Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Pół wieku Polskiego Teatru „Starego” w Adelajdzie (3)

Panorama, marzec 2005
Teatr Stary

Trzecie dziesięciolecie czyli od Fołtasiówny do „kobiety nagiej zupełnie”

przypomnij sobie odcinek drugi


Praca w zespole teatralnym stała się najważniejsza obok pracy zawodowej i rodzinnych obowiązków. Garstka zapaleńców spędzała ze sobą nie tylko środowe wieczory, ale również niedzielne przedpołudnia zaraz po mszy. To był czas przeznaczony na próby, które odbywały się w domach prywatnych, później w Centralnym Domu Polskim, a potem w klubie Millennium.

Kiedy nie było prób spotykali się na piknikach w ogrodzie botanicznym, grali w siatkówkę, pili piwo, rozmawiali o sprawach nie-teatralnych. Ale tak naprawdę to łączył ich teatr, mówił mi o tym niejednokrotnie Roman Izdebski, który od samego początku, aż do roku 1995 brał udział we wszystkich przedstawieniach teatru. Jeśli ktoś należał do teatralnej grupy to niejako należała do niej jego cała rodzina. Jeśli komuś z domowników nie odpowiadały godziny prób to, taki ktoś pojawiał się niczym meteor. Grał w jednej sztuce, a potem wycofywał się rakiem, tłumacząc najczęściej, że mąż lub żona postawili ultimatum „ja albo teatr”.

Smutne to, ale zdarza się do dzisiejszego dnia, że z tego powodu zespół traci brać aktorską. Dlatego też raz po raz w adelajdzkiej i melbourneńskiej prasie pojawiały się apele Henryka Krzymuskiego pod hasłem „Polaku, wstąp do teatru". O dziwo, to nie gorące prośby prezesa teatru, ale osobiste kontakty członków zespołu z polskim środowiskiem w Adelajdzie przynosiły oczekiwany skutek. A kiedy i to zawodziło – do grania wyganiano własne dzieci. Zdzisław Samcewicz przekonał córkę Gabi, aby pojawiła się w roli Modelki w sztuce Morstina „W słońcu” (1976), Marian Gawęda – syna Marka, który zagrał Rysiunia w „Przeprowadzce" Rostworowskiego (1985), a w kilka lat później swoją córkę Celinę, którą niektórzy może jeszcze pamiętają ze wzruszającej roli Dziecka („Ich czworo” – G. Zapolskiej) . Być może z tego powodu utarło się przekonanie, że zespół teatralny prowadzony przez Krzymuskiego to zamknięta i niedostępna grupa towarzyska. Nigdy tak nie było. Do zespołu mógł przyjść każdy – choć może nie od razu dostawał do grania pierwszoplanową rolę. Teatr to wielka machina, potrzebuje sporej grupu ludzi, pracujących również za kulisami. Takich, którzy będą dbali o kostiumy, opracowanie programów teatralnych, budowanie dekoracji i suflerowanie. To ostatnie zajęcie jest niesamowicie odpowiedzialne – i jak kronika teatru podaje – ogromnie kształcące. 95 procent osób piastujących na początku swojej drogi teatralnej stanowisko suflera debiutowało później z powodzeniem na scenie.

W trzecim dziesięcioleciu Teatr zaproponowł swoim widzom rozmaitości. Znalazła się tam kolejna komedia Jurandota „Mąż Fołtasiówny", wspomniana już sztuka Morstina, „W czepku urodzona" Skowrońskiego oraz „Żołnierz i bohater" Shawa. Był to ewenement repertuarowy, bowiem później już nigdy nie sięgano po sztuki pisane nie przez polskich autorów.

Koniec roku 1980 stał się w historii teatru pewnego rodzaju momentem przełomowym. Nie tylko ze względu na Festiwal Pol-ART, który odbył się z wielką pompą w Adelajdzie i na którym Teatr przedstawił „Teatr św. Franciszka", opierając się na obsadzie i scenografii z roku 1972. Był to bowiem spektakl, który obejrzeli emigranci, o których się mówiło „nowo przybyli”... Spektakl wywołał takie wrażenie, że niemal nazajutrz do zespołu zgłosiła się grupa zapaleńców, oferując swoją pomoc w przygotowywaniu przyszłych premier. Byli wśród nich również profesjonaliści jak Alicja Zalewska, Jerzy Felczyński, Andrzej Mazanek lub osoby związane z ruchem amatorskim jak Bogumił Drozdowski, Bożena Żyra czy Anna Jeleniewska oraz spora grupa, która w teatralnym zespole szukała jedynie przyjaciół i kontaktów z językiem polskim. Na pewno wszyscy oni mieli wpływ na dzisiejszy kształt teatru. Ich twarze zatrzymały klisze fotograficzne, ich działalność przetrwała w teatralnych anegdotach...

