Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012
Rozśpiewane życie
Panorama, luty 2006

Ja jestem Australijec. I jestem independent


– Na metryce miałem dwie daty urodzenia. Pierwszą zapisaną cyframi „27 stycznia” i tuż obok literami „dwudziestego ósmego stycznia” – rozumiesz? Widocznie ksiądz był pijany – żartuje Pan Zbigniew Zołoteńki, z którym umówiłam się na rozmowę z okazji Jego 92 urodzin.

We wszystkich oficjalnych dokumentach widnieje data 28 stycznia 1914 roku.

– Urodziłem się o ósmej rano, przy ul. Krasińskiego 8 w Tarnopolu – przedstawia się Pan Zołoteńki. A na moje pytanie skąd taka dokładna wiedza na ten temat, Szanowny Jubilat odpowiada, że ojciec mu stale o tym przypominał.

Dlaczego kicham na świat?

– Było tak. 28 stycznia 1914 roku mój ojciec, prokurator, spieszył się na rozprawę sądową. A tu mama mnie rodzi! Ojciec na to: – Jadwisiu! No poczekaj do jutra!

Ja też na ojca nie poczekałem i w ciągu kilkunastu minut o ósmej rano już byłem na tym świecie, gdzie madamme czekała z gorącą wodą. W tym momencie moja mama, jak zwykle zresztą, paliła sobie papieroska. Ponoć madamme chwyciła mnie za nogi, dała klapsa, a ja nic! Dała drugiego i wtedy... kichnąłem.

I tak kicham na cały świat do dziś!

Recepta na szczęście
Panie Zbigniewie, jaka jest recepta na długie wspaniałe i szczęśliwe życie?

– W Australii? Tutaj mówią mi: – Zbyszek, przyjechałeś w 1948 roku i nie jesteś milionerem! A ja na to: – Frajerze! Ja przyjechałem tu odpocząć!

58 lat w Australii... I milionerem nie zostałem. Moja wina? Ja przyjechałem tutaj odpocząć i odpoczywam do dzisiaj. Ale zawsze mówię, że mam bogatego wujka.- A kto to taki? – pytają. A ja odpowiadam, że Adolf. Za tych parę dziur co mam na sobie i za ten Dachau i Sachsenhausen płacą mi Niemcy do dziś. Mogę za te pieniądze przeżyć spokojnie. I mnie nic więcej nie potrzeba. Spokój, spokój i jeszcze raz spokój... Ogródek przy domu. Czasem przyjdę do Domu Polskiego i słucham, jak paniusie rozprawiają o swoich chorobach. I tak mi życie płynie... A że 92 lata mam? Sam w to nie wierzę. Keep smiling Zołoteńki! Najważniejsza rzecz humorek, na wesoło wszystko brać, rano budzić się z uśmiechem i z uśmiechem kłaść się spać. Masz panna moją dewizę?

Mam.

– Jedna żona. Dzieci i pieniędzy nie szukaliśmy. Myśmy chcieli odpocząć.

Nie mieliście więc stresów?

– A co to jest stres! O czym pani mówi?

Nie chcieliście się dorabiać za wszelką cenę wielkich pieniędzy, a potem nie martwiliście się, że możecie je stracić... to jest świetne życie! Tak myślę!

- Pytają mnie dzisiaj: – panie Zołoteńki, ma pan dzieci? – Nie mam. – Ooo! To szkoda! A pan ma dzieci? – Mam. – A gdzie są? – Córka w Quinsland, a syn w Ameryce. – Podadzą ci szklankę wody? Guzik!!! Niestety, żyjemy w nowoczesnym społeczeństwie, w którym dobrze jest, jak dziadzia wyciągnie nogi. To nie ta sama rodzina, co była u nas w Polsce do 1939 roku. Dzisiaj prawdziwej rodziny już nie ma. Ale ja mam rodzinę. Przyplątaną. Ponad 20 lat temu przyjechał adwokat z Polski. Zapił i umarł. Krysia wychowała dwóch synów. Myśmy z Liduchą jej pomagali, jak własnej córce. Jeden syn już skończył studia, drugi je kończy. Ale Zołoteńszczaków nie napłodziłem...

