie od 1965 roku, na zakupionej własnej posiadłości przy 112 Grand Junction Road.

No właśnie. Wtedy Pana z nimi nie było.

- Ale szybko wszedłem w to środowisko i wkrótce po przyjeździe do Australii zająłem się poszukiwaniem dokumentów, by spisać dzieje polskiej społeczności przybyłej tutaj w trzy lata po zakończeniu II wojny światowej. Nie było to łatwe, bo w tym czasie nikt się specjalnie nie przejmował gromadzeniem takich „papierów”. Żyli, na szczęście, ludzie, którzy wszystko pamiętali. Dodam jeszcze, że w roku 1971 ukazała się na australijskim rynku wydawniczym praca zbiorowa pod redakcją Mariana Szczepanowskiego pt. „Polacy w Południowej Australii” obejmująca lata 1948 – 1968. Zabrakło w niej jednak wzmianki o Kole Polaków Ottoway, które w owym czasie było najliczniejszą i najlepiej pracującą organizacją. Spodziewaliśmy się jednak, że te zaległości będą nadrobione w drugim tomie tego opracowania. Niestety, kolejnego już nie było z powodu choroby i śmierci jej głównego redaktora. Tak więc zebrane przeze mnie dokumenty, relacje i zdjęcia oraz książka, są źródłem wiedzy o tamtych czasach.

Dlaczego Pan to robił?

- Przyjechałem do Adelajdy z rodziną i dwiema walizkami. Nic, prócz siebie, nie mieliśmy. Sąsiedzi nam jednak pomogli. Gdy zaczęliśmy z Teresą budowę domu, nie mieliśmy nawet pieniędzy na depozyt. Wtedy państwo Brzezińscy, Pawliszewscy i pani Ucinkowa pożyczyli nam niezbędną sumę. Pracowaliśmy z żoną na zmiany, w dzień i noc. Sąsiedzi pilnowali nam w tym czasie dzieci. Myślałem wtedy, że jestem najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem na świecie, że nikt nie przeszedł tyle, co ja. I nagle się dowiaduję, że jeden sąsiad przeżył kacet, innego w obozie koncentracyjnym bili i kopali, jeszcze inny harował jak wół na robotach w Niemczech. Wojna ich z kraju wyrzuciła, pozbawiła najbliższych przyjaciół i rodziny, a oni nie narzekają! A tę Polskę daleką kochają i do niej wzdychają! Pielęgnują polską mowę i narodową kulturę! „Milczący Ottoway” oraz druga książka pt. „W nieznanym kraju” - to mój dług wdzięczności wobec tych ludzi.

Bardzo miło jest słyszeć o tym, jak się Polacy szanowali i wzajemnie sobie pomagali...

- Nie do końca tak było. Rozmawiamy o grupie polskiej biedoty, która w 1948 roku zamieszkała w ubogiej, pustynnej dzielnicy, w szałasach i namiotach, na północy Adelajdy. Takie, a nie inne, były polskie początki w Australii. Ciężko pracowali na swoje późniejsze domy i utrzymanie. Inni Polacy, mieszkający być może w bogatszych dzielnicach, nie lubili ich. Wyzywali od „ukraińców”, „chłopków”, „komunistów”. W tym czasie też budowali w centrum miasta Centralny Dom Polski, który wkrótce będzie obchodził swoje 35-lecie. Ale jeszcze wcześniej zbudowano „Millenium” na Enfield. Związek Polaków Ottoway wspólnie z „Enfield'em” redagował Biuletyn Millenium. Redaktorem był Jerzy Dudziński, z pomocą Jerzego Smolińskiego i Kazimierza Jasińskiego. Leon Pilarek i Zbigniew Ślęzak powielali szpalty papieru na matrycach, układali, spinali, adresowali, wieźli na pocztę... Redaktorów Biuletynu było w sumie trzech: Jerzy Dudziński. Witold Woronkowicz i ks. Mirosław Gębicki, który pismo unowocześnił i rozwinął. Redakcja, z którą z przyjemnością współpracowałem, od początku hołdowała zasadom demokratycznym i wolności słowa. Wszystkie organizacje bez wyjątku mogły publikować w nim swoje komunikaty. Takiego pisma w Australii nie było, każde reprezentowało określone poglądy polityczne. Biuletyn był dla wszystkich bez wyjątku. Jeden tylko stawiano warunek: nikogo nie wolno atakować ani obdarzać epitetami.

Skoro z „Millenium” tak wam się dobrze współpracowało, na łamach książki „W nieznanym kraju” pisze Pan o spotkanych tam ludziach niezwykle serdecznie i ciepło, to dlaczego budowaliście jeszcze jeden dom?