Okładka do programu teatralnego ręcznie malowana według projektu Krystyny Łużnej

Z biegiem lat wielu z nich rozstało się z teatrem nie mówiąc nawet do widzenia, inni w sposób bardziej burzliwy, jeszcze inni w sposób serdeczny, zmieniając po prostu scenę na fotel na widowni. Ale w tych pierwszych latach 80. zespół rozrósł się i wyraźnie odmłodził – Krzymuski był pewny, że mając takie zaplecze może się spełnić jego marzenie – będzie mógł nareszcie wystawić „Wesele” Wyspiańskiego. Jako jedna z osób nowo przybyłych najęta do różnych posług, jak robienie kawy, suflerowanie, zamiatanie sceny oraz mająca jako taką wiedzę teatralną (praca dyplomowa z historii teatru) wmawiałam reżyserowi, żeby zostawił te mrzonki. Sądziłam, że zaniecha tego pomysłu zaraz po pierwszej próbie czytanej. Wiersz Wyspiańskiego okazał się nie do pokonania dla tych, którzy np. tak jak Danka Kuczerówna polskiego nauczyli się praktycznie w teatrze, czy Jurka Demczuka, któremu powierzono rolę Czepca, a on rzucał skryptem i pytał „po jakiemu to napisane?” A ja mu na to: „A po krakowsku”. Nie pamiętam ile minęło niedziel i śród, kiedy język Wyspiańskiego stał się wszystkim bliski. Ba, nawet w codziennych rozmowach cytowano go często i gęsto.

Sama premiera 17 grudnia 1982 w Scott Theatre na adelajdzkim uniwersytecie była wydarzeniem, którego chyba już później nie udało się teatrowi powtórzyć. 30 postaci scenicznych, zespół „Tatry”, Chochołowi przygrywali na skrzypcach Karol Herisz i jego amerykańska żona, członkowie adelajdzkiej orkiestry ABC. Wzruszenie czuło się na widowni i wśród występujących. Jerzy Felczyński w roli Poety grzmiał swoim wielkim głosem wytrenowanym w szkole teatralnej, wzruszony, bo w stołecznym teatrze Komedia miał zupełnie inne emploi, aktor grający rolę Dziennikarza rozpłakał się za kulisami po pięknej scenie ze Stańczykiem, Rachela Kuczerówny była zjawiskowa, a Zdzisław Nowacki w czasie przerwy nauczył się drugiej roli, bo kolega nie mógł się wyrwać z pracy na premierę, zaś scenografia Ostoi-Kotkowskiego zadziwiała swoim realizmem i artystycznym skrótem.

Przygnębieni ogłoszeniem stanu wojennego w Polsce szukaliśmy sztuki aktualnej, drapieżnej, która powie coś o współczesności wprost – bez alegorii jaką operował Wyspiański. I tak doszło do premiery „Świadomości mijającego czasu” Henryka Rozpędowskiego. Sztuki nie wybitnej, ale przedstawiającej realistycznie lata osiemdziesiąte w PRL. Już sam spis postaci: „Kapitan Służby Bezpieczeństwa; Obywatel amerykański, który wrócił na stałe do Polski w roku 1980" sugerował o czym ta sztuka będzie.

Zespół jednak miał już dosyć polskiego modernizmu (Wesele), „świeckich moralitetów” (Teatr św. Franciszka), nostalgii (dramaty Szaniawskiego), domagał się komedii takiej co to i aktor i widz bawić się będą pospołu. Wybór padł na niezawodnego hr. Fredrę i jego „Damy i huzary". Na scenie prym wiodły „trzy siostry" Lidia Ślusarska, Wanda Demczuk i Danka Kuczera, grające ze swadą siostry Majora. Po czwartym przedstawieniu spakowały się i powiedziały, że to był ich ostatni występ.

Pustawo się zrobiło w dziale „obsada kobieca”. Na szczęście w kolejnej sztuce – „Przeprowadzka" Rostworowskiego więcej było ról dla mężczyzn. Ten ciężki, dramatyczny utwór z sugestywną, malarską scenografią Ostoi-Kotkowskiego doczekał się poważnych recenzji pióra Wandy Szczygielskiej i J. Jażydżńskiej w „Tygodniku Polskim" oceniających nie tylko przedstawienie, ale twórczość i postawę ideologiczną Rostworowskiego.

Aktorzy i reżyser tego spektaklu czytali je z głębokim zrozumieniem i powagą. Aż do dnia kiedy do teatru przyszedł anonim, a w nim (pisownia autentyczna):

„aby Polacy na emigracji odgrywali taki teatr to jest niedouwierzenia. Przecież my jesteśmy Przedmurzem Chrześcijaństwa. Przecież zdaniem każdego polaka jest Bóg, Honor, Ojczyzna. Jak może polak malować dekoracje. Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, a przy niej kobietę nagą zupełnie, jak mogą polacy odgrywać tą rolę niemoralnego życia przy tych obrazach. Choć zdarzały się takie wypadki, ale publicznie nigdy tego nie powinno się pokazywać".

I wtedy w teatrze zapanowała radość – reakcja widza to największe wynagrodzenie jakie mogą otrzymać ludzie teatru. Tak zawodowego jak i amatorskiego.


Ewa Błahij-Leśniewska


(Ciąg dalszy nastąpi)

Tekst oparty na książkach: „Polacy w Południowej Australii 1948-1968”, „Emigranckie igraszki w Krainie Kangurów” Henryka J. Krzymuskiego i rozmowach z członkami Polskiego Teatru „Stary” w Adelajdzie.


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011