Szkoda!

– Moja żona nie chciała. Ona wcześniej, z pierwszym mężem Gruzinem, miała dwóch „bębnów”. I oni poumierali na jej rękach z głodu. Ten uraz został jej na zawsze. Żona przeżyła blokadę Leningradu i 15 marca, w ostatnie dni zimy, wydostała się stamtąd przez jezioro Ładoga. W czasie blokady straciła pięć osób w rodzinie: mamę, ciocię, brata... i te dwoje dzieci. Po tej tragedii nie chciała mieć ich więcej. Mówiła: – nie będziemy mieli dzieci Zbyszuniu. Ale... Może nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło?

Sowiecka okupacja Liduchy

Czasami w towarzystwie całkiem poważnie opowiadam takiego wica: „wyobraźcie sobie, że ponad 50 lat pod okupacją sowiecką byłem”. Minę do tego robię, bo ja artysta jestem z bożej łaski. – Oooo... To panu ciężko było! A ja na to: – życzę każdemu Polakowi, żeby miał taką okupację jak ja. – Jako to? – Taką żonę mieć! Taką Liduchę! Oj, kurcze blade! Babka w dechę! Babę to zawsze sobie znajdziesz, ale takiej żeńszczyny nie spotkasz!

W czasie wojny myśmy się spotkali. Razem uciekaliśmy spod Berlina przez Elbę.

Niełatwo nam było: ona Rosjanka, ja Polak. Ona prawosławna, ja katolik. I moi rodzice przerażeni, że ja ożeniłem się z Rosjanką!? Uuuuuuuuu! Niemożliwość! A ona okazała się naprawdę wspaniałą kobietą!

W dzieciństwie mieszkała w Leningradzie niedaleko opery. Ojciec jej, pułkownik doktor, wodził swoje dzieci do tej opery, więc moja Liducha znała wszystkie arie operowe i operetkowe. A głos miała! I śpiewała sobie dla przyjemności. Spotkaliśmy się w niemieckim obozie. Szedłem i nagle usłyszałem, że w jakimś baraku ktoś „trinka” na gitarze. Zapukałem. – A kto wy? – Ja Palak. – A czto wam? –A bardzo mi się podobają ruskie pieśni. – A co wam zagrać? Czto wy znajecie? – Może „oczy czjornyje”. – Dawaj. – Zanuciłem i jak zacząłem z nią śpiewać... tak śpiewałem do dzisiaj. Jej gitara jeszcze leży na szafie, a ja znam wszystkie rosyjskie pieśni. Świetnie się przy tym uzupełnialiśmy, bo ona umiała grać na gitarze, a ja tę gitarę stroić. Potrafię zagrać tylko „Katiuszę”.

Obozowe wspomnienie

Śpiewam piosenki w dziesięciu czy dwunastu językach. Najgorsze, że ja zawsze śpiewałem. Nawet w Dachau. Koledzy umierali obok mnie na pryczy, a ja z Czechem z Bańskiej Bystrzycy śpiewałem. Ja po polsku, a on po czesku. I tak wzajemnie się uczyliśmy swoich piosenek. Miałem wtedy czyraki i świerzb. Ale od tego się nie umierało. A obok umierał człowiek. Nie chciałem więc śpiewać. A on na to: – nic to, śpiewajmy, tam u niego chleb jest pod poduszką... Tragedia. To były straszne czasy.

