Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Pół wieku Polskiego Teatru „Starego” w Adelajdzie (5)

Panorama, maj 2005
Teatr Stary

Piąta dekada czyli od Południa do Północy

przypomnij sobie odcinek czwarty


Powtarzanie sztuk już granych, choć w nowej obsadzie, scenografii w teatrze, który ma premiery co dziewięć miesięcy, nie jest najlepiej widziane przez teatralną publiczność. Wiedzieliśmy o tym, ale 30 lat to całe pokolenie, dlatego „Moralność pani Dulskiej” ponownie znalazła się w repertuarze „Starego” w 1997 roku.

Zofia Nałkowska „Dom Kobiet”.
Od lewej: K. Gałązkiewicz, J. Ratuszyńska, L. Szumlińska, E. Styś, B. Kozera, E. Kryszkiewicz, M. Masiewicz

W pięcioosobowej obsadzie kobiecej pojawiły się aż trzy debiutantki – Beata Serafin wystąpiła jako Hanka, której przygoda z teatrem trwała jedynie przez jeden sezon, Magda Stępniewska (Mela) o ogromnej vis comica, którą doskonale wykorzystała w następnych rolach Dziecka w „Szczęśliwym wydarzeniu” Mrożka i w „Żelaznej konstrukcji” Wojtyszki, gdzie zagrała małomówną Pannę Młodą. Trzecią debiutantką była Elżbieta Styś, której, adelajdzki recenzent, Wadysław Karbownik przepowiadał pełną sukcesów przyszłość w teatralnym zespole. I się nie pomylił – każdą swoją rolą czy to Julii w „Domu Kobiet”, czy Kasztelanowej w „Dwóch bliznach”, czy szalonej scenografki w „Żelaznej konstrukcji” pokazała, że dobrze się czuje zarówno w komedii jak i dramacie. Wraz z Elżbietą dzielącą swój talent i czas między „Starym” i teatrem Ottoway w zespole aktorskim „Starego” zaczęli pojawiać się gościnnie inni członkowie Ottoway jak Marek Markowski („Chłopcy”), Edward Strzelbicki (m.in. „Żelazna konstrukcja”) czy Andrzej Dąbrowski (m.in. „Dwie blizny”).

„Dulska” podobała się. Chwalono mieszczańską scenografię (Krzywoń) i kostiumy „z epoki” (Gałązkiewicz). Zaprzyjaźnieni widzowie radzili, aby ten doskonały spektakl, wystawić na Południu, bo mieszka tam wiele polskich rodzin i jest im nie po drodze przyjeżdżać na Północ Adelajdy. Po dyskusjach jak rozwiązać sprawę transportu, lokalizacji uradzono, że najlepiej wynająć salę w budynku TAFE w Noarlunga. Reklama poszła w eter czyli do radia, na ambony (kościelne) i do prasy. Choć nikt w przedsprzedaży nie kupił biletów – zespół jechał z przeświadczeniem, że podbije Południe i był pewny zwycięstwa tzn. pełnej sali teatralnej. Tymczasem oczom naszym ukazała się maleńka sala wykładowa pozbawiona zaplecza, bez kulis, kurtyny i z niewygodnymi krzesłami ustawionymi amfiteatralnie. W imię hasła „show must go on” rozstawiono fragmenty dekoracji i na widownię weszło... 30 osób. Przy zwijaniu dekoracji wiedziano, że Parks Community Centre dysponuje najlepszą salą teatralną na potrzeby „Starego”. I nie ważna jest lokalizacja, ale... uczucie. Miłość do polskiego słowa, teatru, sztuki, a także sympatia dla członków teatru, którzy przyjeżdżają na próby do Domu Kopernika na Północy nierzadko z dalekiego... Południa.

„Dulska” była ostatnią sztuką reżyserowaną przez Henryka Krzymuskiego, który po 38 latach zrezygnował z czynnej działalności w teatrze i zajął się pisaniem książki („Emigranckie igraszki w krainie kangurów”) i jako Prezes Honorowy nie przestał być doradcą w sprawach artystycznych i organizacyjnych. I tak w roku 1997 zespół znalazł się na pełnym morzu z błogosławieństwem, ale bez steru trzymanego mocną ręką Krzymuskiego. Nie zmieniliśmy programu teatru – pragnęliśmy wystawiać sztuki po polsku, polskich autorów i dla polskiej publiczności. Na pierwszy ogień poszła składanka – dwie komedie współczesne: Mrożka „Szczęśliwe wydarzenie” i Grochowiaka „Kaprysy Łazarza”.

