Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Pół wieku Polskiego Teatru „Starego” w Adelajdzie (4)

Panorama, kwiecień 2005
Teatr Stary

Czwarta dekada czyli od podkasanej muzy do misterium ludzkiej duszy

przypomnij sobie odcinek trzeci


W połowie lat osiemdziesiątych, jak nigdy wcześniej, do Adelajdy zaczęły zjeżdżać polskie zespoły teatralne z Warszawy. Nie amatorskie grupy zwołane na okoliczność, ale autentyczne gwiazdy polskiego teatru – Holoubek, Fronczewski, Wiśniewska, Kondrat. Była to wspaniała okazja dla „Starego” nie tylko uścisnąć rękę gwieździe i nieśmiało poprosić o autograf, ale porozmawiać o sztuce i kulturze. Spotkania takie odbywały się w gościnnych domach pp. Krzymuskich i Szumlińskich. Po paru godzinach wszyscy byli na „per ty”, a w albumach teatralnych pozostawiono dziesiątki miłych słów pod adresem zespołu, zagrzewających do kultywowania polskiego języka i upowszechniania polskiego teatru poza krajem.

„Zemsta” (1995).
Od lewej: Aleksandra Krzymuska, Irena Szumlińska, Henryk Krzymuski, Krystyna Gałązkiewicz, Małgorzata Szczepaniak, Jolanta Ratuszyńska

Kierownictwo wychodziło z założenia, że cel ten można osiągnąć również prezentując lżejszy i estradowy repertuar i w ten sposób zainteresować swoją produkcją widzów, którzy owszem mieliby ochotę coś zobaczyć, ale niekoniecznie zaraz 3 aktową sztukę. Składanki z numerami rozrywkowymi pod egidą podkasanej muzy zaczęły gościć na scenie częściej niż kiedykolwiek. Możliwości były wyjątkowe, bowiem Marian Gawęda znalazł idealnego partnera do prowadzenia konferansjerki, do wykonywania szmoncesów i śląskich „godek” w osobie Andrzeja Mazanka. I było by to tak pewnie po dzień dzisiejszy, gdyby Mazanek nie postanowił zostać kucharzem i do teatru przestało mu być po drodze.

A poza tym obok występów w podwieczorkach przy mikrofonie, spotkaniach z poezją członkowie zespołu rwali się do komedii i dramatu. Co innego wykonać skecz, piosenkę, ukłonić się i po wszystkim, a co innego zagrać postać, pozwolić się jej rozwijać, zżyć się z nią przez wiele miesięcy prób.

Był to też czas, który zaowocował w trzy niezwykle utalentowane panie. Jolantę Ratuszyńską, która zadebiutowała w „Porwaniu Sabinek”, a potem poszła za ciosem i w jej repertuarze znalazły się flirciary takie jak Ewa w „Polce prosto z kraju”, megiery jak Dulska z „Moralności pani Dulskiej” czy sklerociała staruszka z „Pępowiny”. Następna debiutantka Małgorzata Szczepaniak swoją rolą Więźnia w „Policji” zaskoczyła wszystkich. Nie dość, że reżyser dał jej od razu dużą rolę, ale rolę, która w mrożkowskim skrypcie była grana przez mężczyznę. Mała Gosia jak ją szybko w teatrze nazwano, nie udawała mężczyzny. Zagrała kobietę-więźnia i wystąpiła w szpilkach . Tekst nie ucierpiał. A teatr zyskał na kilka lat dziewczynę o pięknych nogach, które z czasem ukryła pod historycznym kostiumem, grając Klarę w „Zemście” AL Fredry. Trzecią panią, która pojawiła się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych i zagrała w „Polce prosto z kraju”, sztuki, na którą zabrakło biletów w kasie w dniu premiery – była Krystyna Gałązkiewicz. Nie tylko dała sobie radę doskonale z rolą, ale już wkrótce okazało się, że potrafi zaśpiewać, recytować wiersze, ale ma też złote ręce do szycia kostiumów, dekorowania sceny i koordynowania rekwizytów. Gdyby nie ona – kanapka teatralna, która jest w posiadaniu teatru od przeszło dwudziestu lat nie miałaby szans grać w sztukach z różnych epok.

Przyglądając się repertuarowi z czwartego dziesięciolecia Teatru wydawało by się, że obfitował głównie w komedie i składanki rozrywkowe. Tymczasem na Festiwal Sztuki Polskiej Pol-Art 92 w Sydney Henryk Krzymuski postanowił jeszcze raz zadziwić publiczność i pokazać, tym razem poza Adelajdą, „Wesele” Wyspiańskiego. Od premiery minęło niemal 10 lat, koniecznością więc było znalezienie nowych sił aktorskich. Ci, którzy grali w 1982 roku porozjeżdżali się po świecie, jak aktor Jerzy Felczyński (Poeta), czy Ania Jeleniewska (Maryna), lub po prostu przybyło im lat jak Madzi Koteckiej, która z wdziękiem grała kilkuletnią Isię w pierwszej realizacji „Wesela”. Jeszcze raz dzięki „Weselu” zespół się powiększył i zyskał wartościowych ludzi, jak np. Andrzeja Munka, który zagrał wówczas Chochoła, a dziś oprócz grania , piastuje stanowisko prezesa Polskiego Teatru „Starego”.