W tych niemieckich obozach, jenieckim i w cywilnych przesiedziałem pięć lat. Chłop byłem jak dąb, to mnie brali do najcięższej roboty, do dźwigania szyn w stalowni. Ale też byłem wiecznym organizatorem. Organizowałem w obozie kabaret, teatr i odgrywaliśmy różne role. Najpierw panowie musieli w nich grać kobiety, potem ściągnąłem „dziewczynki” z babskiej części obozu. Ja sam grałem na przykład żydka i opowiadałem o „odkrywaniu Ameryki północnikowej przez Kryształa Kolombusa”. Tylko ja nie mogę teraz tych wiców żydowskich mówić, bo mnie od razu posądzą o antysemityzm. Bzdura! Szkoda, bo to takie dobre kawały...

Pastuchem miałem być

– Jeszcze przed wojną należałem do harcerstwa i jako komendant obozu współpracowałem z brytyjskimi skautkami. Te panienki bardzo mnie polubiły. Po wojnie trafiłem więc do nich, odświeżyłem znajomości i one wyrobiły mi „landing permit” w Australii. Znalazł się farmer, który chciał zatrudnić mnie na pastucha, a żona miała być kucharką. 3 marca wylądowaliśmy w Melbourne i stamtąd pociągiem przyjechaliśmy do Adelaide. Tu czekał już na nas farmer, który akurat kupował sobie nową farmę w Mount Barker. Wytrzymaliśmy tam sześć tygodni.

Moja żona była wspaniałą kobietą, piękną artystką. Śpiewaliśmy cały czas. Także na życzenie Australijki. Lady mówiła: – John, zawołaj Lidię, żeby nam coś zagrała! Wtedy moja Liducha „trinkała” „Wesołą wdówkę”, bo wszystkie operowe arie znała.

A w końcu doszło do katastrofy i powiedzieli, że jak nam się tu nie podoba, to proszę wyjść! Wyszliśmy we dwójkę na szosę, zatrzymaliśmy autobus i wróciliśmy do Adelaide. Żona na Victoria Square siedziała i płakała. Co robić? Podróż opłaciły skautki, więc poszliśmy do nich jeszcze raz. Wtedy one załatwiły nam pobyt u staruszków Australijczyków. Bardzo porządni ludzie! No, ale chorzy byli oboje i po roku zaczęliśmy rozglądać się za czymś własnym.

Własna „kucza”

Wypatrzyliśmy działkę pod dom w Seaton Park za 80 funtów, warte to było sześć tygodni pracy. I zaczęliśmy budować sami. Dziesięć lat to trwało! Robiłem cementowe bloki i ten dom stoi do dzisiaj! W życiu nie jeździłem samochodem, tylko w Niemczech przez krótki czas. Tutaj do 76 roku całe życie jeździłem na rowerze. Do pracy i z pracy... Jak budowałem dom, na pedale przywoziłem ramy okienne, ramy do drzwi. Budowałem, kleiłem, a Liducha mówiła: – „Zbyszunia! No popatrz, tu krzywo...”. No to rozbierałem, waserwagę znów przykładałem i patrzcie, dom jest! I ciągle w nim mieszkam! Dosłownie w buszu, taki mam cudowny ogród.Ten mój domek, ta moja „kucza” jak mówią Jugosłowianie... Naprawdę, nie zmienię swojej kuczy, chyba tylko na drogę, którą zabukowałem sobie przez komin.

Żeby budowę wspomóc finansowo Liducha pracowała. Była jednak piękną kobietą, zbyt piękną, i nie wytrzymywała głupich babskich żartów, dlatego w ciągu roku zmieniła pięć prac. Wtedy Australijki nie pracowały, bo im wystarczało, gdy mężczyzna to robił. Pracowały tylko kobiety „ostatnie żałosne stworzenia”. Więc Liducha popłakiwała. To ja na to: – Siedź w chałupce!

Fotografia moja miłość
Jest Pan znany w Adelaide, między innymi, jako fotografik, reporter „Panoramy”. Jak to fotografowanie się zaczęło?