„Dwie sztuki za cenę jednego biletu” jak reklamowaliśmy nową premierę bawiły adelajdzką publiczność. Postanowiliśmy więc przedstawienie pokazać na Festiwalu Sztuki w Melbourne oraz seniorom z klubu w Salisbury. Na Festiwalu obejrzało nasz spektakl 100 osób, w klubie seniora 50. Nie były to wyniki, które zadowoliły naszego ówczesnego skarbnika, Stanisława Dijakiewicza, który pamiętał czasy, kiedy na przedstawieniu Zemsty (1964) na sali siedziało 390 osób. Próbowaliśmy go przekonać, że obecny teatr działa w innych warunkach. Dostęp do polskiego słowa dzięki radiu, prasie, telewizji jest w zasięgu ręki... On jednak kręcił głową i mówił „musicie zrobić coś spektakularnego, bo w przeciwnym przypadku nie będzie pieniędzy na wystawienie kolejnych przedstawień – na każdą premierę musi się znaleźć 2000 dolarów, bo to tyle kosztuje...”

„Chłopcy” Stanisława Grochowiaka.
Od lewej: E. Strzelbicki, A. Munk, M. Gawęda, M. Markowski, G. Koterski, M. Masiewicz, J. Ratuszyńska, B. Kozera

Wydawało się, że tą spektakularną sztuką będzie „Uczta morderców” Wydrzyńskiego, sprawdzona przez warszawską publiczność – grana była ponad sto razy – doceniającą satyryczny pazur autora. W Adelajdzie zagraliśmy dwukrotnie i mimo doskonałych kreacji aktorskich, przychylnych recenzji i pięknej okładki Anny Pyrzkowskiej do teatralnego programu, Uczta pozostała tylko we wspomnienich nielicznych. Nawet nagranie wideo się nie udało. W rozmowach kuluarowych ktoś nam zarzucił, że wystawiliśmy sztukę „socjalistyczną”. Prawdą było, że została napisana za Gomułki i siłą rzeczy pokazywała gomułkowszczyznę, ale przecież jej nie idealizowała – wręcz odwrotnie, wyśmiewała ów stereotyp małej stabilizacji, bohatera reprezentującego lumpen-proletariat... Uwagi te jednak spowodowały w zespole ożywioną dyskusję – powinniśmy grać komedie i dramaty, jeśli chodzi o utrzymanie równowagi repertuarowej, ale powinniśmy starać się korzystać z twórczości współczesnych polskich dramatopisarzy oraz nie odgrzewać tego, co już było w tym teatrze grane. Sięgać do nowych autorów i po nowe tematy.

Mieliśmy dużo szczęścia, bowiem dwójka pisarzy, Krystyna Kofta i Maciej Wojtyszko, do których zwróciłam się z prośbą o wyrażenie zgody na wystawienie ich sztuk w Adelajdzie – zareagowali entuzjastycznie. Tekst jest wasz – grajcie – życzymy powodzenia. Na pierwszy ogień poszła „Pępowina” pióra Krystyny Kofty, mroczna historia starej kobiety żyjącej majakami po utracie męża. Mimo doskonałych ról (Jolanty Ratuszyńskiej, Małgorzaty Szczepaniak), ascetycznej reżyserii Gawędy, ciekawemu rozwiązaniu scenograficznemu (Krzywoń/ Drozdowski), sztuka nie zyskała takiego przyjęcia, jakiego się spodziewaliśmy. A przecież – wydawało mi się, była istotna dla starszego pokolenia, które samo przeżyło okropności wojny, wywózkę na Sybir, śmierć bliskich. Po kilku tygodniach ktoś powiedział, że pierwszy akt był świetny, ale w drugim nie wiadomo o co chodziło, po prostu autorka widać pogubiła się w temacie. Tymczasem – to nie autorka, tylko aktor, który nie nauczył się roli i przez 30 minut mówił od rzeczy, wprawiając partnerki na scenie, reżysera i suflera w stan osłupienia. Sztuka była trzyosobowa, a więc doskonała na wyjazd. Spakowano walizki i ruszono na gościnne występy do Melbourne. Aktora z niedouczonym tekstem zostawiono w Adelajdzie. Po raz pierwszy w historii „Starego” odebrano aktorowi rolę. Do stolicy Victorii pojechał dubler.