- W tej części Adelajdy, na północy, życie polonijne koncentrowało się wcześniej wokół kaplicy świętego Józefa na Ottoway. Gdy kaplica spłonęła, Polacy pomogli w budowie kościoła i sali parafialnej. Ale zmienił się ksiądz, proboszczem został Maltańczyk, który nie rozumiał naszej mowy i pieśni. Doszło do tego, że nawet kolęd zakazał po polsku śpiewać. Oczywiście, takie zakazy niewiele Polaków interesowały... Odsunęli się jednak i wtedy parafia zaczęła podupadać. Ale Polacy już kupili plac z niewielkim budynkiem obitym zardzewiałą blachą. Ten rozbudowany później domek służył nam przez długie lata, ja sam urządziłem w nim przyjęcie z okazji chrztu mojej córki. W tym domku nasze dzieci uczyły się języka polskiego. Ale któregoś dnia Euzebiusz Trepka rzucił hasło: „budujemy!”. I tak to się zaczęło. Plany Domu rozrysował architekt Zygmunt Mokwiński. Euzebiusz Trepka pełnił funkcję kierownika budowy. Prezesem był Leon Bernacki, a Jerzy Andrecki – wiceprezesem i skarbnikiem budowlanym. Gdyby nie Andrecki i Bernacki – to Dom Kopernika wyglądałby dzisiaj skromniej, byłby biedniejszy. Czy pani wie, że nawet zaprzyjaźniony Niemiec, Emil Hoffmann, wylewał nam za darmo fundamenty?!

Tak, wiem. Dzięki Pańskiej książce. I wiem również o Eugeniuszu Wachsbergerze, Austriaku, który założył szkołę w Ottoway. Uczył nawet polskich tańców i pieśni narodowych... Posługiwał się doskonałą polszczyzną. I wiem o wszystkich wspaniałych społecznikach, których wymienia Pan na łamach tej książki.

- Powiem nieskromnie: nikt mnie na temat „Kopernika” nie zagnie.

Zbudowaliście ten Dom w pół roku. I nadszedł moment jego poświęcenia przez przebywającego wówczas w Australii kardynała Karola Wojtyłę...

- Dzień 27 lutego 1973 roku był dla nas wszystkich dniem triumfu, radości i sukcesu. Budowniczowie „Kopernika” poprosili kardynała o poświęcenie Domu. Ogromna w tym zasługa Leona Bernackiego, który dowiedział się o kardynale i napisał do Niego list z informacją o budowie największego polonijnego domu w Południowej Australii. To również zasługa księdza dr. Tadeusza Miksy, któremu – moim zdaniem – adelajdzka Polonia powinna pomnik wystawić. Nie tylko za Dom Kopernika, także za Polish Hill River. I znów... Zaprosiliśmy kardynała Wojtyłę do Adelajdy, ale inne organizacje chciały nam Go odebrać, by witać i gościć po swojemu. Myśleli, że zdołają Dom Kopernika, tych „chłopków”, którzy nie chcieli do Federacji wstąpić, okpić i ośmieszyć. Ale ksiądz Miksa, Bernacki i Andrecki do tego nie dopuścili. „Ja księdzu nie daruję, ja księdzu pokażę!” odgrażał się potem jeden z działaczy Domu Polskiego.

Kardynał Karol Wojtyła uczestniczył w naszym bankiecie wspólnie z biskupami i księżmi. Na tę uroczystość przybył także premier Południowej Australii, parlamentarzyści, cała „śmietanka”. Wszystkich witał, po polsku i angielsku, Jerzy Andrecki. Przemówienie okolicznościowe wygłosił Marian Szczepanowski. Były wiwaty i brawa, korowód zespołu „Tatry” z Eugeniuszem Brzezińskim i Jadzią Zacierowską na przodzie. Śpiewały chóry kościelne, były tańce, popisy, brawa... Karol Kardynał Wojtyła wszystkim błogosławił. I zjadł z nami posiłek przygotowany przez nasze panie.

Historia Domu Kopernika jest wyjątkowo bogata. Czy napisze Pan jeszcze jedną książkę?

- Napiszę, a raczej wydrukuję pod jednym warunkiem: że jej rękopis gotowy do druku, wszystkie fotografie, relacje i dokumenty, które gromadziłem i opracowywałem przez 35 lat, powrócą do mnie. Żądam ich zwrotu, o czym poinformowałem prezesa Związku Polaków i Zarządu Domu Kopernika – Ryszarda Chaustowskiego. Kopię tego listu wysłałem również do wiadomości Konsula Generalnego RP w Sydney. Poświęciłem tej książce wiele lat pracy, własne pieniądze na dojazdy, kopiowanie dokumentów i ponad 300 fotografii, by udokumentować historię tej największej polskiej organizacji w Południowej Australii od początków jej istnienia. Przygotowane do druku materiały zostały wycofane od drukarza, bo podobno były tam „pewne nieścisłości w protokołach i datach dotyczących początków istnienia organizacji.” Te zmiany można było jeszcze szybko wprowadzić. Czy więc trzeba było zabrać mi wszystko?!

Nie spotkałam Pana na uroczystościach 35-lecia Domu Kopernika...

- Niestety, stan zdrowia mi na tę przyjemność nie pozwolił. Poprosiłem jednak Zarząd, by dyplom za moją ówczesną pracę społeczną przy budowaniu Domu Kopernika, przysłano mi na adres domowy.

Serdecznie dziękuję Panu za rozmowę i życzę nie tylko zdrowia, ale i rozwiązania wszystkich problemów.

Rozmawiała Lidia Mikołajewska


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011