– Już w 1921 roku, jak zacząłem chodzić do szkoły, na lekcjach „slojdu” robiliśmy kuwety z tektury, które smarowało się dziegciem, żeby nie przemakały. Pierwszy aparat jaki dostałem, to aparat Ernemanna, na kasety. Kodaka juniora też miałem. Podarował mi go ojciec z prośbą o sfotografowanie z kościelnej wieży jego rodzinnej miejscowości. Zrobiłem to z przyjemnością. Potem, gdy byłem już w korpusie kadetów, bo ja kadetem jestem, robiłem zdjęcia „retiną”. I wtedy, dobrze to pamiętam, wykantował mnie i brata Witka, warszawski cwaniak. W ZOO robiliśmy zdjęcia i gdy przymierzałem się do niedźwiedzia malajskiego, okazało się, że już nie mam filmu. Podszedł do nas ten cwaniaczek i zapewniał swoją pomoc, bo przy ul. Sienkiewicza ma przyjaciela, a on filmy. Poszliśmy tam z Witkiem, nowemu znajomemu daliśmy aparat do ręki. Czekamy dziesięć minut, czekamy dwadzieścia... W końcu poszedłem na drugie piętro i zapytałem, czy był ten pan z moim aparatem? Guzik! Z Sienkiewicza na Moniuszki przechodnia kamienica. Poooszedł! Już na drugi dzień w „czerwoniaku” napisali o amatorach fotografii okantowanych przez warszawskiego cwaniaka. Baliśmy się, bo ojciec był furiozus. Zawsze przychodził z biura, brał gazetę (– „Ziunku, nie czytaj przy stole, bo zupa stygnie”) i czytał. I nagle ojciec wybuchł śmiechem! Właśnie przeczytał o dwóch kadetach, amatorach fotografii, wykantowanych przez cwaniaka.

Po przyjeździe do Australii spotkałem człowieka, który w śmieciach znalazł kamerę do zdjęć. Wiesz, taka camera obscura. Ale przydała się, robiłem nią bardzo proste, biało-czarne fotografie, które sam wywoływałem.

I ostatnie już pytanie: jak to się stało, że mówi Pan tak pięknym językiem polskim, bez żadnych obcych naleciałości i akcentów?

– Dużo czytam. Od początku mama i potem siostry zasypywały mnie książkami z Polski. Miałem ich ponad tysiąc. Do bibliotek już je pooddawałem. A poza tym dużo pisałem. Mam stos zapisanych kartek, którymi zajmuje się teraz nasza szefowa, Ania Wiktorzakowa. Gdy żona umarła, przestałem pisać. A poza tym nie widzę powodu, żebym miał zapomnieć języka polskiego.

A jak porozumiewał się pan ze swoją Liduchą?

Ja mówiłem po polsku, żona po rosyjsku. Próbowaliśmy czasami na odwrót, ale Liducha niespecjalnie to lubiła. Mnie kochała, ale do Polaków miała uraz. Niektórzy dali jej popalić w obozie w Niemczech, bo „ruska” .

Cudowny kraj – Australia

– Kto w Australii bredzi i mendzi, że mu źle, to grzeszy! Jeszcze nikt z głodu w Australii nie umarł. A tych paru pijaków? Nooooo. Wam, nowym imigrantom, powiem krótko: w czterdziestym ósmym nikt się tu nami nie przejmował! Nikt! Pracowaliśmy jak dzikie osły. A dzisiaj? Wszystko macie! Boże kochany!

Ja jestem Australijec. I jestem independent. Do żadnego towarzystwa, nawet tego obiadowego, nie chcę się zapisać. Mam znajomych, ale przyjaciół nie mam. Tak jest lepiej.

Serdecznie dziękuję Panu za rozmowę i życzę zdrowia, zdrowia, zdrowia i tego cudownego poczucia humoru bez końca.

Wspomnienia spisała Lidia Mikołajewska


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011