„Żelazna konstrukcja” Wojtyszki miała wszystkie cechy sztuki przynoszącej sukces. Błyskotliwe role, współczesna tematyka, konflikt „miasto-wieś”, cytaty z „Wesela” Wyspiańskiego. W Polsce okrzyczano ją „komedią roku”.

W tym spektaklu z sufitu lała się woda, za kulisami warczał samochód, otwierano piec, przesuwano harfę, na której nikt nie grał, a na scenie pojawili się kolejni debiutanci – Józef Ostrowski i Małgorzata Masiewicz (Sosnowska). Ostrowski spakował garniturza po ostatnim przedstawieniu i elegancko się pożegnał. Dziś uczestniczy w przedstawieniach „Starego” już tylko jako widz. Małgorzata na szczęście została. Okazało się, że potrafi wzruszać (w „Domu Kobiet”) i rozśmieszać do łez („Dwie blizny”), i jak nikt potrafi porwać adelajdzką publiczność do wspólnego śpiewania.

Wybór „Domu kobiet” był nie był przypadkiem. Szukaliśmy sztuki z elementem tragedii ludzkiej no, i z damską obsadą, bowiem mężczyźni jakoś zaczęli się wykruszać z zespołu. Tekst był trudny dla aktorek, ale znalazł wdzięcznego widza. Co wrażliwsze panie ocierały łzy, to wzruszenie na sali wywołane było m.in. grą młodziutkiej Katarzyny Stępniewskiej, siostry Magdaleny, debiutującej przed laty w „Dulskiej”. W sztuce też pojawiła się Irena Szumlińska, która co prawda wiele lat temu zapowiedziała, że jest na teatralnej emeryturze, ale jeśli się ją ładnie poprosi zjawia się na każdej próbie punktualnie. Aby sprostać obsadzie z krzesła suflera wyciągnięto Barbarę Kozerę. Co potwierdziło teatralny zwyczaj „Starego” – najpierw trzeba terminować w roli suflera, a potem scena stoi otworem.

Wychodząc z założenia „widz nasz pan”, włączyliśmy do repertuaru dwie komedie. „Gorzką” pt. „Chłopcy” Grochowiaka z szaloną rolą Grzegorza Koterskiego (Profesor), który przyszedł do teatru zajmować się scenografią i plakatem jak przystało na zawodowego plastyka, a wylądował na scenie. Aby zachować równowagę smaków następną sztuką była komedia „słodka” „Dwie blizny” Fredry, w której zabłysnął kolejny debiutant – Marek Kobyłecki.

50-letnia historia Polskiego Teatru „Stary” to historia ludzi. Przewinęło się przez scenę i kulisy ponad 200 osób. Dzięki nim powstawały piękne dekoracje, kostiumy, dzięki nim ze sceny płynęły słowa, których nigdy wcześniej nie słyszano w Adelajdzie – „jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi luby” (Zemsta) albo „a to Polska właśnie” (Wesele) albo „brudy trzeba prać we własnym domu” (Moralność pani Dulskiej).

Historia „Starego” to również historia widzów teatralnych, którzy dojrzewali wraz z tą naszą emigrancką sceną. Poznawali polską dramaturgię, język polski i... język teatru. Dziękujemy im za wierność i przychylność, i już dziś zapraszamy na wielkie święto polskiego teatru na emigracji.


Ewa Błahij-Leśniewska


Tekst oparty na książkach: „Polacy w Południowej Australii 1948-1968”, „Emigranckie igraszki w Krainie Kangurów” Henryka J. Krzymuskiego i rozmowach z członkami Polskiego Teatru „Stary” w Adelajdzie.


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011