„Porwanie Sabinek” (1990).
Od lewej: A. Mazanek, J. Czerwiński

Wyjazd blisko 30 osobowego zespołu z wielką dekoracją do „Wesela”, kostiumami był nie lada przedsięwzięciem zwłaszcza, że „Stary” postanowił w Sydney pokazać nie tylko dramat narodowy, ale też coś lekkiego i wybór padł na „Porwanie Sabinek”. Zarząd teatru, chcąc wynagrodzić aktorom żmudną pracę nad przedstawieniami uznał, że najlepiej będzie, jeśli polecą samolotem, a dekoracje pojadą ciężarówką. Była to chyba najgorsza decyzja jaka podjęto w całej historii teatru, ale kto przewidział, że wykupione bilety przepadną, bo linie lotnicze Compas zbankrutowały, że dekoracje zostaną zniszczone, bo pociąg towarowy najechał na przyczepę teatralną, a gigantyczne płótno mające tworzyć tło do „Wesela”, gdzieś zginie w drodze i się nigdy nie odnajdzie. Odwrotu nie było. Programy wydrukowane, bilety sprzedane – do Sydney wyruszono czym kto mógł – własnymi samochodami i autobusem, który wiózł „Tatry” na wielki koncert folklorystyczny. „Wesele” wystawiono przy pustawej Sali w Riverside Theatre. Serce się ściskało patrząc na wysiłki całego zespołu, aby scena choć trochę przypominała scenografię zaplanowaną przez Ostoję-Kotkowskiego. Było jak było – nikt nie przewidział, że „dramaty narodowe” popularnością się nie będą cieszyły. Natomiast przedstawienie „Sabinek” odbyło się przy nabitej po brzegi sali. Wybuchy śmiechu towarzyszyły od pierwszego do ostatniego aktu. Owacje, gratulacje. Miło było też za kulisami, choć nikt z lokalnych mediów, ani konsulatu polskiego nie wpadł, nie poklepał po plecach i powiedział „dobrą robotę robicie, róbta tak dalej”. Bo jedyne poważniejsze odznaczenie jakie teatr otrzymał to był Złoty Krzyż od Prezydenta R.P. w Londynie przyznany w 1976 roki.

Ten wyjazd okazał się wielką lekcją dla wszystkich – na festiwal trzeba wybierać komedię. Jedną. Dwie sztuki wykonywane przez ten sam zespół – rywalizują ze sobą, a wysiłek jest niewspółmierny. Tym razem, żal było nie tylko straconych pieniędzy na bilety lotnicze, których teatr nigdy nie odzyskał, zniszczonych i zagubionych dekoracji, ale i marzeń o recenzjach doceniających wysiłek zagrania przez amatorów „dramatu narodowego”. Marzenia o wystawianiu wielkich romantyków powieszono na kołku. Zwrócono się do autora, którego nazwisko wywołuje zawsze uśmiech na twarzy – do hrabiego Aleksandra Fredry i powtórzono po 20 latach w nowej oczywiście realizacji i z nową obsadą „Zemstę”.

Rok 1995 zakończono hucznie obchodami czterdziestolecia teatru. Program zatytułowano, „Ale bomba!”, bo rzeczywiście – w żadnym polonijnym środowisku nie ma teatru amatorskiego, który by bez przerwy grał od 1955 roku. Celebrowanie tych 40 lat wypadło okazale. Teksty Grodzieńskiej i Hemara przeplatały się z poezją Gałczyńskiego i Tuwima, zespól wzmacniał Andrzej Dąbrowski, członek Teatru Ottoway, Mietek Kosmalski, muzyk oraz Lila Bogatko, która na tę okazję specjalnie przyjechała z Canberry, pamiętając, że to w Teatrze „Starym” debiutowała w roku 1988. Henryk Krzymuski wieloletni reżyser teatru w swoim przemówieniu z okazji 40-lecia teatru zwrócił się tymi słowami do zespołu: „życzę wam, moi drodzy, abyście nie stracili bujnej wyobraźni, która przemieni wam skromną australijską scenę we wspaniały pałac, gdzie rozgrywa się misterium ludzkiej duszy. Życzę Wam entuzjazmu do sięgania po rzeczy trudne, wybiegające poza ramy przeciętności. Życzę wam w końcu zachowania młodości ducha, która – w przeciwieństwie do młodości biologicznej, nie podlega prawom natury. Niech Was broni przed znieczuleniem na sprawy ludzkie i przed obojętnością na wszystko to, co w naturze ludzkiej i w świecie nas otaczającym, jest piękne i wzniosłe”.

To przesłanie nobilitowało, a jednocześnie zobowiązywało cały zespół do podtrzymywania tego, co z entuzjazmem i miłością budowali ich poprzednicy przez cztery dziesięciolecia. Wtedy przy radosnych pląsach teatralnego hymnu napisanego przez Mariana Gawędę „Bo to jest teatr”, nie przypuszczaliśmy, że kolejny scenariusz na 45-lecie teatru, będziemy opowiadać Henrykowi Krzymuskiemu siedząc przy jego łóżku szpitalnym. Taśmy video z jubileuszowego programu nigdy nie obejrzał. Przyszła za późno.


Ewa Błahij-Leśniewska


(Ciąg dalszy nastąpi)

Tekst oparty na książkach: „Polacy w Południowej Australii 1948-1968”, „Emigranckie igraszki w Krainie Kangurów” Henryka J. Krzymuskiego i rozmowach z członkami Polskiego Teatru „Stary” w Adelajdzie.


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011