Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Pół wieku Polskiego Teatru „Starego” w Adelajdzie (2)

Panorama, luty 2005
Teatr Stary

Drugie dziesięciolecie czyli kurs tańca i polszczyzna

przypomnij sobie odcinek pierwszy


Chociażby patrzeć z wielkim krytycyzmem na działalność amatorską grup teatralnych, to trzeba powiedzieć, że w tym dziesięcioleciu mimo amatorskiego rodowodu KPT (Koło Przyjaciół Teatru) pokazało, że między zawodostwem i amatorstwem przebiega niekiedy bardzo krucha granica.



DERBY W PAŁACU J. Abramowa (1970)
od lewej: M.Białobrzeski, G.Durakowa, St. Weging, R.Izdebski, A.Kiełczewski, D.Kuczerówna, H.Krzymuski, J.Perliński, M.Gawęda, K.Balcerak, L.Ślusarska, J.Demczuk


Obok takich sztuk - jak „Moralność pani Dulskiej”, „Zemsta” czy „Krewniaki”, które są żelaznym repertuarem amatorskich scen pojawiły się sztuki współczesne, do prac scenograficznych zostali zaproszeni doskonali artyści plastycy jak Ludwik Dutkiewicz czy Stanisław Ostoja-Kotkowski, znany ze swych laserowych produkcji, a aktorzy-amatorzy, którzy przed kilkoma laty zaledwie raczkowali na scenie, dojrzali artystycznie.

Reżyser przedstawień Henryk Krzymuski nieco odwrócił się od sztuk kostiumowych, nawet „Żabusię” Zapolskiej pisaną na początku 20 wieku postanowił wystawić w kostiumach nie z epoki. Był to czas rozkwitu komedii Jerzego Jurandota (Trzeci dzwonek, Rachunek nieprawdopodobieństwa), których satyryczne spojrzenie na polską rzeczywistość socjalistyczną, jak się okazało, jednakowo bawiło widzów nad Wisłą i nad rzeką Torrens. Podobną wymowę miały „Derby w pałacu” Abramowa oraz „Teatr św. Franciszka” Brandsteattera, choć ta ostatnia poważniej ujmowała problem ludzkiej godności i... posłannictwa. To do tej sztuki Ostoja-Kotkowski stworzył oprawę scenograficzną, o której do tej pory się mówi. Malowane siatki rozpięte na metalowych ramach, które wykorzystywano potem jeszcze nie raz przy świętowaniu okrągłych rocznic teatralnych - dziś jeśli mnie pamięć nie myli - leżą gdzieś zwinięte pod sceną w Klubie Millennium. Krzymuski miał jakąś słabość do tej sztuki - fascynowało go to „misterium współczesne” jak nazwał swoja sztukę autor. Po 20 latach od premiery chciał ją wystawić ponownie, jednak nowy zespół nie chciał się na to zgodzić. Były jeszcze jakieś przymiarki do wystawienia tej sztuki po angielsku. Pisałam nawet do Bransteattera, czy wyrazi zgodę i zrzeknie się tantiemów i mimo jego przychylnego nastawienia - scenariusz polski ciągle leży tak jak leżał w teatralnej bibliotece jedynie w języku polskim. Tworzenie przedstawień teatralnych to jest jak najbardziej praca zespołowa.

To co widz ogląda na scenie to wynik dyskusji, trzaskania drzwiami, obrażania się, przebaczania sobie, osobistych smaków, sentymentów, upodobań i aspiracji. Jak to robić - aby zachować równowagę między demokracją, a tyranią? „Tango” Mrożka wystawione przez Krzymuskiego było pewnym przewrotem w pojmowaniu spektaklu teatralnego tak przez aktorów jak i przez widzów. Na scenę wpuszczono narratora w osobie młodziutkiej Ewy Sawickiej, która ujęła recenzenta Stanisława Weginga, piszącego o niej w ten sposób „jej miły głos, ładna sylwetka robiły przyjemne wrażenie”. Taki prolog ogromnie się przydał, a mimo to w polonijnych kołach szumiało od rozmów typu „po co nam to było”, ”o co w tej sztuce chodzi”. Melbourneński „Tygodnik Polski” rozpoczął nawet dyskusję, czy w ogóle „Tango” ma jakąś wartość dramatyczną. Reżyser przedstawienia ze swadą i ze szpadą w ręku bronił Mrożka, podpierając się krajowymi tj. polskimi recenzjami. Tak czy owak - dziś „Tango” przeszło już do klasyki i jest jedną z najczęściej grywanych sztuk Mrożka i tłumaczoną na wiele języków. Adelajdzkie „Tango” obejrzało 540 widzów, włącznie z tymi, którzy kupując bilety w kasie sądzili, że Koło Przyjaciół Teatru tym razem zorganizowało kurs nauki tańca...

Początek lat siedemdziesiątych był doskonały, jeśli chodzi o nowy, młody narybek aktorski. Pojawili się ludzie chętni do pracy, dwudziestoparoletni, posługujący się dobrą polszczyzną, co recenzenci często podkreślali - wśród nich był Krzysztof Balcerak zbierający od początku pochwały za swoje role w „Porwaniu Sabinek”, „Derbach w pałacu” czy „Teatrze św Franciszka”. Do teatru też trafił chłopak z Bielszowic, górnik, który chciał zostać rockendrollowcem. To o nim ten fragment recenzji z „Porwania Sabinek” (1969)

„Pozostał na zakończenie Emil - M. Gawęda. Prawda, że brak młodych mężczyzn z dobrą polszczyzną, ale i dobra polszczyzna p. Gawędy nie potrafiła zastąpić braków aktorskich, bo na scenie trzeba, a tego należy się jeszcze poduczyć”.

Jest to chyba najbardziej druzgocąca krytyka jaka mogła spotkać jakiegokolwiek aktora tego teatru na przestrzeni 50 lat... Dziś Marian Gawęda reżyseruje i gra w Polskim Teatrze „Starym” można go obejrzeć w kilku australijskich filmach, m.in w „McLoads daugthers”, a jego debiut w zawodowym teatrze australijskim w „The architect's walk” był skomentowany przez Robin Archer wybitną reżyserkę tak : „Congratulations, you were veeery good”. Jak widać Marian wziął sobie do serca słowa polonijnego recenzenta i... się poduczył. Krzysztof Balcerak grał jeszcze na początku lat 80tych, potem inne społeczne zajęcia nie pozwoliły mu na udział w próbach, które odbywały się dwa razy w tygodniu. Dziś jest prezesem Federacji Polskich Organizacji, a Ewa Sawicka, „której sylwetka robiła przyjemne wrażenie” została żoną Krzysztofa Balceraka.

Jak widać w zespole teatralnym spełniały się marzenia, uczono się tańczyć, recytować wiersze, grać w historycznych kostiumach i mówić językiem, który łączył scenę i widownię.


Ewa Błahij-Leśniewska


(Ciąg dalszy nastąpi)

Tekst oparty na książkach: „Polacy w Południowej Australii 1948-1968”, „Emigranckie igraszki w krainie Kangurów” Henryka J. Krzymuskiego i rozmowach z członkami Polskiego Teatru „Stary” w Adelajdzie.


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011